Wednesday, 30 September 2009

Weekendowa Cukiernia 3 w 1




Zaczęło się od niewinnej pogawędki na gmail’owym czacie. Moim z Anoushką, którą czasami pieszczotliwie nazywam Siostrunią :) No i udało mi sę namówić na gospodarzenie jednemu odcinkowi Weekendowej Cukierni. Rozmowę sobie poczytali? Poczytali pewnie :) Ja to się tylko cieszę, ze głupot żadnych tam nie popisałam bo jeszcze by to A wkleiła i dopiero by było! Kupa śmiechu jak nic!

Przepis Anoushka wynalazła GENIALNY. Przyznaję, jest on troszkę pracochłonny, ale gdybym to ciasto miała i pięć dni robić to bym je zrobiła. I zrobię je jeszcze nie raz. Za miesiąc będę gościć przemiłe warszawsko-wrocławskie towarzystwo, które koniecznie musi tego ciasta skosztować. Połówek po pierwszym kęsie powiedział jedno słowo: ‘………’ (czyt. pyszne). Nie mogę słowa użyć, bo mi blog administracja usunie. Mnie się ciśnie na usta jeszcze inne, ale również go nie mogę użyć. Powiem tylko, że ciasto jest pioruńsko dobre :)

U mnie oczywiście nie odbyło się bez przygód. O dziwo z kremem poszło mi jak z płatka.
Przygodę miałam ze spodem. Nie śmiejcie się, ale ja żadnego brownie nigdy wcześniej nie piekłam, więc zupełnie nie wiedziałam jak ma być konsystencja ciasta. Dodałam wszystkie (a przynajmniej tak mi się wydawało) składniki z zgodnie z przepisem, ciasto było dosyć gęste ale ‘tak ma być’ pomyślałam. Przełożyłam je do formy, wsadzam do pieca wzrokiem omiatając kuchenny blat, czy aby o niczym nie zapomniałam. Patrzę jajka sobie leżą. Myślę ‘co do diaska skąd tam jajka????’ Nic może za dużo wyjęłam? I nagle żaróweczka cyk! JAJKA!! Przecież nie dodałam jajek!! Normalnie pewnie bym się popłakała, ale szybko ciasto z formy wyjęłam, dodałam jajka, ubiłam i siup z powrotem do formy. I się udało. Uff :)
Pyszne wyszło.
Brownie będę piekła znów niedługo.
Spód już miałam, z masą jak pisałam poszło mi gładko, rodzynki podpalał Połówek, bo ja znając życie bym coś sfajczyła, no to została polewa. Kochana Anoushka wysłała mi super polewę, o której u siebie pisała. Zrobiłam wszystko jak należy, lekko ją ostudziłam i... zastygła mi zanim zdążyłam ją dobrze rozłożyc na cieście. Dobrze, że na zdjęciu tego nie widać :)

No i co ja Wam mogę napisać? Piekącym dziękuję za udział w zabawie, a tym co nie piekli niech języki pouciekają wiadomo gdzie :D

Jednocześnie zapraszam w imieniu Olciaky przepis oblikuje niebawem, więc proszę zaglądajcie do niej. Ja sama nie wiem, co dla nas Panienka wymyśliła i nie powiem, ciekawość mnie po kawałeczku zżera :) Oby mnie chociaż trochę na jutro zostało!

A moje dzieło znajdziecie jak zwykle na końcu tuż za podsumowaniem :)

PODSUMOWANIE :D

WC #13

Gospodarz: Anoushka i Jej blog ...et si vous veniez manger chez nous?

Przepis: Pierre Hermé, brownies, koniak i złote perełki

Piekły:

Alcia i Jej blog Kuchnia Alicji

Anoushka i Jej blog ...et si vous veniez manger chez nous?

Beata i Jej blog Lubię gotować

Ewena i Jej blog Rasberries and cream

Fellunia i Jej blog Bezglutenowa babeczka

Joanna i Jej blog Notatki kulinarne

Małgosia i Jej blog Pieprz czy wanilia

Michaszka i Jej blog Gotowanie to przyjemność

Tili i Jej blog Kuchnia Szczęscia

Viri i Jej blog Cioccolato Gatto

Zawszepolka czyli ja i mój blog Around the kitchen table (poniżej)

WC #14

Gospodarz: Olciaky i Jej blog Internetowa cukierenka Olcik

Przepis: ??????? :)

A oto moje ciasto:

Pierre Hermé, brownies, koniak i złote perełki
Źródło: Pierre'a Hermé "Mes desserts préférés" Agnès Vienot Editions, 2003, str. 195




Złote perełki, czyli rodzynki

120g żółtych rodzynek
70g wody
70g whisky Jack Daniels

Rodzynki umieścić w niewielkim garnuszku. Zalać je wodą i zagotować. Gotować przez 1-2 minuty do momentu, aż woda prawie całkowicie wyparuje.
Zdjąć garnuszek z ognia, zalać whisky i podpalić, starając się przy okazji nie poparzyć paluchów, tudzież nie puścić z dymem kuchni ;)
Potrząsać płonącym garnuszkiem do moment, aż płomień zgaśnie. Przełożyć do szklanej miseczki, dokładnie przykryć i ostudzić. Przechować w lodówce nawet do 5 dni. Rodzynki najlepiej przygotować dzień wcześniej.

Brownies

70g poszatkowanej gorzkiej czekolady
130g miękkiego masła
2 jajka średniej wielkości, w temperaturze pokojowej, delikatnie ubite
125g cukru
60g przesianej mąki
100g grubo poszatkowanych orzechów pecan

Nagrzać piekarnik do 180°C. Wysmarować tortownicę o ø 22 cm masłem i wyłożyć papierem do pieczenia.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Zdjąć z ognia i odczekać, aż jej temperatura spadnie do 45°C (gdy robiłam pierwszym razem, nie miałam termometru... i też wyszło ;)).
Masło delikatnie wymieszać przy pomocy silikonowej łopatki do momentu, aż uzyska kremową konsystencję (oczywiście użyłam miksera na najwolniejszych obrotach ;)) Dodawać, cały czas dokładnie mieszając, czekoladę, jajka, cukier mąkę oraz orzechy pecan.
Przełożyć ciasto do tortownicy. Piec około 10-13 minut. Ciasto powinno mieć suche brzegi i delikatnie kleić się po środku. Wyjąć z piekarnika i pozostawić do ostygnięcia.
Ciasto, dokładnie zawinięte, można przechowywać przez 2 dni w lodówce lub przez miesiąc w zamrażalniku.



Crème pâtissière

125g pełnotłustego mleka
1/2 laski wanilii
2 małe żółtka
25g cukru
11 i 1/2 g przesianej Maïzeny (lub mąki ziemniaczanej)
12 i 1/2 g miękkiego masła

Laskę wanilii rozciąć i wyskrobać nasionka. Zalać wszystko mlekiem. Zagotować. Zdjąć z ognia, przykryć i odstawić na 30 minut.
Przygotować dwie miski o różnej średnicy tak żeby jedną można było włożyć do drugiej. Wypełnić większą lodem (użyłam jednej metalowej miski, którą uprzednio wstawiłam do zamrażarki na godzinę).
W garnuszku z grubym dnem, ubić razem żółtka, cukier oraz przesianą Maïzenę. Dodać ¼ mleka i nadal ubijać. Gdy wszystko dokładnie się połączy i będzie miało taką samą temperaturę, dodać resztę mleka. Wyjąć laską wanilii.
Podgrzewać delikatnie krem bez przerwy ubijając, aż do momentu, gdy się zagotuje. Gotować 1-2 minuty cały czas ubijając. Zdjąć krem z ognia i przełożyć do mniejszej miski i ustawić ją w misce z lodem. Schładzać cały czas energicznie mieszając, żeby nie porobiły się grudki. Gdy krem osiągnie temperaturę 60°C dodać po trochu masło mieszając, aż dokładnie się rozpuści i połączy z kremem. Ostudzić.
Szczelnie przykryty crème pâtissière można przechowywać do 2 dni w lodówce

Krem z whisky

340g śmietanki double cream
4g żelatyny
3 i 1/2 łyżki whisky
190g kremu pâtissière

Namoczyć listki żelatyny w zimnej wodzie. Odcisnąć i odstawić na bok.
Ubić delikatnie śmietankę (ubiłam mocniej niż delikatnie ;)). Odstawić na bok.
Rozpuścić żelatynę w garnuszku. Dodać koniak i dokładnie wymieszać. Dodać ¼ kremu pâtissière i wymieszać. Jeżeli temperatura kremu jest wyższa niż 21°C, wstawić miskę z kremem do zimnej wody.
Dodać pozostały krem pâtissière, delikatnie wymieszać. Na końcu dodać ubitą śmietankę i ponownie wymieszać.

