Saturday, 27 June 2009

Potem. Jagody beda potem...




Czy ktos z Was zna i pamieta nieistniejacy juz kabaret Potem? Ja znam. I pamietam. Nieskromnie dodam, ze wiekszosc skeczy tego kabaretu znam na pamiec. Tak samo moja starsza Siostra D. Czasami bezwiednie rozmawiamy ze soba wlasnie skeczami. Biedny ten, kto nie wie o co nam chodzi :)





Ale wracajac do samego kabaretu. Wspominam o nim dzisiaj, bo od rana chodzil mi po glowie jeden z ich skeczy. Chodzil mi po glowie do tego stopnia, ze potrzebowalam ten skecz komus wyrecytowac, wiec calkiem nieumyslnie [ ;) ] zbudzilam wczesniej Polowka i powtorzylam mu moja ulubiona czesc. Pewnie mnie za to dzisiaj nienawidzil, ale i tak musial kiedys wstac, prawda?
Pamietam ze pierwszym programem kabaretu Potem jaki obejrzalam kilkanascie lat temu, byly ‘Bajki dla potluczonych’. Wciaz mam w pamieci obraz swojej fascynacji i smiechu, ze az brzuch bolal :) Na szczescie mielismy wtedy odtwarzacz video, wiec nagralysmy sobie z Siostra ten program na kasete i ogladalysmy srednio raz w tygodniu. Kaseta do dzisiaj lezy w domu u Rodzicow, a ja mam plan przegrac sobie jej zawartosc na plyte DVD (jeszcze nie wiem jak to zrobie, ale zrobie).
I wlasnie z ‘Bajek (...)’ pochodzi skecz Czerwony Kapturek, ktory rano nastawil mnie bardzo pozytywnie na dzisiejszy dzien. A co tam podziele sie nim z Wami :)

Czerwony Kapturek: (śpiewa)

Muszę do babci, bo babcię o!
lubię od stóp aż do głowy.
Całemu światu wyśpiewam to,
tylko nie powiem wilkowi!"

Wilk: (pojawia się bez korony i bez uprzedzenia) A czego mi nie powiesz, Czerwony Kapturku?

Czerwony Kapturek: A tego, że idę do babci!
(dryń)

Wilk: A dlaczego mi nie powiesz?

Czerwony Kapturek: Bo babcia jest dobra! A ty, wszystko co dobre zaraz byś jadł...

Wilk: Nie wszystko! Tu mam dobry bilet autobusowy. Nie zjedzony! Dam ci go, jeśli mi powiesz gdzie mieszka babcia i z czym najlepiej smakuje.

Czerwony Kapturek: Nigdy ci nie powiem, że babcia mieszka pod numerem drugim!
(DRYŃ)

Wilk: To powiedz chociaż gdzie jest numer drugi...

Czerwony Kapturek: NIE POWIEM! ...ale mogę pokazać. (pokazuje)
(DRRRR!!!)

Wilk: To ja już polecę! (leci)

Czerwony Kapturek: Ja jestem jakaś dziwna. Chociaż nic wilkowi nie powiedziałam, czuję się jak kapuś...



Kabaret Potem przestal istniec wraz z dniem 1 lipca 1999. 28 czerwca w Zielonej Gorze odbyl sie pozegnalny występ kabaretu. Zainteresowanych zapraszam na na ta strone, z ktorej pochodzi zdjecie oraz fragment skeczu o Czerwonym Kapturku.

A wracajac do tytulu posta. Skoro jagody beda potem to dzisiaj ostatni wpis z truskawkami w roli glownej. W srode gdy wychodzilam z londynskiego oddzialu biura i kierowalam sie w strone stacji kolejowej Euston, zatrzymalam sie przy ulicznym straganie pelnym truskawek i czeresni. Kupilam i truskawki i czeresnie. Czeresnie zjedlismy w domu od reki, a truskawki postanowilam wykorzystac do rzeczy mniej przyziemnych. W domu lezalo sobie mango, a w szafce puszka mleka kokosowego. I wyszedl mi koktajl. Pyszny koktajl. Niestety nie podam tym razem zrodla przepisu, bo go nie ma. To taka radosna tworczosc wlasna.





Koktajl truskawkowy z mango, kardamonem i mlekiem kokosowym

ok. 400g truskawek
1 dojrzale mango
1 puszka mleka kokosowego
cukier trzcinowy
kilka ziarenek zielonego kardamonu
odrobina miodu
kilka kropel soku z limonki

Obrane i pokrojone na kawalki mango, truskawki i cukier wrzucamy do blendera. Miksujemy na puree. Dodajemy mleko kokosowe, kardamon, miod i sok z limonki. Ponownie miksujemy.
Podajemy schlodzone.

Smacznego!

PS

Jutro wczesnie rano jedziemy do Londynu i wrocimy w poniedzialek w nocy. Niestety nie bede miala dostepu do internetu wiec na wszystkie wiadomosci od Was odpowiem we wtorek :) Zycze wszystkim udanego weekendu!

Tuesday, 23 June 2009

Noc Kupały. Pieczone ziemniaki nadziewane boczkiem z letnim sosem.




Dzisiaj uswiadomilam sobie dwie rzeczy. Po pierwsze Polowek ma w sobie cos z szowinisty (jak kazdy facet chyba), a po drugie nawet urwanie chmury w drodze do domu czy niechciana podroz sluzbowa do Londynu nie jest w stanie popsuc mojego samopoczucia. Do Polowka zaraz wroce, a o podrozy pisac nie bede, bo na sama mysl podnosi mi sie cisnienie. Ale najpierw o deszczu.

