Thursday, 28 January 2010

A gdyby tak…

…zwykłe zamienić w niezwykłe? Cienkie jak bibuła, maślane, wanilią pachnące?


Do naleśników pałam miłością ogromną, ale nigdy nie umiałam usmażyć takich, jakie lubię najbardziej. Mistrzynią jest moja siostra Dagmara, która wywija patelnią jak prawdziwy szef kuchni. Jej naleśniki są zawsze idealne! Nie pamiętam z ilu przepisów już korzystałam, ale zawsze to nie było TO. Aż do pewnego weekendu, kiedy postanowiłam sprawdzić kolejny przepis – przepis z książki*, która jest świątecznym prezentem od Mamy. Wspaniała to książka! Dzięki niej dowiedziałam się, jak przygotować IDEALNE ciasto naleśnikowe. Idealne dla mnie, osoby która nie lubi naleśników grubych jak podeszew czy denko od butelki. Nie mogą być miękkie, pół surowe czy zbyt mocno przypalone. Muszą być właśnie TAKIE.
I są. A właściwie były bo pozostało po nich smaczne wspomnienie. Naleśniki na słodko to jedna z naszych ulubionych pozycji na słodkie śniadania. Może i Wam przypadnie do gustu?

I jeszcze taka mała prywata. A właściwie dwie. 
Tutaj możecie obejrzeć kilka zdjęć ze spotkania w Kuchni Szczęścia, a u Oczka, GospodyniTruskawkowej Ani poczytać co nieco. Było pysznie, przesympatycznie i cieszę się, że mogłam w tym spotkaniu uczestniczyć. I niech te kilka zdjęć zastąpi słowa, bo ja nie potrafię opisać wrażeń i emocji – do dzisiaj jestem tym spotkaniem oczarowana.
Z kolei tutaj zapraszam Was na przepyszny pasztet z soi, który przeszedł moje najśmielsze oczekiwania (napiszę post o nim, bo wiąże się z nim zabawna historia) oraz na wywiad, dzięki któremu macie okazję poznać bliżej moją zakręconą osobowość :)


A oto kilka złotych zasad:

Nie ubijamy! Należy uniknąć długiego ubijania mikserem, a najlepiej użyć trzepaczki balonowej i szybko wymieszać składniki. Wtedy otrzymamy naleśniki miękkie i delikatne, a nie twarde i ciągnące.

Ciasto po wymieszaniu odstawiamy na minimum pół godziny. Cząstki mąki nasiąkną płynem i zmiękną, a pęcherzyki powietrza wydostaną się na powierzchnię.

Naleśniki smażymy krótko. Gluten oraz białka zawarte w jajach nie stwardnieją.

Kupujemy odpowiednią patelnię. Naleśniki usmażymy i na zwykłej, ale idealnie byłoby mieć patelnię do naleśników wykonaną ze stali hartowanej która jest płytka, z płaskim dnem i lekko nachyloną ścianką. Tradycyjne patelnie robi się z żeliwa (galettiere lub galetoire) - mają płaskie dno i bardzo niską krawędź. Oczywiście można użyć patelni wykonanej z powłoki nieprzywierającej - powinna być ciężka, dobrej jakości z teflonową lub utwardzaną anodowaną powłoką. Patelnia do naleśników powinna służyć wyłącznie do ich smażenia inaczej istnieje ryzyko, że przejdą one zapachem innych potraw.

Miarka o pojemności trzech łyżek stołowych. Ciasta naleśnikowego nie wlewamy łyżka po łyżce, a wlewamy od razu całość porcji na jeden naleśnik. Wygodny jest również dzbanuszek z tzw. dziubkiem.

Przechowujemy owinięte w filię spożywczą. Gdy naleśniki kompletnie wystygną, zawijamy je w folię spożywczą i przechowujemy maksymalnie 3 dni. Możemy naleśniki zamrozić w specjalnych woreczkach lub pojemniczkach i przechowywać przez 3 miesiące. Później należy je zjeść. Rozmrażać należy w lodówce przez noc lub w piekarniku, na blasze o okryte folią aluminiową (przez około 8 minut w temp. 180C).

Jak podawać? Zwinięte w rulon, kopertę, chusteczkę, kieszonkę...

Mąkę pszenną można zastąpić innymi mąkami wg własnych upodobań. Może być bezglutenowa, razowa, orkiszowa (dzięki Dora Duszo za komentarz!), gryczana do woli!