Przezroczysta polewa

Jeżeli macie już dosyć i na samą myć o kolejnej chwili spędzonej przy garach, robi się Wam słabo, to możecie użyć galaretki z jabłek lub pigwy. Galaretką, przed użyciem, należy delikatnie podgrzać. Jeżeli macie ochotę przygotować samemu polewę, oto przepis ;)

50g cukru
1 opakowanie przezroczystej polewy żelującej do tart owocowych
150g wody
skórka z połowy cytryny i pomarańczy
łyżeczka soku z cytryny
1/4 laski wanilii
3 listki mięty

Wymieszać polewę żałującą z cukrem. Odstawić na bok.
Wodę podgrzewać z rozkrojoną wanilią, skórką cytryny i pomarańczy. Gdy jest letnia, dodać, cały czas mieszając drewnianą łyżką, wymieszany cukier z polewą. Zagotować, zmniejszyć ogień i gotować około 3 minut. Dodać sok z cytryny i ponownie zagotować. Zdjąć garnek z ognia, dodać listki mięty, przykryć i odstawić na około 15 minut. Odcedzić polewę i pozostawić do całkowitego ostygnięcia w temperaturze pokojowej. Jeśli polewa za mocno się zetnie wystarczy ją delikatnie podgrzać.
Polewę można przechowywać w lodówce przez tydzień lub po prostu ją zamrozić.

Końcówka:)

Odsączyć rodzynki na sitku. Przed użyciem osuszyć je dodatkowo ręczniczkiem papierowym. Przełożyć ciasto ponownie do tortownicy, lub użyć obręczy ze stali nierdzewnej (ta ostania świetnie się sprawdza).
Wylać na ciasto połowę kremu. Na krem wyłożyć rodzynki (zostawić do dekoracji ¼ rodzynek) i przykryć ponownie kremem. Wygładzić starannie wierzch.
Wstawić ciasto na godziną do zamrażalnika. Tak przygotowane ciasto, dokładnie zawinięte w folię można przechowywać w zamrażalniki przez 2 tygodnie.

Udekorować ciasto pozostawionymi rodzynkami oraz świeżym winogronami. Polać zimną polewą i wstawić do lodówki na godzinę.

Smacznego!


Sunday, 27 September 2009

Panie i Panowie Dzień Jabłka mamy!







Był wczoraj. Wiem :)

Niestety zupełnie o terminie zapomniałam. Aż wstyd się przyznać! Sama Organizatorka mi o nim przypomniała w… piątkowy wieczór. Nie będę się głupio tłumaczyć, ale czuję jakbym trzy dni miała zupełnie wyjęte z życiorysu. Było, minęło i nie ma do czego wracać. Ot co :)

Do Dnia Jabłka bardzo chciałam się przyłączyć, bo: zabawę organizuje bliska mi osoba, bo to była pierwsza zabawa, do której przyłączyłam się rok temu, kiedy założyłam blog (i byłam tym faktem okropnie onieśmielona), bo wreszcie jabłka lubię i chyba mogę powiedzieć, że to mój ulubiony owoc.
A lubię go za uniwersalność, różnorodność, soczystość, chrupkość i słodycz. Najbardziej oczywiście lubię jabłka chrupać na surowo. A jak zaczęłam o jabłku pisać, to zrobiłam się okropnie głodna i chyba zrobię sobie na kolację z niego i z marchwi surówkę. Z odrobiną cukru, soku z wyciśniętego z cytryny i kwaśną śmietaną :)

Rok temu kiedy my Blogowicze obchodziliśmy Dzień Jabłka, byliśmy z Połówkiem na podobnym zakręcie. Moja Siostra i Jej Narzeczony (wtedy jeszcze chłopak) wracali do Wrocławia, a my rozglądaliśmy się za mniejszym mieszkaniem. Ta sama nerwówka, czy znajdziemy coś odpowiedniego na czas, że trzeba znowu użerać się z różnymi instytucjami i przenosić rachunki. Fuj. W tym roku połowę nerwówki odwaliłam sama (dumna) i mieszkanie już nam znalazłam. Śliczne, przytulne w dodatku o wyższym standardzie i to w budynku obok. Zaliczka wpłacona, teraz czekamy na resztę formalności i 20-tego października się przeprowadzamy. Co oznacza, że uwolnię się od głupiej sąsiadki. Hura! Co oznacza, że niewiadomo kto nam się trafi ;) Trzymajcie kciuki!

W tym roku skromny u mnie ten Dzień Jabłka. Ale starałam się, żeby był odrobinę wykwintny. Czy mi się udało? Sami oceńcie :) Chciałam zrobić coś jeszcze, ale chyba się ze mną zgodzicie, że jak się człowiek narobi, a jeść nie może to trochę nie teges… Padło więc na deser i sałatkę.

Jeśli chodzi o sałatkę, to robiłam ją już trzy razy, za każdym razem zmieniając proporcję i sposób wykonania. Dziś chyba wyszła mi wersja najsmaczniejsza. Przepis na nią pochodzi z maleńkiej książki Pascala Brodnickiego ‘Po prostu mi to ugotuj’, którą dostałam od współlokatora we Wrocławiu tuż przed samym wyjazdem do Anglii. Pascal radzi, by wszystkie składniki sałatki (oprócz pomidora) podsmażyć na patelni. Ja radzę, by jabłko i cebulę zostawić ‘na surowo’. Bardzo ważnym elementem jest dokładne wymieszanie sałatki, tak by na języku znalazła się miękka cukinia i chrupkie jabłka. Niebo w gębie! Zastąpiłam również natkę pietruszki świeżą miętą.

Co do deseru, to pomysł na niego zaczerpnęłam z mojej nowej książki, o której zapewne wkrótce Wam opowiem, bo naprawdę jest tego warta. Znalazłam w niej przepis na deser z tapioki z kawałkami owocu mango. Mango zastąpiłam musem jabłkowym, do którego dodałam trochę przypraw i alkoholu. O rany ale to dobre wyszło. Fajna ta tapioka. Takie zupełnie inne doznanie kulinarne. Gorąco polecam.

Tatter to dla mnie zaszczyt po raz kolejny przyłączyć się do Dnia Jabłka i przepraszam za opóźnienie.


Deser z tapioki z musem jabłkowym i miodem pitnym





Tapioka
Źródło: Bonnier Books ' New healthy kitchen - Desserts'

90g tapioki
60ml niesłodznego mleka kokosowego
2 łyżki drobnego cukru do wypieków
1 litr wody

Wodę w rondlu doprowadzić do wrzenia. Zmniejszyć moc palnika i wsypać tapiokę.
Gotować, aż stanie się przeźroczysta ok. 10-12 minut.
Odcedzić na sicie, przełożyć do miski, dodać cukier, mleko kokosowe i wymieszać. Przełożyć do pucharków (szklanek, miseczek) i odstawić na godzinę do ostygnięcia.

Mus jabłkowy
Źródło: Radosna twórczość własna :)

2 jabłka
60 ml wody
1 łyżka cukru waniliowego
pół łyżeczki mieszanki przyprawy korzennej
1/2 łyżki soku z cytryny
3 listki żelatyny
3 łyżki Lubelskiego Miodu Pitnego Półtorak + 2 łyżki wody

Jabłka obrać, pozbawić pestek i pokroić na ósemki. Przełożyć do rondla, zalać 60ml wody, dodać cukier, sok z cytryny i przyprawę korzenną. Gotować ok. 10 minut, aż jabłka zaczną się rozpadać. Zmiksować.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, odcisnąć i rozpuścić w 2 łyżkach gorącej wody. Dodać 3 łyżki miodu pitnegi, wymieszać.
Dodać do musu i wymieszać.

Na wierzch ostudzonej tapioki wyłożyć mus, udekorować plasterkami jabłka i posypać cynamonem.





Cukinia z jabłkami pachnąca miętą
Źródło: Pascal Brodnicki 'Po prostu mi to ugotuj'





1 łyżka oleju roślinnego
1 cebula
2 młode cukinie
1 jabłko
1 mały pomidor
garść świeżej mięty
2 zmiażdżone ząbki czosnku
1 łyżka kwaśnej śmietany
sól
pieprz
2 łyżki soku z cytryny

Cukinię pokroić w słupki i podsmażyć na łyżce oleju. Zdjąć z patelni.
Cebulę posiekać w drobną kostkę.
Pomidor pokroić w cząstki.
Jabłko pokroić w większą kostkę i zalać sokiem z cytryny (wtedy nie zczernieje).
Cebulę połączyć z cukinią, jabłkiem, pomidorami, posiekaną miętą i czosnkiem. Wymieszać. Dodać śmietanę i ponownie delikatnie wymieszać.
Doprawić solą i pieprzem.

Smacznego!