Zaczelo padac, akurat jak wychodzilam z pracy w celu udania sie na bardzo szybkie zakupy na obiad i ostatecznie dotarcia do domu w celu ugotowania obiadu. Nie mialam ani kapelusza, ani parasolki. Mialam natomiast balerinki na nogach i spodnie z dlugimi nogawkami (ostatnio wszystkie nogawki zrobily mi sie dziwnie przydlugie, a spodnie za szerokie wiec chyba nie jest tak zle, jak mowil Pan Trener Osobisty, ktory jednak postanowil dac mi spokoj. I chwala mu za to). Podsumowujac wygladalam jak zmokla kura ociekajaca deszczem od stop do glow i majaca morze w nieszczesnych balerinach. Ale wiecie jaka to radosc zmoknac w takim cieplym, letnim deszczu? Kiedy idzie sie chodnikiem i patrzy na smutne twarzy ludzi zamknietych w samochodach i tkwiacych w ulicznym korku. Kiedy grzywka wywija sie od deszczu w przeciwna strone niz zazwyczaj. Kiedy mija sie po drodze tak samo zmoknietych ludzi, ktorzy mimo deszczu usmiechaja sie do ciebie. Bo to jest wlasne cecha ludzi mieszkajacych w Angii. Usmiechaja sie do siebie nawzajem. Nawet ci obcy, zupelnie nieznani sobie ludzie. I to jest piekne!

Wracajac do Polowka to zaczelo sie od rozmowy na temat gry w tenisa. Spytalam Go 'Wolisz jak graja kobiety, czy mezczyzni?'. 'Mezczyzni' odpowiedzial 'Kobiety to wiesz tak pyyyyk, pyyyk, pyyyk wszystko sie dzieje tak wolno. Nudne to jest.'
'A wolisz siatkowke meska czy damska?' spytalam z nadzieja. 'Meska' odpowiedzial bez wahania. Lekko zbita z tropu spytalam 'A jest jakis sport, ktory wolisz w wykonaniu damskim?'. 'Jest. Plywanie synchroniczne. Bo nie ma wersji meskiej'.
I tak skonczyla sie nasza rozmowa, a ja wolalam nie zadawac wiecej pytan i wrocilam do przygotowywania obiadu.
A dzisiaj obiad w duchu zabawy zorganizowanej przez Mafilke - Noc Kupaly (Kupalnocka).

'W to niezwykłe święto na pewno także ucztowano. Kuchnia Słowian była prosta, ale urozmaicona. Jedzono mięso i ryby. Chętnie używano ziół, miodu, olejów (na przykład makowego) i octu. Za chleb służyły podpłomyki. Za napój - lekkie piwo z jęczmienia i pszenicy z dodatkiem chmielu. Czosnek i szałwię uznawano za afrodyzjaki. By należycie uczcić Noc Kupały, dobrze jest spróbować prostych potraw, szukając inspiracji w kuchni wiejskiej, preferującej świeże sezonowe produkty. Jeśli uczta ma być także miłosna, warto położyć nacisk na: jedzenie palcami, odrywanie kęsów, maczanie w sosie, oblizywanie, podawanie sobie kęsów do ust. Niech ogień zatańczy na ruszcie. Niech staną dzbany z wodą źródlaną z listkiem mięty lub melisy. Piwa i miody pitne mile widziane. A jutro zacznie się lato(...)'

Kuchnia, lipiec 2009


Wiec skoro ma byc swojsko to przygotowalam pieczone ziemniaki nadziewane boczkiem z letnim sosem. Nie zalowalam ziol i przypraw. Nie zalowalam nadzienia. Uzylam najwiekszych ziemniakow, jakie byly w sklepie. Do obiadu saczylismy Miod Pitny Lubelski - Poltorak (goraco go polecam).
Cala potrawa jest super prosta i szybka, trzeba tylko odpowiednio przygotowac ziemniaki. Jesli podgotujemy je za krotko lub za dlugo beda sie nam rozwalac i nie damy rady ich ladnie wydrazyc. Najlepsze sa takie prawie ugotowane, ale nie do konca :)
I znowu sie rozgadalam, ale juz skonczylam :P






Pieczone ziemniaki nadziewane boczkiem z letnim sosem

Na podstawie 'Kuchnia Polska Tradycyjna' Marzena Kasprzycka

5 duzych ziemniakow
1 duza cebula, pokrojona w drobna kostke
3 lyzki masla
250g chudego boczku, pokrojonego w kostke
3 duze zabki czosnku, drobno posiekane
1/2 szklanki tartej bulki
1/2 szklanki mleka
1 jajko
garsc sera Cheddar, startego na tarce do jarzyn

3 lyzki posiekanej natki pietruszki
listki z czterech galazek tymianku cytrynowego
platki chilli
ziola prowansalskie
lubczyk
suszony imbir
pieprz cytrynowy
pieprz czarny
sol morska

Letni sos

1 maly kubeczek kwasnej smietany
1/3 szklanki kefiru
kilka rzodkiewek, pokrojonych w polplasterki
kawalek swiezego ogorka, startego na tarce do jarzyn
pol peczka koperku, drobno pokrojonego
pol peczka cienkiego szczypiorku, drobno pokrojonego
sok z cytryny
1 zabek czosnku, przecisniety przez praske
sol
pieprz cytrynowy

Wszystkie skladniki na sos (oprocz soli) mieszamy i wstawiamy do lodowki.

Ziemniaki podgotowujemy w osolonej wodzie.
Na patelni rozgrzewamy lyzke masla, dodajemy cebule i lekko podsmazamy. Dodajemy boczek, czosnek i ziola i chwile podsmazamy.
Bulke namaczamy w mleku.
Jajko lekko rozbijamy.
W misce mieszamy podsmazony boczek z cebula i z ziolami, namoczona w mleku bulke, jajko i natke pietruszki. Calosc mieszamy i ponownie doprawiamy do smaku.
Podgotowane ziemniaki kroimy w poprzek na pol. Kazdy wydrazamy i napelniamy nadzieniem.
Piekarnik rozgrzewamy do 180st.C. Ziemniaki ukladamy ciasno obok siebie w naczyniu zaroodpornym, obkladamy wiorkami masla i pieczemy okolo 30 minut, az zbrazowieja (po 15 minutach pieczenia posypujemy ziemniaki startym serem).
Sos wyjmujemy z lodowki tuz przed podaniem i doprawiamy sola.
Upieczone ziemniaki polewamy sosem i zjadamy ze smakiem.

Smacznego!