Friday, 25 September 2009

Grypa, gulasz, piwo i marchewki




Jak niektórzy z Was zdążyli doczytać na Durszlaku (zanim zachorował), w środę po południu wybrałam się do lekarza, ponieważ od kilku dni coś mnie męczyło. Myslałam, że to zwykłe przeziębienie, ale na wszelki wypadek do przychodni poszłam. Postawiona diagnoza wbiła mnie w krzesło - swine flu (A/H1N1). Na szczęście lekarz zachował się profesjonalnie i widząc moją pobladłą twarz wytłumaczył mi, że nie ma się czego bać. Grypa jak każda inna, tylko wywołana innym szczepem wirusa, a to że urosła do rangi epidemii to trochę wina mediów i ludzi, którzy zamiast poczytać co nieco, przekazują ploty odpowednio je upiększając. Powiedział również, że tę grypę dużo łatwiej wyleczyć, bo wiadomo czym w nią uderzyć. Dostałam antybiotyk (Tamiflu®) i dzisiaj stanęłam na mogi. Przyznam że ostatnie dwa dni były dla mnie koszmarne. W zasadzie je przespałam, ale bóle głowy, uszu, stawów i okropna gorączka dały mi popalić. Ale bez szczegółów, bo nie będę Was straszyć ;) Dodam tylko, że po dziś dzień nienawidzę mieć gorączki i leżenie całkowicie pod kołdrą przyprawia mnie o napady złości. Zawsze tak to sobie wykombinuję, żeby chociaż kawałek ręki albo nogi był odkryty, ale ciiii nie mówcie mojej Mamie :)

Dzisiaj jest już OK. Wywietrzyłam mieszkanie, założyłam świeżą pościel, a tą chorobową od razu uprałam w 90 st.C, ogarnęłam się co nieco i zjadłam maleńką porcję obiadu. I drugie pół biszkoptu, który upiekłam na pół-śpiąco wczoraj po południu. Bo jedyne co mój brzuch tolerował to właśnie suchy postny biszkopt. Nie powiem, żeby obżeranie się ciastem było dobre dla mojego tyłka i boczków kiedy dzień spędzam w pozycji leżącej, ale trudno. Chorej się nie odmawia :)

Przede wszystkim chciałam podziękować Wam za wszystkie życzliwości i miłe słowa, które od Was dostałam. Wszystkie przeczytałam, na część jeszcze nie odpowiedziałam, ale odpowiem! Przede wszystkim dziękuję za przepisy na domowe herbaty i syropy oraz oferty podrzucenia zakupów :) Niestety to ostatnie jest niewykonalne, bo mieszkam zbyt daleko od Was. Ale bardzo się cieszę, że jesteście i że pamiętacie :* To wiele dla mie znaczy. Mam nadzieję, że chociaż część z Was uda mi się poznać na żywo. bo jesteście fantastycznymi i bardzo wartościowymi ludźmi.

Jedna rzecz mnie tylko martwi – kończy się Festiwal marchewki zorganizowany przez Olciaky, a ja nie opublikowałam ani jednego przepisu! A takie miałam plany. I zupa, i surówka, i ciasto, i danie główne... Szkoda gadać :) Pociesza mie tylko myśl, że jeszcze trochę czasu mam. Jeszcze tydzień. No dobra zupę zrobiłam, ale zdjęcia poszły do komputerowego kosza, bo mi się nie podobały. Sama zupa była OK.
No to do dzieła. Skoro mi trochę lepiej, to Wam pokażę co ugotowałam tydzień temu, a zamrożona porcyjka czeka na Pięknego, który dzisiaj wieczorem przyjeżdża zaopiekować się swoją Połówką. Hurrrrra!

Przepis na to cudo dosta lam od kolegi z pracy Johna, tego co jest fanem bekonu w każdej postaci. Skąd John ma przepis – nie wiem. Może sobie wymyślił? Dla mnie najważniejsze jest to, ze danie wyszło ‘palce lizać’! :)





Beef in beer (Gulasz wołowy na piwie)

2 łyżki oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia (można zastąpić olejem)
450g wołowiny na gulasz, pokrojonej w większą kostkę (ok. 5cm)
340g (2 duże) marchewek, pokrojonych w plasterki (ja użyłam tej samej ilości marchewek ‘baby’ i zostawiłam je w całości)
350g pieczarek, pokrojonych w paski (ja użyłam tej samej ilości małych pieczarek i zostawiłam je w całości)
2 duże ząbki czosnku
1 duża cebula, pokrojona w większe kawałki
300ml jasnego piwa (‘ale’)
300ml bulionu wołowego (ja użyłam warzywno-drobiowego)
½ łyżki mieszanych suszonych ziół (tymianek, pietruszka, lubczyk, rozmaryn)
odrobina kminku
odrobina płatków chilli
liść laurowy
kilka ziaren ziela angielskiego
1 lyżeczka brązowego cukru
1 łyżka winnego octu
sól
pieprz
2 łyżki mąki do oprószenia mięsa

Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 140°C.
Oliwę lub olej rozgrzewamy na patelni.
Mięso dobrze doprawiamy solą i pieprzem, oprószamy mąką i obsmażamy partiami na dobrze rozgrzanym tłuszczu. Smażyć należy krótko, ale mięso ma się zrumienić. Przekładamy je do garnka rzymskiego lub naczynia żarodpornego.
Na tym samym oleju podsmażamy marchewki i przekładmy je do mięsa.
Następnie podsmażamy cebulę i czosnek, a na samym końcu pieczarki.
Następnie wszystko przekładamy do naczynia z mięsem.
Dodajemy piwo (powoli po ściankach naczynia, bo się spieni), bulion, wszystkie przyprawy, cukier i ocet. Naczynie przykrywamy i wstawiamy do piekarnika.
Pieczemy przez przez 1 ½ godziny. Po tym czasie przykrywkę zdejmujemy i pieczemy gulasz kolejne 45 minut.
Podajemy z czym chcemy :) Można z ryżem, można z chlebem, można z ziemniakami. A nawet z makaronem wstązki.

Smacznego!

PS
Tym przepisem zastąpiłam przepis na gulasz na ciemnym piwie, bo jakość zdjęć w tamtym poście spędzała mi sen z powiek!
Mam nadzieję, że mi wybaczycie. Zresztą ten gulasz wyszedł o niebo lepszy!






Festiwal Marchewki

Tuesday, 22 September 2009

Weekendowe Piekarnie dwie. Fotostory...




Mało napiszę, bo w sumie nie wiem co napisać :)

Przede wszystkim bardzo Was przepraszam, że nie odpowiedziałam na wszystkie Wasze komentarze, za które dziękuję :* Przez dwa dni będę na szkoleniu bez dostępu do komputera w ciągu dnia, ale jutro wieczorem nadrobię wszystkie zaległosci!

I trochę jestem nie w formie - mam gorączkę i biorę prochy na przeziębienie, ale ta nieforma nie sprzyja pisaniu długich poematów...
Spróbuję napisać ten post w formie przejrzystego podsumowania - tyle dam radę zrobić.

Dodam tylko, że jedna brioszka trafiła w ręce przemiłej młodej osóbki, dzięki której spędzilam bardzo miłe niedzielne wczesne popołudnie. Gola dziękuje za spotkanie i mam nadzieję, że brioszka smakowała Tobie tak samo jak mi :)


Weekendowa Piekarnia #42


Gospodarz - Kuba
Przepis - Chleb z daktylami, orzechami włoskimi i siemieniem lnianym
Ocena (w skali 1-10)- 10!!!!

Chleb przepyszny! Smakuje trochę jak piernik, orzechy chrupią między zębami, skórka jest chrrrrrupiąca i pięknie pachnie! Smakuje i na słodko i wytrawnie :)
Kuba dziękuję za super przepis!

Chleb z daktylami, orzechami włoskimi i siemieniem lnianym








Składniki na bochenek 900g

50g masła bez soli, pokrojonego w kostkę + trochę masła do natłuszczenia
250g daktyli, bez pestek i posiekanych
2 łyżki (ok. 30-40g) melasy
250ml wody
250g mąki pszennej
250g mąki razowej
½ łyżeczki soli morskiej
125g jasnego cukru muscovado lub brązowego
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 duże jajka, lekko rozbełtane
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
50g całych orzechów włoskich
30g ziaren siemienia lnianego

Rozgrzej piekarnik do 170 st.C. Nasmaruj masłem formę do pieczenia chleba.
Do ustawionego na niewielkim ogniu rondelka włóż kawałek masła, daktyle, melasę i wodę. Mieszaj aż masło i melasa się rozpuszczą. Odstaw do ostygnięcia.
Wsyp do miski mąkę pszenną, razową, proszek do pieczenia i cukier. Wymieszaj i zrób wgłębienie w środku. Dodaj jajka, ekstrakt waniliowy i melasę z daktylami. Mieszaj do połączenia składników. Na końcu dodaj orzechy i ziarna siemienia lnianego.
Przełóż ciasto do formy, rozprowadź równomiernie i piecz ok. godzinę. Sprawdź patyczkiem czy jest już gotowe. Po upieczeniu odstaw na kratkę do ostygnięcia.

Weekendowa Piekarnia #43

Gospodyni - Bea
Przepisy - La Taillaule, brioszka z Neuchâtel & Pszenno-orkiszowy chleb z cukinią, ziemniakami i orzechami
Ocena (w skali 1-10 )- 10!!!! dla Brioszki & 9 dla chleba

Beo dzięki wielkie! Ta Brioszka to jedna z najlepszych jaką kiedykolwiek jadłam! Po trzech dniach jest nadal świeża! Chleb jest smaczny, ale ja jednak wolę te na zakwasie.
Miałam ochotę na trzeci przepis, ale niestety nie mam dwóch brzuchów :) A szkoda :)))


Pszenno-orkiszowy chleb z cukinią, ziemniakami i orzechami
Żródło: ‘Le Menu’ nr 9/2009








Na 2 keksówki ok. 24 cm długości (robiłam z połowy porcji i trochę uprościłam przepis)

1 łyżeczka drżdży suszonych
200 ml letniego mleka
550g mąki chlebowej (very strong bread flour)
250g jasnej mąki orkiszowej
200 ml wody
50 g stopionego masła
2,5 łyżeczki soli
0,5 łyżeczki mielonego pieprzu i ziela angielskiego
200g ziemniaków ugotowanych dzień cześniej (w mundurkach)
150g cukinii
150g całych orzechów laskowych
sezam do posypania

Drożdże rozdrobnić i dobrze rozpuścić w mleku. Odstawić na 10 minut.
Obydwie mąki wymieszać z solą i przyprawami.
Ziemniaki i nieobraną cukinię zetrzeć na grubych oczkach.
Orzechy lekko uprażyć na suchej patelni i wystudzić.
Wymieszać wszystkie składniki ciasta wyrobić na jednolitą masę (uwaga : ciasto jest bardzo lepkie). Przykryć ciasto i odstawić do wyrośnięcia (aż podwoi objętość).
Następnie podzielić ciasto na dwie części i przełożyć je do wysmarowanych oliwą i wysypanych otrębami keksówek, posypać sezamem lekko wciskając go w ciasto i odstawić ponownie na godzinę minut.
Piec chleby 10 minut w 220ºC, następnie obniżyć temperaturę do 180ºC i piec je jeszcze 35-40 minut. Wyciągnąć chleby z formy i studzić na kratce.


La Taillaule, brioszka z Neuchâtel
(Zmieniłam odrobinę sposób wykoniania i zmniejszyłam ilość drożdży)








500g mąki pszennej chlebowej
1,5 łyżeczki drożdży suszonych
1 łyżeczka soli
200 ml letniego mleka
2 jajka
60g cukru
10g miodu
75g masła
125 g rodzynek
otarta skórka z 1/2 cytryny
+ jajko do posmarowania

Drożdże rozpuścić w ciepłym mleku. Dodać tyle mąki by ciasto miało gęstość kwaśnej śmietany. Odstawić, aż zaczyn podwoi objętość.
Jajka ubić z cukrem.
Mąkę wymieszać z solą i drożdżami.
Do mąki dodać zaczyn, jajka ubite z cukrem i miód. Wyrobić ciasto, aż będzie gładkie i lśniące.
Masło stopić i ostudzić. Dodawać je partiami do wyrobionego ciasta (ciasto dokładnie wyrobić zanim dodamy kolejną porcję).
Na końcu dodać rodzynki i skórkę z cytryny i wyrobić.
Przełożyć je do miski, przykryć i odstawić do wyrośnięcia na ok. godzinę.
Następnie ciasto odgazować i spłaszczyć, formując mniej więcej kwadrat. Boki kwadratu złożyć do środka tak, by się stykały, a następnie zrolować ciasto. Umieścić je w natłuszczonej keksówce lub foremce chlebowej, przykryć i zostawić do wyrośnięcia na ok. 45 minut (do 3/4 wysokości formy). Po wyrośnięciu posmarować wierzch ciasta rozkłóconym jajkiem, a następnie ponacinać (dosyć głęboko) ostrymi nożyczkami naprzemiennie – raz z lewej, raz z prawej strony.
Mniejsze brioszki pieczemy ok. 20-25 min w 200°C (jedną większą pieczemy ok. 45-55 minut); w połowie pieczenia możemy nieco obniżyć temperaturę, a jeśli brioszka zbyt szybko brązowieje – nakryć ją folią aluminiową.

Smacznego!




Smacznego!


Sunday, 20 September 2009

Ciasto drożdżowe idealne - kilka wskazówek




Ciasto drożdżowe to niewątpliwie jeden z najsmaczniejszych wypieków jakie ludzkość wymyśliła. Popijane mlekiem. Z nadzieniem lub bez. Pod postacią bułeczek, baby lub foremkowe. Puszyste, mięciutkie, maślane i pachnące. No właśnie. Dużo osób się go boi. A bo wyszło zakalcowate, a to za bardzo zbite, a to za suche. Ale upieczenie dobrego ciasta drożdżowego to naprawdę bułka z masłem. Postanowiłam, że nie będę taka i podzielę się z Wami wiedzą nabytą. Wszystkie wskazówki pochodzą oczywiście od mojej Kochanej Mamy. O kilku z nich wspomniałam już przy okazji tego wpisu, ale pomyślałam, że dobrze by było zebrać wszystko razem, napisać nowy post i umieścić osobną zakładkę w spisie treści. No to do dzieła!

Po pierwsze: CIERPLIWOŚĆ

Jeśli ktoś jej nie ma i:

a) ma na zbyciu więcej niż 1500zł to niech od ręki kupi sobie dobrego pomocnika kuchennego (np. takiego lub takiego)

b) ma na zbyciu mniej niż 500zł to niech się zaopatrzy w maszynę do chleba

c) nie ma zbyciu ani złotówki (bo np. tak ja ja zbiera na nowy tatuaż, maszynę do szycia lub masę innych ważnych rzeczy) to niech lepiej upiecze sobie babkę piaskową

O ile produkt podany w punkcie 'a' pożądam okrutnie i uważam, że jest bardzo przydatny, o tyle maszyny do chleba nie mam i mieć nie będę, bo chleby w niej pieczone są... nijakie. Zawsze takie same, a ja kocham owalne i okrągłe bochenki.
No ale to moje zdanie i mam nadzieję, że posiadacze owej maszyny się na mnie nie pogniewają :) No ale póki pomocnika nie mam, to mogę się powymądrzać, prawda? :)

Po drugie: DROŻDŻE

Najlepsze są oczywiście świeże, ale z braku laku można użyć suszonych lub drożdży instant.

Po trzecie: ZACZYN (ROZCZYN)


Bez niego nie ma dobrego ciasta drożdżowego. A robi się go następująco:
Drożdże rozcieramy z cukrem, a gdy się rozpłyną rozprowadzamy je ciepłym mlekiem (24-30 st.C). Do tej mieszaniny dodajemy tyle mąki, by nasz zaczyn aka rozczyn miał gęstość kwaśnej, wiejskiej śmietany. Przykrywamy go ściereczką i zostawiamy w ciepłym miejscu, żeby sobie rósł. Gdy podwoi objętość o 100% jest gotowy do użycia.
Oczywiście mleko i mąkę do zaczynu zabieramy z ilości podanej w przepisie.

Po czwarte: SKŁADNIKI


Wszystkie składniki muszą mieć temperaturę pokojową, oprócz wspomnianego mleka i masła, o którym poniżej. Do ciasta drożdżowego należy użyć samych żółtek, które przed dodaniem do ciasta lekko ubijamy z cukrem.

Po piąte: TŁUSZCZ

Do ciasta drożdżowego używamy masła, masła i tylko masła. Prawdziwego, maślanego bez żadnych dodatków w postaci oleju roślinnego. Ciasto drożdżowe ma być maślane, a nie olejne czy oliwne. Olej można sobie dodać, a i owszem, ale wtedy upieczemy kluchę.
Masło należy stopić i ostudzić. Jak dodamy gorące, zabijemy drożdże i znowu upieczemy kluchę.

Po szóste: PROPORCJE

Na 1 kg mąki używa się:

50g świeżych drożdży
200g cukru
150g tłuszczu
4 żółtka

Oczywiście proporcje można lekko zachwiać, ale należy pamiętać, że im więcej dodatków i tłuszczu, tym więcej powinniśmy użyć drożdży.


Po siódme: WYRABIANIE

I tu jeszcze raz potrzebujemy cierpliwości, bowiem dobre ciasto drożdżowe winno być uderzone conajmniej 100 razy. Oczywiście im wiecej, tym dla niego lepiej bo wtłaczamy w nie więcej pęcherzyków powietrza, co wpływa na jego puszystość.
Ciasto na początku się lepi do wszystkiego włącznie z naszymi dłońmi, ale niech nas broni co tam każdego z nas broni przed dosypywaniem mąki, bo inaczej ciasto będzie twarde i suche. Zapewniam Was, że pod koniec wyrabiania nie zostanie Wam na rękach ani okruszek :)
Bardzo ważna uwaga - stopiony tłuszcz dodajemy dopiero pod koniec wyrabiania i to w dodatku partiami (nigdy cały na raz!). I tu może nam się wydawać, że jest go za dużo, że nasze ciasto już nie wchłonie ani kropelki. Wchłonie. I to jak! Tylko trzeba je wyrabiać, wyrabiać i jeszcze raz wyrabiać. CIERPLIWOŚCI :) Dobrze wyrobione ciasto jest gładkie, lśniące i mięciutkie.