Weekendowa Cukiernia #6 - Podsumowanie & Weekendowa Cukiernia #7 - Zaproszenie w imieniu Mafilki




Weekendowa Cukiernia rozpedza sie. I to coraz szybciej! Przyznam szczerze, ze balam sie o jej powodzenie w okresie letnio-wakacyjnym, ale widze, ze swietnie daje sobie rade :) I mam nadzieje, ze bedzie nas coraz wiecej i wiecej! To takie moje marzenie. I licze, ze pomozecie mi w jego realizacji. Co Wy na to? :)

Tutaj nareszcie wyszlo slonce. Po dlugim deszczowym i szarym tygodniu (a moze wiecej niz tygodniu?). Od razu chce sie zyc! I robic podsumowania. A i owszem. Takie podsumowania to ja moge robic co tydzien. Upps co dwa :) Bo kazda Cukiernia trwa przeciez dwa tygodnie.

W ostatnim odcinku gospodarzyla nam Edysia i Jej blog Przy kuchennym stole. Edysia wybrala przepis na pyszne, lekkie i winne ciasto – Dymek z piana i truskawkami. Nie wiem jak u Was, ale u nas to ciasto zniknelo w oka mgnieniu. Z drugiej polowy zdazylam zjesc jeden kawalek i juz jej nie bylo (Polowek byl szybszy). A dodam, ze ciasta nie znikaja u nas nigdy w takim tepie. Wniosek nasuwa sie sam – bylo PYSZNE.

Chcialam Was rowniez zaprosic w imieniu Mafilki i Jej bloga Zaczynam kucharzenie do Weekendowej Cukierni #7. Mafilka wybrala dla nas przepis na super lekkie i mega jagodowe ciasto biszkoptowe. Po szczegoly zapraszam do naszej Gospodyni.

A w Weekendowej Cukierni #6 udzial wziely (same Kobitki:))):

Alcia vel Margot i Jej blog Kuchnia Alicji

Atina i Jej blog Tak sobie pichce...

Edysia (Nasza Gospodyni) i Jej blog Przy kuchennym stole

Gosi@ i Jej blog Emigrantki w kuchni

Grazyna i Jej blog Oswajamy kuchenke mikrofalowa

Joanna i Jej blog Notatki kulinarne

Karolcia i Jej blog For the body and soul

Kasiac i Jej blog Pokrojone doprawione

Ugotuj mnie vel Latagal i Jej blog Ugotuj mnie

Mafilka i Jej blog Zaczynam kucharzenie

Magdalena vel Magoldi i Jej blog Kopalnia Smakow

Majana i Jej blog Majanowe pieczenie

Tatter i Jej blog Palce lizac!

Tili i Jej blog Kuchnia Szczęścia

Zawszepolka czyli ja i moj blog Around the kitchen table


Dziekujemy (ja i Edysia) wszystkim za wspolne pieczenie i zapraszamy (ja i Mafilka) do kolejnej Cukierni!

Monday, 22 June 2009

Weekendowa Piekarnia #36 - Bułki pszenno-żytnie z figami




Idac za ciosem blogowania wklejam bulki, ktore wynalazl dla nas Mich w ramach Weekendowej Piekarni #36. Tak przeczuwalam, ze bedzie to cos extra, ale nie sadzilam ze AZ tak extra.
Smak bulek jest genialny. Smakuja pysznie i z dojrzewajaca szynka, i z serem plesniowym, i z imbirowo-gruszkowym dzemem. Smakuja pysznie same z maslem.
Podejrzewam ze moja wersja jest ciut ciezsza niz Wasze, bo jedyna maka zytnia jaka jest dostepna tutaj ad-hoc to maka zytnia razowa, wiec musialam pokombinowac troche z proporcjami. Ostatecznie zmieszalam ja pol na pol z maka pszenna chlebowa. Reszta proporcji pozostala taka sama. Ciasto fajnie sie wyrabialo. Bylo elastyczne i nie kleilo sie do blatu. W miare wyrabiania stawalo sie super sprezyste. Figi dodalalam na samym koncu wyrabiania. Troche mialam klopotu by ladnie wgniesc je w ciasto, ale sie udalo. Troche techniki i cierpliwosci i mozna cuda piec :)

Ciasto wyrastalo dwa razy. Pierwsze wyrastanie trwalo okolo 1.5 godziny, pozniej ciasto odgazowalam, podzielilam na czesci, uformowalam bulki i zostawilam na kolejna godzine. Mysle ze to podwojne wyrastanie nadalo im dodatkowej lekkosci. Troche sie balam, ze wyjda ciezkie gniotki, ale z piekarnika wyjelam pieknie pachnace i delikatne, lekko slodkie buleczki.





Co do wczorajszego posta to musze Was lekko rozczarowac, ale reszte historii pozostawie dla siebie. Nie jest to cos, o czym chcialabym pisac publicznie na forum, chyba ze wszystko sie wkoncu wyprostuje i ulozy. Wtedy Wam powiem, dobrze?
Dzisiejszy poranek mija mi strasznie leniwie. W zasadzie nie chce mi sie zabrac do pracy i od godziny zastanawiam sie co by tu robic zeby sie nie narobic ;) Wiem, ze w koncu moje lenistwo obroci sie przeciko mnie samej, ale ja tak bardzo nie lubie poniedzialkow. Zwlaszcza, ze wczoraj do poznej nocy ogladalismy film za filmem - miedzy innymi Le Fabuleux Destin d'Amélie Poulain (w rezyserii Jean-Pierre Jeunet), ktora odkrylam zupelnie na nowo. Kiedys ten film wydawal mi sie zupelnie oderwany od rzeczywistosci i nie moglam przez niego przebrnac. Po wczorajszym wieczorze jestem nim oczarowana. A wlasciwie nia, Amelia. I tak sobie mysle, ze wszystko zawsze jest brane tak strasznie na serio. Malo jest miejsca na wariactwo, niepowage i taka dziecieca, nieudawana radosc. Bo przeciez w pewnym wieku juz nie wypada. Bzdura. Mysle, ze kazdemu z nas odrobina szalenstwa jest jak najbardziej potrzebna. A idealem jest, jesli mamy dookola siebie Przyjaciol, ktorzy tak jak my maja ochote sie powyglupiac.

No i znowu sie rozpisalam, a mialo byc o bulkach! Jesli przebrneliscie przez ten esej to gratuluje :) Nagroda jest uscisniecie dloni Prezesa klubu sportowego Tecza, a po odbior nagrody zapraszam osobiscie. Wyslanie nagrod poczta nie bedzie rozwazane.

Mich & Alcia dziekuje Wam za kolejny i genialny odcinek Weekendowej Piekarni! Tworzycie razem zgrany Team :)





Bułki pszenno-zytnie z figami (przepis lekko zmodyfikowany)

10 dag suszonych fig
1 2/5 szklanki wody
1 lyzeczka suszonych drozdzy (nie uzywam drozdzy instant)
1.5 szklanki maki zytniej razowej
1.5 szklanki maki pszennej chlebowej
1 lyzeczka soli morskiej

Posiekac drobno figi i zagotowac z woda. Odstawic do ostudzenia (37 stopni C).
Odlac 2/5 szklanki ostudzonej wody z fig, wlac do miski i rozetrzec w niej drozdze. Zostawic na 10 minut.
Figi odsaczyc na sitku, a wode zachowac.
Wymieszac w misce oba rodzaje maki z sola, wlac rozmieszane z woda drozdze oraz wode z fig. Wyrobic ciasto, az bedzie gladkie i sprezyste (okolo 1o minut), przykryc szczelnie folia i zostawic na 1.5 godziny w cieplym miejscu.
Po tym czasie ciasto odgazowac i podzielic na 10 czesci. Z kazdej czesci uformowac bulki i ulozyc na blasze zlaczeniami do dolu.
Przykryc folia i zostawic do ponownego wyrosniecia (bulki powinny podwoic objetosc).
Nagrzac piekarnik do temperatury 200 stopni C, spryskac jego scianki woda, wstawic bulki i piec okolo 22-25 minut.

Smacznego!





Sunday, 21 June 2009

Weekendowa Cukiernia #6 - Dymek z pianą i truskawkami



Pol roku temu zaczelo zmieniac sie moje zycie. Powoli, niezauwazalnie, ale jednak.
Kiedys wszystko mialam tak skrupulatnie zaplanowane.
Sobota - pranie, sprzatanie, wpis na blogu, piecznie, gotowanie i planowanie menu na caly tydzien.
Niedziela - spacer, moze zakupy, wypad do znajomych.
Poniedzialek - piatek - praca, silownia, dom.
I tak w kolko. Wszystko zgodnie co do minuty. Wieczorem przygotowywalam sobie ubrania na drugi dzien do pracy. Lunch gotowy w pudelku czekal, az zabiore go ze soba. I wieczny stres. Ze ciagle za malo, zbyt zle, niewlasciwie, z bledami.
Pol roku temu stalo sie cos, czego nikt nie mogl przewidziec. Cos co uswiadomilo mi, ze planowanie planowaniem, ale zycie i tak pisze nam scenariusze takie jakie samo chce.

W niedziele spalilam garnek. Jeden z trzech. Zostaly mi dwa - jeden wielki (jak na rosol czy bigos) i jeden maly rondel z grubym dnem.
W poniedzialek rano zaspalam do pracy. Obudzilam sie za piec 9-ta (o tej porze powinnam juz siedziec za biurkiem). Pierwszy raz od 6 lat, czyli od czasu kiedy pracuje.
Kiedys oplakiwalabym ten garnek pol dnia, w pracy spozniona spalilabym sie ze wstydu, a w glosna muzyke sasiadki wsluchiwalabym sie do rana niemogac zasnac.

Ale zwolnilam, wyluzowalam. Zrozumialam, ze na tak wiele rzeczy nie mamy wplywu, wiec po jakiego grzyba mam sie na darmo denerwowac i psuc sobie zdrowie?
Nic sie nie stanie, gdy odkurze mieszkanie w niedziele (tak jak dzisiaj), gdy wstaniemy godzine pozniej (dzisiaj rano ogladalismy Gladiatora lezac w lozku i jedzac grzanki z szynka i z serem), a wpis na blog zrobie w niedziele (wlasnie jestem w trakcie).
I wiecie co? Jest mi tak lepiej. Jestem zdrowsza, spokojniejsza, wyluzowana.
Wlasnie zagniotlam ciasto na bulki Micha i bardzo sie usmialam, gdy co chwile wypadaly mi z niego kawalki fig, ktore usilnie probowalam w to ciasto wgniesc. A jeszcze niedawno pewnie stalabym przy blacie kuchennym i klela na te figi pod nosem.
Nie. Nigdy wiecej.
Za oknem szaro - co z tego? Jeszcze bedzie cieplo i slonecznie. Na czole pryszcz - jak juz sie zrobil to niech sobie zyje. Na kuchence pyrkocze rosol z wczoraj - bardzo dobrze mam obiad z glowy i moge poczytac ksiazke.
A na deser po sniadaniu? Pyszne ciasto od Edysi w ramach Weekendowej Cukierni #6.

Edysiu dziekuje za super przepis. Polowek wczoraj wieczorem twierdzil uparcie ze nie jest glodny, kanapek nie chcial, a zjadl cztery kawalki.