Po ósme: WYRASTANIE

Wyrobione ciasto wkładamy do miski leciutko wysmarowanej masłem, przykrywamy ściereczką, odstawiamy w ciepłe miejsce i zostawiamy je w spokoju. Ma sobie zwiększyć objętość dwukrotnie. A jeśli mamy czas to jak już urośnie 'przebijamy' je i dajemy mu urosnąć kolejny raz. Będzie mega pulchne.

Po dziewiąte: FORMOWANIE

Gdy ciasto urośnie sobie (raz lub dwa razy zależy ile mamy czasu i jak późno się za nie zabraliśmy) formujemy je w poządany kształt. Formy zawsze napełniamy tylko do połowy, ponieważ ciasto musi urosnąć ponownie o 100%. Gdy sięgnie brzegu formy, smarujemy je rozkłóconym jajkiem i pieczemy

Po dziesiąte: PIECZENIE

Ciasto drożdowe pieczemy w dobrze narzanym piekarniku. Dla mniejszych wypieków odpowiednia temperatura to 220 st.C, dla większych 180-200 st.C. Gdy ciasto jest rumiane, wyrośnięte i odchodzi od brzegów formy jest upieczone. Dłuższe jego pieczenie odpłaci nam grubą skórką i wyschnie. I teraz ciekawostka - gdy piekarnik nagrzejemy za bardzo, otrzymamy zakalec. Ciasto niedopieczone po wyjęciu z piekarnika osiada i również tworzy się zakalec. Po upieczeniu ciasto trzymamy chwilę w piekarniku i dopiero wyjmujemy.

I to tyle :) To naprawdę tylko tak strasznie wygląda, ale jest banalnie proste.
A dlaczego o cieście drożdżowym wspominam? Ciąg dalszy nastąpi :)

Buziaki!

Polka

Saturday, 19 September 2009

Co je Piękny jak przyjeżdża do Polki...?




...same dobre rzeczy, których nie je na codzień :) Nie znaczy to, że sam sobie nie umie takich pyszności ugotować - umie (bo gotuje tak samo dobrze jak Jego Połówka), ale życie w Londynie (jak i w innych wielkich miastach) nie pozostawia wiele wolnego czasu. Dojazd do pracy - więcej niż 1 godzina. Tyle samo powrót (jeśli się uda wepchać do zatłoczonego metra), później zakupy i w domu się jest po godzinie 19tej... O tej porze to ja już jestem po obiedzie i (jeśli mi się chce) po zrobieniu zdjęć. I właśnie dlatego uważam że Manchester jest miliard razy lepszy (pomimo moich narzekań na pogodę), ale każdemu z nas się zdarza narzekać prawda? :))

Tajskie curry mieliśmy okazję jeść kilkakrotnie w dwóch restauracjach: londyńskiej Busabie i tutejszym Tampopo. Zawsze tak samo smaczne, pachnące, doprawione. Oboje uwielbiamy curry zielone niezbyt ostre, z duża ilością kolendry (o tak Drodzy Państwo Polka polubiła świeżą kolendrę).
Badzo często robię curry w domu (jedno nawet prezentowałam już na blogu o tutaj), ale przyznaję, że zawsze używałam gotowej pasty curry zakupionej w tajskich delikatesach. Aż do zeszłej niedzieli. No bo jaki jest sens kupowania gotowca, kiedy pastę curry można szybko zrobić samemu? Fakt trzeba mieć kilka niezbędnych składników, które domyślam się że w Polsce nie jest łatwo kupić szczególnie w mniejszych miastach. Ale jak już nam się uda to gorąco polecam Wam poniższy przepis.

Przepis na dzisiejsze curry znalazłam na stonie BBC Good Food, jednak wymagał on uzupełnienia. Więc go uzupełniłam i w niedzielę na obiad zaserwowałam pyszne tajskie zielone curry.

Kilka ważnych uwag:

Z podanych proporcji składników wychodzi ostra, ale nie mocno pikantna pasta. Jeśli ktoś lubi ostrzejszą, powinien dodać papryczki chilli wraz z ziarenkami.

Trawę cytrynową należy obrać ze zdrewniałych warstw i odciąć zdrewniałe końcówki.

Podczas gotowania curry nie bójmy się go próbować – wszak mamy odnaleźć odpowiedni dla siebie smak tej potrawy. Jeśli cury jest za mało slodkie dodajmy więcej sosu sojowego lub rybnego. Jeśli jest za mało ostre dodajmy więcej papryczek chilli. Jeślu jest zbyt słone dodajmy kilka kropel soku z cytryny. A jeśli jest zbyt ostre dodajmy więcej mleka kokosowego.

I tyle. Oprócz wymienionych składników paście nic brakuje. Można sobie dodać inne przyprawy, ale wtedy na pewno nie zrobimy prawdziwego tajskiego curry.
W samym curry brakuje tajskiej bazylii, ale sobie wyszła gdy kupowałam resztę składników. No trudno :)

Z podanych składników wszły trzy duże porcje (jedna zamrożona czeka na Pięknego) :)





Tajska zielona pasta curry

1 źdźbło trawy cytrynowej
2 tajskie szalotki pokrojone w grubsze kawałki
½ łyżki nasion kolendry
1 łyżka nasion kminu
1 łyżeczka ‘shrimp paste’ (pasta z fermentowanych i suszonych na słońcu krewetek)
1 łyżeczka cukru palmowego
1-2 zielone papryczki chilli bez nasion i białych błonek
3 ząbki czosnku
1 kawałek korzenia imiru (wielkości kciuka)
1 kawałek korzenia galangalu, (wielkości kciuka)
3-4 liście limonki kaffir ‘kaffir lime leaves’ bez łodyg
1 szklanka świeżej kolendry (liście i łodygi)
1 łyżeczka ciemnego sosu sojowego
¼ szklanki wody
2 łyżki sosu rybnego

Tradycyjnie pastę curry przyrządza się w moździerzu. Szybsza wersja to umieszczenie wszystkich składników w blenderze i zmiksowaniu ich na gładka masę.
Wody dodajemy tylko tyle, by składniki polączyły się. Pasta ma być gęsta.
Pastę można trzymać w lodówce (w pojeniku na żywność) przez 2 tygodnie lub zamrozić i trzymać w zamrażalniku przez 3 miesiące.

Curry z bakłażana
Zródło: BBC Good Food

3 łyżki oleju rzepakowego
3 małe bakłażany pokrojone wzdłuż na cztery częsci, a później w szerz na dwie
1 puszka mleka kokosowego (400ml)
300 ml bulionu z warzyw
1 łyżeczka kurkumy (turmeric)
garść liści kolendry
cała porcja zielonej pasty curry j/w

Olej podgrzewamy w woku. Gdy będzie dobrze rozgrzany, dodajemy kawałki bakłażana i smażymy, aż zbrązowieją (uwaga: NIE dodajemy więcej oleju – bakłażan odda to co wchłonął). Odkładamy na talerz zostawiając w woku olej.
Następnie do woka dodajemy odrobinę mleka kokosowego i pastę curry. Smażymy chwilę często mieszając co pozwoli uwolnić z pasty cały aromat.
Dodajemy kolejno resztę mleka kokoswoego, bullion i kurkumę (tumeric). Doprowadzamy do wrzenia i doajemy podsmażone kawałki bakłażana.
Gotujemy na wolnym ogniu przez 10 minut – bakłażan ma być miękki, ale ciągle jędrny.
Przed podaniem posypujemy listkami kolendry i tajskiej bazylii.

Podajemy z ryżem jaśminowym.

Smacznego!


Wednesday, 16 September 2009

Weekendowa Cukiernia 3 w 1







Szybko przyszło, szybko poszło :) O czym mowa? O WC #12! I to WC podwójnej, bo nasza Gospodyni wynalazła dla nas dwa przepisy cieszące oczy i podniebienia!

Wiem wiem, że już pisałam i że się teraz będę powtarzać, ale przybywa nas Piekarzy i Piekareczek. Dusza moja się raduje, gdy do pieczenia tyle osób przystępuje! Szczera prawda! Prowadzącemu akcję zawsze miło patrzeć, jak nabiera ona życia i znaczenia.

No dobrze, ale nie rozczulajmy się zanadto, bo należy mi się psztyczek w ucho...

Podsumowanie powinno pojawić się wczoraj, a nie dzisiaj. To raz.
Powinnam swoje przepisy opublikować przed opublikowaniem podsumowania. To dwa.
A trzy to chyba najgorsze jest – ja w ogóle zrobiłam wszystko na opak. Ale (cytując wspominany już przeze mnie Kabaret Potem) ‘musiałabym się z koniem na głowy zamienić’ żeby upiec cała roladę i cały sernik tylko dla siebie! Bo skończyłoby się to w sposób następujący: Polka siedzi przy stole, na stole rolada. Polka bierze wielki nóż do ręki, odkraja po kolei kawałki rolady i je zjada. Na drugi dzień z rolady nie zostaje ani kawałeczek. Z sernikiem dzieje się to samo.