Dymek z piana i truskawkami (proporcje dostosowane do tortownicy o srednicy 20cm)

2 szklanki maki pszennej
4 zoltka
1 kostka masla
3 lyzeczki cukru pudru
1 lyzeczka proszku do pieczenia

450g truskawek
1/2 lyzki kakao

4 bialka
1 szklanka drobnego cukru
2 lyzki maki ziemniaczanej
1 lyzeczka soku z cytryny

Make przesiekac z margaryna, nastepnie dodac zoltka, proszek do pieczenia i cukier puder. Zagniesc ciasto (jesli jest zbyt lepiace, mozna jeszcze podsypac maka.
Gotowe ciasto podzielic na pol. Jedna czesc ciasta owinac folia spozywcza i wlozyc na godzine do zamrazalnika.
Druga czesc rozwalkowac i wylozyc na natluszczona tortownice o srednicy 20cm. *Podpiec do zbrazowienia.
Truskawki oplukac, osuszyc, usunac szypulki. Pokroic na polowki i ulozyc na ciescie przecieciem do dolu.
Kakao wsypac do sitka i oproszyc nim truskawki.
Bialka ubic na sztywna piane ze szczypta soli, wciaz ubijajac wsypywac powoli cukier, a pod koniec make ziemniaczana i sok z cytryny.
Ciasto wyjete z zamrazalnika podzielic na dwie rowne czesci. Jedna zetrzec na tarce o duzych oczkach na truskawki. Na to nalozyc piane i na nia zetrzec druga czesc zamrozonego ciasta.
Wstawic do nagrzanego piekarnika i piec okolo godziny w 180ºC.

Smacznego!

*Po rozmowie z Alcia i Malgosia zdecydowalam sie podpiec spod ciasta.

A propos pryszcza na czole, to Polowek przypomnial pewnien wierszyk: 'Czarna krowa w kropki bordo gryzla trawe krecac morda' :)))))





Tuesday, 16 June 2009

Weekendowa Piekarnia #35 i Weekendowa Piekarnia #34 (vol.2)




Ostatnio zauwazyam, ze staje sie specjalistka od laczonych wpisow. Bo dzisiejszy tez bedzie laczony. Taki wpis 3 w 1 :)
Minus jest taki, ze moze Wam sie nie chciec go przeczytac. Ale jest i plus - w koncu sie ogarnelam!
No dobrze to koniec gadania, przejdzmy do konkretow, bo i tak bedzie dluuugo i duuuzo.

Na poczatek Weekendowa Piekarnia #35. Jej Gospodyni - Oczko i Jej Historie Kuchenne wynalazlo dwa super wypieki: Chleb pszenno-żytni i Bułka Czekoladowa. Upieklam oba, ale jak zwykle jestem spozniona. Chleb byl gotowy juz w sobote, a bulke pieklam wczoraj w nocy, zeby byla swieza na przyjazd Polowka (wlasnie na Niego czekam).

Jesli chodzi o chleb to nie zmienialam nic, a nic. Wyszedl przepyszny! Skorka, wnetrze, ten zapach! Chcialoby sie napisac Palce Lizac! :)))





Polski chleb pszenno-zytni

Zaczyn
50g zakwasu zytniego
75g letniej wody
75g maki żytniej razowej

Ciasto wlasciwe
200g zaczynu j/w
250g wody
350g maki pszennej chlebowej (Very Strong Bread Flour)
150g maki zytniej razowej
10g soli (1,5 lyzeczki)
1 lyzeczka kminku

Zaczyn wymieszac na gladka ,dosc gesta mase. Pozostawic na 8-12 godz. w temp. pokojowej do przefermentowania.
Nastepnego dnia dodac do zaczynu wode, obie maki, kminek oraz sol. Wyrabiac recznie 10-12 min.
Wlozyc do miski, przykryc szczelnie folia i zostawic do wyrosniecia na 2 – 2.5 godziny (ma podwoic objetosc). W czasie wyrastania skladamy ciasto trzy razy.
Po tym czasie uformowac bochenek, wlozyc do koszyka wysypanego maka, przykryc folia i zostawic do ponownego wyrosniecia.
Piekarnik nagrzac do 230 st.C, spryskac jego wnetrze woda, naciac chleb i wsunac do pieca.
Piec ok. 40 – 50 minut do zbrazowienia skorki.

Studzic na kratce.





Jesli chodzi o Bulke Czekoladowa to przyznaje, ze tu poczynilam troche zmian. Juz od dawna marzyla mi sie maslana bulka drozdzowa. A ze spodobal mi sie przepis z Piekarni, postanowilam na wlasna reke dorzucic do niego zoltka, wiecej cukru i wiecej masla. Wyszla przepyszna! Lekko mi popekala, ale mysle ze paczuszka drozdzy na 550g maki to jednak zbyt duzo. Nastepnym razem dam tylko polowe, czyli jedna lyzeczke. I zwieksze ilosc cukru o 50g oraz ilosc kakao o 25g. Mam nadzieje, ze Oczko wybaczy mi te zmiany, a Ala zaliczy mi babke na poczet Piekarni :))





Bułka Czekoladowa (zmodyfikowana)

100g stopionego masla
4 zoltka
550g maki pszennej
25g kakao w proszku
1 lyzeczka soli
2 lyzeczki suszonych drozdzy (nie instant)
100g brazowego cukru
300ml letniego mleka (uzywam koziego)





Forme na babke posmarowac maslem lub olejem.
Do duzej miski przesiac make i kakao. Dodac sol.
Drozdze rozpuscic w 50ml cieplego mleka i poczekac, az sie zaktywuja.
Do miski z maka dodac cukier, zaktywowane w mleku drozdze, zoltka i reszte mleka. Wyrobic ciasto (bedzie luzne, ale wraz z wyrabianiem przestanie sie lepic). Tu taka uwaga Mama mnie nauczyla, ze ciasto winno byc uderzone piescia minimum 100 razy!
Pod koniec wyrabiania dodac stopione maslo i wyrabiac kolejne 10 minut.
Wyrobione przelozyc do czystej miski i zostawic na godzine do wyrosniecia.
Po tym czasie przebic i wlozyc do formy. Odstawic na kolejna godzine (w obu przypadkach ciasto ma podwoic objetosc).
Piec 35-40 minut w 200st.C robiac probe drewnianym patyczkiem.

Studzic na kratce.





I na koniec zalegly wypiek z poprzedniego odcinka Piekarni - czyli z Weekendowej Piekarni #34 - Altajskie rozki Mariany.

U mnie pieczone z polowy porcji, a i tak wyszly mi cztery dosyc spore rozki. Pyszne! Troszke zmniejszylam ilosc wody, bo moja wspolpraca z bardzo luznym ciastem za kazdym razem konczy sie tragicznie :))) Ale ja sie naucze... :))) Dla przypomnienia gospodarzyla nam Tatter i Jej blog Palce Lizac!.





Altajskie rozki Mariany

50g dojrzalego bialego zakwasu pszennego (100% hydracji)
225g maki pszennej chlebowej (Very Strong Bread Flour)
¼ lyzeczki suszonych drozdzy
½ lyzeczki soli
6g cukru
5g masla
150g cieplej wody





Drozdze rozpuscic w 50g wody i poczekac na ich aktywacje.
W misce wymieszac zaczyn z pozostala woda. Dodac make, sol, cukier, maslo i zaktywowane drozdze i wyrobic elastyczne i nieco lepkie ciasto.
Zostawic do wyrosniecia na 2.5 – 3 godziny skladajac ciasto dwukrotnie.
Wyrosniete ciasto odgazowac i podzielic na cztery rowne wagowo kawalki. Z kazdego kawalka uformowac luzne kule i zostawic na 10 minut. Po tym czasie za pomoca walka rozwalkowac je na cienkie placki o owalnym ksztalcie i zwinac je w rulon. Ulozyc na blaszce zlaczeniem do dolu i zostawic do ponownego wyrosniecia.
Piekarnik nagrzac do 240st.C, popryskac jego wnetrze woda i wstawic rozki. Piec 10 minut po czym obnizyc temperature do 220st.C i piec kolejne 10 – 15 minut.
Studzic na kratce.

Smacznego!


Saturday, 13 June 2009

Pucharki miłości pełne




Pucharki milosci przesylam dzisiaj wirtualnie Polowkowi. Bo daleko ode mnie jest. Tak sie zlozylo, ze mamy kulinarna zabawe blogowa zorganizowana przez Krokodyla - Afrodyzjaki, a ja zostalam sama na naszym malym gospodarstwie. Jest mi teskno. Zle tak wracac do pustego domu i pusty dom rano opuszczac. Na szczescie juz niedlugo wszystko wroci do normy :))

Dlatego w ramach poprawy nastroju postanowilam przygotowac sobie na kolacje cos pysznego. Wykwintnego. Cos co poprawi mi humor. Cos slodkiego, ale z wytrawna nutka. Taki prawidziwy comfort food*.
Potrawa znana chyba kazdemu. Bo truskawki z octem balsamicznym lubi prawie kazdy. Przynajmniej tak mi sie wydaje :) Do tego garsc rukoli i rukwi wodnej, kilka mini kulek mozarelli i mamy prawdziwa uczte dla podniebienia. W wersji lux mozna dodac kilka krewetek koktajlowych.

Ja uzylam mozarelli w postaci mini kulek - nie trzeba ich kroic i slicznie sie prezentuja. A zeby dodac odrobine pikanterii, calosc polalam syropem z truskawkowego octu balsamicznego i popilam (duzym) lykiem bialego polwytrawnego wina.

Byle do wtorku! :)

Podobna salatke prezentowalam rok temu - Salatke czerwcowa, a syrop z octu wykorzystalam rowniez w przepisie na Gruszke na szpinaku z krewetkami.

Niesmialo chciala Wam sie przyznac do jednej rzeczy - kilka dni temu ruszyl z kopyta moj nowy blog - Piekne i Bestie. Jest to blog, na ktorym bede wyrazac sie za pomoca zdjec. Daleko mu do Lustra Malgosi, czy Foto Bloga Komarki :), ale postaram sie, aby byl napakowany emocjami i uczuciami.

I bardzo dziekuje wszystkim za mile slowa w komentarzach do przedostatniego wpisu :*





Truskawki z mozarella i syropem z octu balasamicznego na lisciach rukoli i rukwi wodnej

400g truskawek
1 opakowanie mini kulek mozarrelli
garsc lisci rukoli
garsc lisci rukwi wodnej
2 lyzki octu balsamicznego
1 lyzka cukru
swiezo zmielony czarny pieprz
szczypta soli
odrobina oliwy z oliwek z pierwszego tloczenia (extra virgin)

Na dnie pucharkow ukladamy rukole i rukiew wodna. Na to kladziemy truskawki pokrojone na male czastki (osemki) i mini kulki mozarelli (mozna je przekroic na pol).
Z cukru i octu balsamicznego przygotowujemy syrop - w rondlu mieszamy ocet i cukier, doprowadzamy do wrzenia, zminiejszamy moc palnika i calosc redukujemy do tzw. nitki.
Salatke doprawiamy swiezo zmielonycm pieprzem, odrobina soli, polewamy oliwa oraz syropem.

Smacznego!




*Comfort food - wyrazenie okreslajace potrawe niedroga nieskomplikowana i latwa w przygotowaniu. Takze potrawe wyrazajaca emocje, nasze upodobania i przywolujaca mile wspomnienia, najczesciej z dziecinstwa. Po comfort food siegamy, gdy potrzebukemy ukojenia, poprawy nastroju lub po prostu nie chce nam sie przygotowac skoplikowanego posilku.


Thursday, 11 June 2009

Weekendowa Cukiernia #5 - Podsumowanie & Weekendowa Cukiernia #6 - Zaproszenie w imieniu Edysi (Przy kuchennym stole)




Oglaszam wszem i wobec, iz kolejny dwuweekend Weekendowej Cukierni mamy za soba!

Tym razem godpodarzyl nam Mezczyzna - Kuba i Jego blog Kuba pichci , a do 'pieczenia' wybral pyszny Truskawkowy Smietanowiec Mamy.
No i co ja mam Wam napisac... Smietanowiec - NIEBO W GEBIE. I co z tego, ze zawiera w sobie litr smietany? :) Francuzki jedza duuuuzo tlustych serow, popijaja winem, zagryzaja bagietka i sa szczuple :) Wiec liczenie kalorii odstawcie na bok i robcie poki trwa sezon na truskawki!

Jednoczesnie goraco zapraszam Was w imieniu Edysi i Jej bloga Przy kuchennym stole, na kolejny odcinek Weekendowej Cukierni. Co wymyslila dla nas Edysia mozna zobaczyc u u Niej na blogu o tutaj.