Niestety Piękny vel Połówek (Aga-aa przywłaszczam sobie nowy nickname Połówka:)) nie załapał się w tym tygodniu na żadne słodkości, bo przez cały poprzedni tydzień Jego Połówka (napisanie Piękna mogłoby sugerować że jestem narcyzem/narcyzą) niedomagała. Jakiś wirus się do mnie przyczepił i nijak nie chciał odpuścić. Alem go zwalczyła :) Miodem, czosnkiem i lekami. A że ja nie lubię gotować jak mi źle albo jak jestem chora, więc obyło się bez deseru. Za to w niedzielę na obiad było coś pysznego, co niebawem Wam tutaj zaprezentuję. Chyba :)

Jednocześnie pragnę Was serdecznie zaprosić na WC #13 w imieniu Anoushki i Jej bloga ...et si vous veniez manger chez nous? (zupełnie nie wiem co to znaczy:)). Ale mi się podoba, więc to na pewno oznacza coś fajnego. Coś w stylu ‘Polka jest najlepszą kucharką na świecie’ albo ‘Fajna ta Polka’ albo ‘Polka właśnie poparzyła palec:(' No coś koło tego w każdym razie :)

A Anoushka wynalazła super przepis. No bo już sama nazwa wskazuje, że to będzie coś extra extra. Double extra :) A co? A to sobie zajrzyjcie do Niej – co ja Wam będę mówić. A przy okazji się dowiecie, jak mnie ładnie nazywa :) A skąd to się wzięlo? Nie wiem :) Musicie spytać Gospodyni :)

A moje przepisy na szarym końcu za podsumowaniem. Długim :) I dobrze! Lubię takie.

No dobrze przejdźmy do meritum, bo znowu zaczynam paplać!

WC #12

Gospodarz: Ola i Jej blog Sweet Spoon

Przepis(y): Rolada czekoladowa z nadzieniem z serka mascarpone i malinami & Sernik na zimno z białą czekoladą, owocami i ciasteczkami amaretti


Piekli/Piekły
:

Rolada

Alcia i Jej blog Kuchnia Alicji

Alinka i Jej blog Pysznie, pyszniutko

Edytka i Jej blog Przy kuchennym stole

Gosi@ i Jej blog Salt & Pepper & co

Joanna i Jej blog Notatki kulinarne

Jul i Jej blog Słodkie (i nie tylko) wypieki z glutenem lub bez

Karolcia i Jej blog For the body and Soul

Kuba I Jego blog Kuba pichci

Małgosia i Jej blog Pieprz czy wanilia

Michaszka i Jej blog Gotowanie to przyjemność

Ola i Jej blog Sweet spoon

Zawszepolka czyli ja i mój blog Around the kitchen table (poniżej)


Sernik

Aga i Jej blog Zapiecek

Fellunia i Jej blog Bezglutenowa babeczka

Grażynka i Jej blog Oswajamy kuchenkę mikrofalową

Joanna i Jej blog Notatki kulinarne

Jul i Jej blog Słodkie (i nie tylko) wypieki z glutenem lub bez

Mafilka i Jej blog Zaczynam Kucharzenie

Małgosia i Jej blog Pieprz czy wanilia

Ola i Jej blog Pieczenie na słodkie brzmienie

Ola i Jej blog Sweet spoon

Pinkcake i Jej blog Trochę inna cukiernia

Viri i Jej blog Cioccolato Gatto

Zawszepolka czyli ja i mój blog Around the kitchen table (poniżej)


WC #13

Gospodarz: Anoushka i Jej blog ...et si vous veniez manger chez nous?

Przepis: Pierre Hermé, brownies, koniak i złote perełki

Dziękuję wszystkim za wspólne pieczenie! Należy Wam się duży buziak! :*


A oto co stworzyłam ja :)


Migdalowe ciasteczka z mahlabem
Źródło: Blog Kochanej Basi :)

Basiu ciasteczka są przepyszne! Dziękuję jeszcze raz za mahlab :*






300g mielonych migdałów
mahlab (okolo 1 łyżki)
300g cukru pudru
4 bialka
1 łyżka likieru Amaretto

Piekarnik nagrzewamy do 170 st.C
W dużej misce ubijamy białka ma sztywno.
Do ubitych białek dodajemy cukier, mielone migdały, zmielony mahlab, likier Amaretto i delikatnie mieszamy.
Za pomocą łyżeczki lub szprycy forumujemy/wyciskamy ciasteczka na blachę wyłożoną papierem do pieczenia pamiętając, zostawiając im trochę oddechu od siebie.
Pieczemy około 15 minut i studzimy.


Sernik na zimno z białą czekoladą, owocami i ciasteczkami amaretti





100g bialej czekolady
200g serka Mascarpone
300ml śmietany kremówki
1 łyżka cukru waniliowego
150g borówki amerykańskiej
2 łyżki dżemu żurawinowego
6 ciasteczek amaretti

Czekoladę rospuścić w kąpieli wodnej.
W dużej misce zmiksować razem serek, śmietanę i cukier wamiliowy. Następnie stopniowo, cały czas miksując na małych obrotach wlewać ostudzoną czekoladę. Ucierać aż do polączenia składników (uwaga zbyt długo miskowany serek mascarpone warzy się).
70g jagód wymieszać z 2 łyżkami dżemu.
Ciasteczka amaretti pokruszyć.
Na dno szklanek wsypać pokruszone ciasteczka, na nie wyłożyć połowę masy serowej, na nią dżem wymieszany z borówkami i całość przykryć drugą połową masy serowej. Wstawić do lodówki na min. 6 godzin, a najlepiej na całą noc.
Pozostałe jagody ułożyć na wierzchu deseru.


Czekoladowe babeczki z malinami





Babeczki

1 jajko
25g drobnego cukru
25g mąki pszennej
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki kakao
25 g gorzkiej czekolady, startej
1 łyżka cukru waniliowego

Białko ubijamy na sztywną pianę, pod koniec ubijania wsypujemy cukier, ciagle ubijając. Dodajemy żółtko i nadal ubijamy. Do masy przesiewamy mąkę z proszkiem do pieczenia, kakao i na koncu wsypujemystartą czekoladę. Delikatnie mieszamy, tak zeby piana nie opadla.
Masę przekładamy do formy na muffiny wyłożonej papierowymi papilotkami.
Pieczemy około 25 minut w temperaturze 180 st.C.

Krem

100g serka mascarpone
25ml śmietany kremówki
1 łyżka cukru pudru
½ łyżki cukru waniliowego

Dodatkowo

Garść malin
Starta czekolada do posypania babeczek

Składniki na krem miksujemy.
Upieczone babeczki dekorujemy masą, malinami i startą czekoladą.

Smacznego!





Tuesday, 8 September 2009

Na jesienne chłody...




Na jesienne chłody
Upiekłam chleb domowy
Prawie doskonały
Jeden bochen cały

Bardzo rumiany
Oliwkami nadziany

Pszenny i mięciutki
Z wierzchu bardzo chrupki

Zakwasem pachnący
Rozweselający

Smaczny i sprężysty
Od dziur przeźroczysty

Ręcznie wyrobiony
Dobrze wypieczony

Na jesienne chłody
Upiekłam chleb domowy
Prawie doskonały
Jeden bochen cały...





Chleb z oliwkami (na zakwasie)
Źródło: Jeffrey Hamelman 'Bread'

Zaczyn

90g mąki pszennej chlebowej
112g wody
18g zakwasu żytniego

Ciasto właściwe

360g mąki pszennej chlebowej
50g mąki pszennej razowej
203g wody
8g soli
125g czarnych oliwek bez pestek

Mieszamy składniki zaczynu i zostawiamy pod przykryciem na 12-16 godzin.
Zanim zaczniemy wyrabiać ciasto właściwe musimy odpowiednio przygotować oliwki, czyli je odcedzić i zostawić na papierowym ręczniku na kilka godzin by dokładnie wyschły.
Gdy zaczyn i oliwki są gotowe, mieszamy pozostałe składniki (na razie bez oliwek) i wyrabiamy ciasto do uzyskania średnio rozwiniętego glutenu.
Dodajemy oliwki i wyrabiamy aż do ich równomiernego wymieszania w cieście.
Zostawiamy ciasto pod przykryciem do wyrośnięcia na 2 godziny.
Składamy ciasto raz po godzinie lub 2 razy co 50 minut.
Formujemy bochenek i wkładamy do koszyka.
Ponieważ chleb ten smakuje najlepiej, gdy wyrasta długo, wkładamy go do lodówki na 18 godzin.
Jeśli po wyjęciu z lodówki chleb wyda nam się za mało wyrośnięty, odstawiamy go w ciepłe miejsce i dajemu mu czas na podrośnięcie.
Pieczemy z parą w 235 st.C przez 40-45 minut.
Studzimy na kratce.