A w Weekendowej Cukierni #5 udzial wzieli:

Atina i Jej blog Tak sobie pichce

Edysia i Jej blog Przy kuchennym stole

Joanna i Jej blog Notatki Kulinarne

Kuba i Jego blog Kuba pichci

Mafilka i Jej blog Zaczynam kucharzenie

Margot vel Alcia i Jej blog Kuchnia Alicji

Ptasia i Jej blog Cos Niecos

Zawszepolka czyli Ja i moj blog Around the kitchen table

Dziekuje wszystkim za udzial w zabawie i zapraszam do kolejnych odcinkow Cukierni!

Polka

Wednesday, 10 June 2009

Zupa pełna tęsknoty




Poniewaz ogarnela mnie ogolna i wszechobecna tesknota i niemoc, dzis zamiast moich slow beda slowa piosenki Marii Peszek 'Muchomory'.
Bardzo Was przepraszam, ale mam pustke w glowie. A bzdur i bredni pisac nie chce.

'Nie jestem dziś w sosie
muchy mam w nosie
jestem w kłopocie
jak śliwka w kompocie

Nie jestem dziś w sosie
muchy mam w nosie
jestem w kłopocie
jak śliwka w kompocie
i jak dziura w płocie...

By się pozbyć złych humorów
robię zupę z muchomorów

Bardzo pyszna to potrawa
a do tego jeszcze trawa...
zupa halucynowa zaraz będzie gotowa

Muchomory na humory
grzybki w sosie na muchy w nosie

Zrazy z ekstazy
Kwaśne kompoty
na płoty, na poty

Nie jestem dziś w sosie...'



Zupa ze swiezej kukurydzy i trawy cytrynowej z mlekiem kokosowym
na podstawie Sainsbury's Magazine

Zupa

3 kolby kukurydzy
50g masla
1 mala cebula, pokrojona w drobna kostke
3cm kawalek korzenia imbiru, bardzo drobno pokrojony
1 czerwone chilli, wypestkowane i drobno pokrojone
3/4 litra mleka (uzylam koziego)
puszka mleka kokosowego
5 kawalkow (zdzbel?) trawy cytrynowej, drobno pokrojonej
4 lyzki crème fraîche (mozna zastapic kwasna smietana)

sol
swiezo zmielony czarny pieprz
pieprz cytrynowy

Relisz z kukurydzy

garsc natki pietruszki
1 kolba kukurydzy
1 lyzka oliwy z oliwek
1 czerwone chilli, pokrojone j/w
1 zdzblo trawy cytrynowej, pokrojonej jak wyzej

Najpierw przygotowujemy relisz. Kolbe kukurydzy smarujemy oliwa, solimy, doprawiamy swiezo zmielonym pieprzem i grillujemy w piekarniku albo na patelni, az ziarna beda miekkie. Studzimy, scinamy kawalek czubka, stawiamy pionowo i za pomoca ostrego noza scinamy ziarna od gory do dolu kolby. Ziarna mieszamy z pozostalymi skladnikami reliszu (ja pominelam chilli).

Z kolb na zupe scinamy ziarna tak samo jak wyzej (uwaga bo pryska sok!).
W duzym rondlu podgrzewamy maslo, dodajemy cebule, imbir i chilli. Calosc smazymy przez 5 minut.
Dodajemy mleko, mleko kokosowe, trawe cytrynowa, ziarna kukurydzy i kolby. Doprowadzamy do wrzenia, zmniejszamy moc palnika, przykrywamy i gotujemy przez ok. 20minut. Po tym czasie usuwamy z garnka kolby, a zupe miksujemy za pomoca blendera.
Doprawiamy do smaku sola i pieprzem cytrynowym.
Podajemy ciepla z odrobina crème fraîche oraz reliszem.

Smacznego!



Kilka slow wyjasnien...
Po pierwsze w oryginalnym przepisie byla maka i samo mleko. Ja make wywalilam i dodalam mleko kokosowe, bo mi pasowaly smaki.
Po drugie dopadla mnie chyba chandra, jak kilka osob slusznie zauwazylo. No ale jak tu sie cieszyc, kiedy za oknem kolejny raz urwanie chmury. Jest szaro, zimno i mokro. Wiem, przeprowadzka tutaj to byl moj wybor, ale naprawde wytrzymalosc ludzka jest ograniczona :(

Afrodyzjaki

Sunday, 7 June 2009

Weekendowa Cukiernia #5 - Śmietanowiec z truskawkami Mamy Kuby




Czym bylby czerwiec bez truskawek? Pewnie takim samym letnim miesiacem jak lipiec czy sierpien. Gdybym miala wybrac, ktory z tych trzech miesiecy lubie najbardziej, wahalabym sie pomiedzy czerwcem, a lipcem. Z lipcem wiaza sie najwspanialsze chwile mojego zycia, ale czerwiec jest pelen smaku i zapachu truskawek...

Piaty odcinek Weekendowej Cukierni powierzylam Kubie i bardzo sie ciesze, ze Kuba zgodzil sie nam gospodarzyc, a do tego wybral bardzo fajny przepis na iscie czerwcowe ciasto - Truskawkowy smietanowiec swojej Mamy. Musze przyznac, ze to chyba najlepszy smietanowiec jaki mialam okazje do tej pory probowac. Bez jajek i serkow homogenizowanych. Nie za slodki i bardzo winny przez dodatek powidel sliwkowych. Ja ta winna nutke postanowilam wzmocnic i przygotowalam galaretke na czerwonym winie. Zelatyne w proszku zastapilam zelatyna listkach (bardzo fajnie sie z nia wspolpracuje i co najwazniejsze nie smierdzi tak jak zwykla zelatyna). Poniewaz nie mialam dostepu do dobrych powidel sliwkowych, przygotowalam sliwkowe puree ze sliwek w zalewie. Do ciasta przygotowalam rowniez sok rabarbarowo-malinowy, ktory pilismy z dobrze schlodzona woda gazowana.

Calosc - po prostu cudo! Goraco polecam i smietanowca i sok.

Kuba dziekuje za Gospodarzenie, a wszystkim 'piekacym' za udzial w Weekendowej Cukierni #5.