Smacznego!

PS

Peggy obudziła we mnie wierszową bestię, więc dzisiaj zamiast wpisu głupiutki wierszyk, który wymyśliłam w drodze do domu :)

Chleb upiekłam w ramach Weekendowej Piekarni #41 - Ani dziękuję za fantastyczny wybór przepisu, a Alci za Gospodarzenie

Ściskam Was mocno!

p.
A może e.?





Sunday, 6 September 2009

Weekendowa Piekarnia #41 & Piekarnia po godzinach




Niestety przyszła. Prawie niezauważalnie, bo w Manchester pogoda jest przez cały rok prawie identyczna.
A jednak.
Jest coraz chłodniej, coraz bardziej szaro i deszczowo.
Wieczory przechodzone w długich spodniach, bluzie z rękawami,wełnianych skarpetach na stopach i z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach...
Słońce nie pokazuje się nawet na minutę. Pewnie mu się nie chce, ale z drugiej strony nie było go prawie przez całe lato, więc nie miało się czym zmęczyć.
Coraz krótsze dni, coraz mniej światła. Coraz bardziej szare zdjęcia.
Przeszło mi przez myśl zawieszenie bloga na czas jesienno-zimowy, ale za bardzo bym za Wami i blogowaniem tęskniła. Pewnie ograniczę się do jednego wspiu w tygodniu, bo nie powtórzę błędu z zeszłego roku i nie będę używać sztucznego światła. Nawet jeśli będę bardzo zdesperowana :) Nie i już!

W dodatku wraz z jesiennym smutkiem przyszło przeziębienie. Wczorajszy dzień praktycznie przespałam. Z wielką butelką wody przy łóżku próbowałam się leczyć różnymi specyfikami. Udało się. Dziś wstałam i pełna zapału (mniej energii) zaczęłam nadrabiać blogowe zaległości.

Porobiłam zdjęcia, popracowałam nad nowym logo, ugotowałam sobie lekki obiad (siłownia z powodu choroby poszła w odtawkę, więc na szaleństwa jedzeniowe nie ma miejsca) i w końcu zadowolona usiadłam i zaczełam pisać ten post.

Wraz z pierwszym dniem września ruszyła na nowo Weekendowa Piekarnia Ali. Bardzo mi ich obu brakowało. Na szczęście już są. Obie!

Naszą gospodynią po tak długiej przerwie była Ania i Jej blog Moja mała kuchnia. Ania wybrała dla nas dwa przepisy: Bułeczki Chelsea z książki 'The handmade loaf' Dana Leparda & Chleb z oliwkami na zakwasie z książki 'Bread' Jeffreya Hamelmana.

Jak dla mnie obie propozycje bomba! Bułeczki upiekłam na dzisiaj, chleb rośnie sobie i niedługo powędruje do lodówki odpoczywać, zanim ostatecznie się z nim rozprawię ;)
Mam nadzieję że obie Panie mi wybaczą, ale w przepisie na bułeczki poczyniłam pewne zmiany. Zamarzyło mi się maślane ciasto drożdżowe i sobie takie zrobiłam. Zwiększyłam ilość masła w nadzieniu i zmniejszyłam ilość syropu o ¾. Ależ to dobre wyszło!

A żeby nie było mi za nudno w weekend, to dałam się namówić Ali na wspólne pieczenie po godzinach. Wyszła taka niby bagietka, mięciutka i pięknie pachnąca cytrynową oliwą z oliwek, bo takiej użyłam. Zamieniłam mąkę pszenną na mąkę chlebową oraz użyłam suszonych drożdży. Reszta jak w przepisie.

A oto co mi wyszło ;)





Bułeczki Chelsea (Chelsea Buns)
Źródło: Dan Lepard ‘The handmade loaf’

Nadzienie

50g miękkiego brązowego cukru
50g cukru Demerara
100g miękkiego masła
skórka otarta z połowy cytryny
½ łyżeczki świeżo utartej gałki muszkatołowej
½ łyżeczki korzennej mieszanki przypraw bez mąki (cynamon, gałka muszkatołowa, ziarna kolendry, goździki, kminek, imbir)
100g rodzynek sułtanek

Ciasto

150g mąki pszennej zwykłej
300g mąki pszennej chlebowej (Super Strong Bread Flour)
1 łyżeczka drobnej soli morskiej
75g ciepłego mleka
75g ciepłej wody
2 średnie jajka
60g masła, rozpuszczonego
25g płynnego, jasnego miodu
1 łyżeczka suszonych drożdży
skórka otarta z jednej dużej pomarańczy
drobny cukier do posypania

Syrop

40g cukru
25g wody (w tym dwie łyżki wody różanej)

Syrop zagotować, gotować 2 minuty i odstawić do ostygnięcia.

Składniki nadzienia (prócz rodzynek) mieszamy, aż do uzyskania miękkiej masy. Zostawiamy je w temperaturze pokojowej na czas wyrabiania ciasta.

W dużej misce mieszamy mąki i sól.
W drugim naczyniu mieszamy mleko, wodę i drożdze. Zostawiamy na 10 minut, aż drożdże zaczną pracować.
W osobnym naczyniu mieszamy stopione i ostudzone masło, jajka i miód.
Do naczynia z mąką wlewamy wodę z mlekiem i drożdzami oraz resztę płynnych składników. Całość wyrabiamy do uzyskania miękkiego, gladkiego ciasta (ok. 10 minut). Wkładamy do naoliwionej miski, przykrywamy folią i odstawiamy w ciepłe miejsce na godzinę lub do podwojenia objętości.

Na lekko naoliwiony blat wykładamy wyrośnięte ciasto, lekko odgazowujemy i rozwałkowujemy je by uzyskać kwadrat o boku około 35 cm.
Masę na nadzienie rozsmarowujemy na całej powierzchni ciasta i posypujemy rodzynkami.
Następnie zwijamy ciasno od jednego końca jak roladę i kroimy ją na 12 równych części, które układamy obok siebie na blasze.
Przykrywamy je folią i zostawiamy do wyrośnięcia na 1 godzinę.

Nagrzewamy piekarnik do 180 st.C.
Bułki posypujemy po wierzchu drobnym cukrem, wkładamy do piekarnika i pieczemy na środkowej półce 25 minut, po czym zmniejszamy temperaturę do 170 st.C i pieczemy dalsze 15-20 minut, aż do zrumienienia bułek

Bułki po wyjęciu z piekarnika zostawiamy na kratce na 10 minut i smarujemy je syropem.




Pan de Hojaldre - Pane sfogliato
Źródło: Chili und ciabatta





Zaczyn

50g mąki pszennej chlebowej
30g ciepłej wody
¼ łyżeczki suszonych drożdży

Ciasto właściwe

250g mąki pszennej chlebowej
125g wody
½ łyżeczki suszonych drożdży
½ łyżki dobrej oliwy z oliwek (extra virgin)
5g soli
30g dobrej oliwy z oliwek (extra virgin)

Składniki zaczynu mieszamy, formujemy kulę, wkładamy do miski, przykrywamy szczelnie folią i zostawiamy do wyrośnięcia na 1 - 1.5 goodziny.
Drożdże rozpuszczamy w ciepłej wodzie i odstawiamy na 10 minut, aż zaczną pracować.
W osobnej misce mieszamy mąke, wodę z drożdżami i zaczyn. Dodajemy oliwę z oliwek (poł łyżki) i sól. Wyrabiamy miękkie i gładkie ciasto.
Formujemy podłużny wałek o długości około 20 cm, przykrwamy folią i zostawiamy na 15-20 minut, aby ciasto odpoczęło.

Ciasto przekładamy na lekko naoliwiony blat i rozwałkowujemy na prostokąt (20x50cm).
Rozwałkowane ciasto smarujemy pierwszą porcją oliwy z oliwek (15 ml) i składamy dwa jego krótsze końce do środka, a później całość jeszcze raz na pół.
Ponownie rozwałkowujemy na prostokąt (40x60cm) i smarujemy drugą porcją oliwy (15 ml), zostawiając suche brzegi.
Ciasto zwijamy jak roladę wzdłuż dłuższego boku (nie dociskamy), układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia złączeniem do dołu (ja użyłam formy do pieczenia bagietek) i za pomocą ostrego noża lub żyletki nacinamy roladę równolegle w dwóch miejscach (zostawiając nienacięty środek).
Ciasto smarujemy z wierzhcu odrobiną oliwy, przykrywamy folią i zostawiamy na 45-90 minut (ma podwoić objętość).

Piekarnik nagrzewamy do 200 st.C i pieczemy ‘chleb’ przez 30-35 minut.
Studzimy na kratce.

Smacznego!





Friday, 4 September 2009

You sexy thing! Challah.




Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale jedzenie i wszystko, co z nim związane jest sexy! No bo tak. Zaczyna się od wybierania DORODNYCH produktów (bakłażan jest chyba najbardziej sexy ze wszystkich warzyw). Pózniej przechodzi się do krojenia, szatkowania, rozdrabniania. Potem się miesza, dodaje, SMAKUJE, doprawia. No i w końcu się DELEKTUJE.

Odkąd pamiętam wspólne udane zakupy spożywcze (NIE ciuchowe bo tych wręcz nienawidzę) z mężczyzną dostarczały mi nielada emocji. Wspólne wybieranie owoców, warzyw, snucie się po zatłoczonych straganach... Jak scena z najbardziej romantycznego filmu!

A wspólne przygotowywanie jedzenia w kuchni? To dopiero jest zastrzyk adrenaliny! Omączone dłonie, kawałki warzyw porozrzucane po blacie, łuski z cebuli czy czosnku, które spadły na podłogę i niedbale sobie tam leżą. Nakrywanie stołu obrusem, ustawianie talerzy, sztućców i kieliszków do wina. I wspólne zajadanie (pewnie powinnam napisać spożywanie, ale to juz brzmi zbyt poetycko jak dla mnie).

A obserwowaliście kiedyś parę zakochanych w sobie ludzi siedzących razem w kawiarni? To jak patrzą na siebie, jak obejmują dłońmi kubki czy filiżanki, sposób w jaki delektują się ich zawartością tak, by jednocześnie móc delektować się sobą? Nie da się tego opisać za pomocą słów. Dobrze, że mamy możliwość zapamiętywania obrazów.

A chałka. Czy nie kojarzy Wam się z kobiecymi kształtami? Gładkie linie, wcięcia, wzniesienia...

Upiekłam chałkę. Najwspanialszą na świecie! I to dzięki Mistrzyni Mirabbelce, która podała przepis na forum Cin Cin. Mirabbelko jesteś WIELKA!





Tradycyjny Challah z dodatkiem zakwasu
Źródło: Maggie Glezer „A blessing of bread”, u mnie forum Cic Cin

80g zakwasu
poł szklanki wody
450g mąki wysokoglutenowej (użyłam mąki pszennej chlebowej Very Strong Bread Flour)
1,5 łyżeczki suszonych drożdży
1,5 łyżeczki soli
2 duże jajka
60g płynnego miodu (użyłam tegorocznego miodu z mniszka lekarskiego)
¼ szklanki oleju kukurydzianego
60g masła

Na glazurę

Pół jajka
Pół łyżki mleka

Drożdże rozpuścić w niewielkiej ilości ciepłej wody i poczekać na ich aktywację (ok 10 minut).
Mąkę wymieszać z solą.
Oddzielnie rozmieszać jajka z miodem, olejem oraz rozpuszczonym masłem.
Zakwas rozpuścić w wodzie.
Wymieszać wszystkie składniki i wyrabiać ręcznie około 10 minut, aż ciasto będzie gładkie i lśniące. Jeśli potrzeba skorygować ilość mąki i płynów - ciasto powinno odstawać od miski, nie może być klejące, ale musi dać uformować się w kulę.
Włożyć do lekko naoliwionej miski, przykryć folią i odstawić do wyrośnięcia na 1,5 godziny, żeby podwoiło swoją objętość.
Wyrośnięte ciasto uderzyć w celu odgazowania, rozłożyć płasko na blacie i poskładać dwukrotnie jak kartke papieru listowego po czym odstawić je do lodówki na noc, by było bardziej aromatyczne.
Po wyjęciu z lodówki od razu podzielić je na 4 części, uformować luźne kulki i pozwolić odpocząć około 20 minut, zanim zacznie się formować wstęgi warkocza.
Uformować z nich walki, które za pomocą obydwu dłoni rozciągać na długość ok. 40cm. Walki powinny być przy końcach nieco cieńsze niż w środku. Jeśli ciasto nie daje się wyciągnąć na pożądaną długość, przykryć, dać mu chwile odpocząć, a w międzyczasie rolować następny.
Walki połączyć ściśle z jednego końca i zaplatać poczwórny warkocz. Po zapleceniu całości końce mocno złączyć i podwinąć.
Odstawić do wyrośnięcia na blasze wyłożonej papierem. Blachę najlepiej przykryć folia albo zapakować całość do torby foliowej i odstawić do wyrośnięcia na około godzinę.
Po wyjęciu posmarować glazura z jajka, posypać makiem.
Piec w nagrzanym piekarniku (można na kamieniu) ok. 20 minut, można jeszcze raz posmarować jajkiem miejsca, które wyrosły), piec jeszcze 10-15 minut. Jeśli rumieni się zbyt mocno, można przykryć folią aluminiowa.

Chleb dzięki dodatkowi zakwasu jest bardziej aromatyczny i zachowuje dłużej świeżość.

Smacznego!

Challah piekła również Tatter w swojej Piekarni

Mi najbardziej challah smakowała z miękkim kozim serkiem, Połówkowi z Nutellą ;)

Tuesday, 1 September 2009

Weekendowa Cukiernia (WC) 3 in 1







Dlaczego tym razem tak dziwinie? Już wyjaśniam!

Po pierwsze w ten weekend w domu mieszkał Połówek, więc ostatnie na co miałam czas i ochotę, to robienie zdjęć i wpisów.
Po drugie wczoraj był tutaj Bank Holiday (nie trzeba było iść do pracy), więc mieliśmy przedłużony weekend.
Po trzecie (sama się o to prosiłam), ale mam tyle roboty w pracy, że nie wiem jak się nazywam!

Ale żeby nie było - ja na nic NIE narzekam, tylko próbuję wytłumaczyć moją przedłużającą się nieobecność.

Pozostaje mi tylko Was przeprosić za opóźnienie w odwiedzinach Waszych blogów :(, oraz za marmej jakości zdjęcia mojego jabłecznika (poniżej), ale uwierzcie jak się ma w domu Połówka i się wie, że ten Połówek za trzy dni znowu wyjeżdża na dwa tygodnie, to na robienie zdjęć poświęca się góra 5 minut. I to i tak za długo :)

Wszystkie Wasze ciasta widziałam i sobie zapisałam :) Śliczne Wam wyszły! No i muszę powiedzieć, że chyba mamy rekord :)

Dla przypomnienia gospodarzyła nam Mafilka i Jej blog Zaczynam kucharzenie która wybrała dla nas przepis na Jabłecznik francuski.

Mafilko wybór pierwsza klasa!

Kolejnemu odcinkowi gospodarzy Ola i Jej blog Sweet Spoon i tutaj zapraszam po wszystkie szczegóły.

Ola wybrała dla nas coś extra! I to podwójnie :)

A w WC #11 udział wzięli:


Alcia vel Margot

Alinka

Dagmarka (jedna z moich ukochanych Sióstr!)

Dziwnograj

Edysia

Ewa

Fellunia

Gosi@

Grażynka

Karolcia

Joanna

Jul

Kuba

Mafilka 1 & Mafilka 2

Majanka

Małgosia

I ja czyli Polka poniżej :)

Jeśli chodzi o mój jabłecznik, to nie mogłam się powstrzymać i sypnęłam garść przypraw :) Oraz zmniejszyłam ilość cukru i podwoiłam ilość śmietanowej polewy :) Niebo w gębie!





Jabłecznik francuski

75g miękkiego masła
100 g cukru
2 łyżki cukru waniliowego
szczypta soli
4 jaja
100g mąki pszennej tortowej
50g maki ziemniaczanej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
6 kwąsnych jabłek pokrojonych w 'szesnastki'
300g creme fraiche
2 łyżeczki korzennej mieszanki przypraw bez mąki (cynamon, gałka muszkatołowa, ziarna kolendry, goździki, kminek, imbir)
sok z cytryny


Tortownicę o średnicy 21cm delikatnie wysmarować masłem.
Jabłka obrac, pokroić w 'szesnastki'. Skropić sokiem z cytryny i posypać przyprawami.
Piekarnik nagrzać do 170 st.C (z teromoobiegiem).
W misce utrzeć masło ze 100 gramami cukru i 1 łyżką cukru waniliowego. Gdy będzie białe i puszyste dodać jedno jajko i ubić. Dodać kolejne jajko i ponownie ubić.
Mąki wymieszać z proszkiem do pieczenia i dodać do masy jajeczno-maślanej. Całoć wymieszać delikatnie łyżką.
Ciasto wyłożyć do tortownicy, wygładzić powierzchnię.
Jabłka wyłożyc na ciasto i lekko docisnąć.
Piec 35 minut na środkowej półce piekarnika.

Śmietanę rozmieszać z pozostałym cukrem i cukrem waniliowym oraz jajami i wylać na podpieczone ciasto z jabłkami. Piec dalej jeszcze ok 25-30 minut. Po wyjęciu z piekarnika można oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!



PS

A tutaj zapraszam na kilka zdjęć z naszej sobotniej wycieczki do Hebden Bridge :)
Aga & Justin – dziękujemy!