Smietanowiec z truskawkami Mamy Kuby

Ciasto

250g okraglych biszkoptow
sok rabarbarowo-malinowy przepis ponizej) plus 2 lyzki czerwonego wina do nasaczenia biszkoptow
sliwki w zalewie

Masa

1 litr smietany kremowki ‘double cream’
3 lyzki cukru pudru
12 listkow zelatyny
75g bialej czekolady
1kg truskawek

Galaretka z wina (na podstawie przepisu Asi z Kwestii Smaku)

300ml czerwonego wina
6 lyzek wody
50g cukru
6 listkow zelatyny

Biszkopty ukladamy w tortownicy, tak aby utworzyly zwarty spod pod ciasto. Wolne przestrzenie wypelniamy pokruszonymi czesciami biszkoptow.
Biszkopty nasaczamy sokiem wymieszanym z winem.
Sliwki miksujemy w blenderze na puree i rozsmarowujemy na nasaczonych biszkoptach.
Listki zelatyny namaczamy w zimnej wodzie tak, by swobodnie plywaly. Zostawiamy na 10minut. Po tym czasie dobrze je odciskamy i wkladamy do blaszanej miski. Miske ustawiamy na garnku z wrzaca woda i rozpuszczamy zelatyne (uwaga miska nie moze dotykac wody).

Schlodzona smietane lekko ubijamy mikserem i dodajemy cukier puder. Ja nie ubijalam smietany zbyt dlugo, bo chcialam aby tekstura ciasta byla gladka. Do smietany dodajemy cukier puder i posiekana biala czekolade. Calosc wlewamy do rozpuszczonej zelatyny (nigdy odwrotnie) i lekko, ale dokladnie mieszamy.
2/3 umytych truskawek dzielimy na osemki, a 1/3 na plasterki.
Polowe truskawek pokrojonych na osemki wykladamy na spod ciasta. Na to wykladamy polowe masy smietanowej. Na mase wykladamy druga polowe truskawek i na koniec pozostala czesc masy.
Plasterki truskawek ukladamy na wierzchu ciasta lekko je w nie wciskajac.

Zelatyne na galaretke przygotowujemy j/w. W rondlu o grubym dnie podgrzewamy wino, wode i cukier uwazajac by wina nie zagotowac, bo nam zmetnieje. Lekko studzimy i dodajemy do rozpuszczonej zalatyny, dokladnie mieszajac. Lekko studzimy
Na ciasto wylewamy ostudzona galaretke i calosc wkladamy do lodowki nalepiej na noc.










Sok rabarbarowo-malinowy
na podstawie BBC Good Food Magazine June 2009

300g drobnego cukru
1 cytryna, pokrojona w palsterki
1 pomarancza, pokrojona w plasterki
200g swiezych malin
400g rabarbaru, pocietego na wieksze kawalki

Wszystkie skladniki umieszczamy w duzym rondlu o grubym dnie i zalewamy 400ml zimnej wody. Doprowadzamy do wrzenia (czesto mieszajac) i gotujemy przez 2 minuty. Zostawiamy do calkowitego ostygniecia.
Calosc przecieramy przez sitko, a uzyskany sok przelewamy do butelki.
Sok mozna przechowywac w lodowce przez okolo tydzien.

Smacznego!






Wednesday, 3 June 2009

Weekendowa Piekarnia #34 - Vol.1




Ale sie porobilo! Sama Szanowna Piekarenka Tatter, nam gospodarzy! :)
Ja troche przed czasem, ale to dlatego iz po pierwsze chleb ten upieklam juz w ostatni weekend (co Poniektorzy powinni wiedziec dlaczego:D), a po drugie od dzisiaj do niedzieli mamy Gosci (i to jakich!), wiec wybieram sie znowu na kulkudniowy urlop od blogowania. Bede sobie zagladac w pracy co tam ciekawego przygotowaliscie :)

Co do samego chleba... podpisuje sie obiema rekami pod tym, co napisala o nim Tatter. Ja nie lubie chlebow zytnich ani razowych(znowu sie powtarzam?), ale ten jest inny. Serio. Nie jest ani ciezki, ani lepki, ani gliniasty. Ma za to duzo dziurek i lekko kwasny smak. Ja z drozdzy nie rezygnowalam, ale dalam ich doslownie na czubku malej lyzeczki do herbaty. Suszonych znaczy sie.

A teraz wracam do pracy – niestety obowiazki wzywaja :( Do konca tygodnia mam zastepstwo za kolege, ktory smazy sie gdzies w Hiszpanii.

Po niedzieli nadrobie wszystkie zaleglosci w czytaniu Waszych blogow oraz upieke Altajskie rozki Mariany.

Aha oglaszam wszem i wobec ze pierwszy raz w historii Weekendowej Piekarni wyprzedzilam Alcie vel Margot :))))))))))))))

Przepis u Tatter o tu, ale dla porzadku go tutaj wklepie :)





60/40 Nilsa

270g zytniego razowego zakwasu (100% hydracji)
135g zytniej maki razowej
180g bialej maki pszennej chlebowej
200g cieplej wody
2g swiezych drozdzy
9g soli
plus dwie garsci maki pszennej chlebowej j/w bo mi sie ciasto bardzo lepilo podczas wyrabiania

Wymieszac skladniki w misce i zostawic na 45 minut, nastepnie ciasto zlozyc (mozna jedynie przemieszac) i znow zostawic na 45 minut. Nastepnie uformowac podluzny bochenek i zlaczeniem w gore wlozyc go do omaczonego kosza. Zostawic do wyrosniecia. Bochenek z drozdzami rosnie znacznie krocej (ok. 1 - 1 1/2 gdziny). W kazdym razie ciasto ma prawie podwoic swoja objetosc (ok 90-95%).
Rozgrzac piec wraz z kamieniem do 260C.

Wyrosniety chleb przelozyc na lopate, szybko naciac i zsunac na rozgrzany kamien. Piec z para przez 10 minut nastepnie obnizyc temperature do 220C i piec jeszcze 35 minut. Chleb wystudzic przed pokrojeniem.

Smacznego!