Przepis podstawowy na ciasto naleśnikowe
8-10 naleśników o średnicy 20cm

125g białej mąki pszennej
szczypta soli
1 jajko
300ml mleka
olej roślinny

Wymieszaj w misce mąkę z solą. Zrób wgłębienie i wbij jajko.
Dodaj połowę mleka i wymieszaj drucianą trzepaczką.
Ubij krótko i lekko, aż powstanie gładkie ciasto.
Dolej stopniowo resztę mleka i wymieszaj, aż powstanie gładkie ciasto o konsystencji płynnej śmietany.
Przelej ciasto do dzbanka (miski), przykryj ściereczką i odstaw na pół godziny w chłodne miejsce (jeśli odstawione ciasto zacznie się rozwarstwiać, zamieszaj je lekko przed użyciem).
Patelnię posmaruj odrobina oleju i mocno rozgrzej. By zmierzyć temperaturę, upuść na patelnię kroplę wody – jeśli pozostanie na miejscu, patelnia nie jest dobrze rozgrzana. Jeśli zacznie skwierczeć i skakać na patelni, to znaczy że można wlewać ciasto.
Trzymając patelnię w ręku wylej porcję ciasta (4 łyżki) i przechylaj patelnię tak, by ciasto równomiernie się rozlało po jej powierzchni. Postaw patelnię na średnim ogniu i smaż, aż ciasto zrumieni się na krawędziach i zacznie lekko zwijać.
Wsuń łopatkę pod naleśnika i przewróć na drugą stronę. Smaż minutę.
Przełóż naleśnika na papier do pieczenia rozłożony na ściereczce rozpostartej na ruszcie, nakryj papierem i ściereczką, żeby zabezpieczyć go przed wystygnięciem. Usmaż pozostałe naleśniki układając je jeden na drugim, ale przekładając papierem do pieczenia i okrywając ściereczką.
Jeśli chcesz by utrzymały ciepło na dłużej, przełóż je do żaroodpornego naczynia, okryj folią i postaw na rondlu z wodą stojącym na bardzo małym ogniu lub włóż do piekarnika nastawionego na bardzo małą temperaturę.

 
 

Ciasto na crepes - mniejsze, bardziej wyrafinowane, delikatne, niezwykłe (na zdjęciach)
Przepis na 15 naleśników o średnicy 17cm

125 g białej mąki pszennej
30g cukru pudru (opcjonalnie)
Szczypta soli
2 całe jajka
2 żółtka
300ml mleka
75g stopionego masła

Wymieszaj w misce mąkę z cukrem i z solą. Zrób wgłębienie i wbij jajka oraz żółtka.
Dodaj połowę mleka i wymieszaj drucianą trzepaczką.
Ubij krótko i lekko, aż powstanie gładkie ciasto.
Dolej stopniowo resztę mleka i wymieszaj, aż powstanie gładkie ciasto o konsystencji płynnej śmietany.
Przelej ciasto do dzbanka (miski), przykryj ściereczką i odstaw na pół godziny w chłodne miejsce (jeśli odstawione ciasto zacznie się rozwarstwiać, zamieszaj je lekko przed użyciem).
Tuż przed smażeniem dodaj do ciasta 60g stopionego masła.
Patelnię posmaruj resztą masła i mocno rozgrzej. By zmierzyć temperaturę, upuść na patelnię kroplę wody – jeśli pozostanie na miejscu, patelnia nie jest dobrze rozgrzana. Jeśli zacznie skwierczeć i skakać na patelni, to znaczy że można wlewać ciasto.
Trzymając patelnię w ręku wylej porcję ciasta (ok. 50 ml) i przechylaj patelnię tak, by ciasto równomiernie się rozlało po jej powierzchni. Postaw patelnię na średnim ogniu i smaż, aż ciasto zrumieni się na krawędziach i zacznie lekko zwijać.
Wsuń łopatkę pod naleśnika i przewróć na drugą stronę. Smaż minutę.
Przełóż naleśnika na papier do pieczenia rozłożony na ściereczce rozpostartej na ruszcie, nakryj papierem i ściereczką, żeby zabezpieczyć go przed wystygnięciem. Usmaż pozostałe naleśniki układając je jeden na drugim, ale przekładając papierem do pieczenia i okrywając ściereczką.
Jeśli chcesz by utrzymały ciepło na dłużej, przełóż je do żaroodpornego naczynia, okryj folią i postaw na rondlu z wodą stojącym na bardzo małym ogniu lub włóż do piekarnika nastawionego na bardzo małą temperaturę.

Nadzienie
W zasadzie mogą to być dowolne owoce – co kto lubi. U nas były:

1 dojrzałe mango, pokrojone w kostkę
1 banan, pokrojony w plastry
1 owoc granatu
1 jabłko, pokrojone w kostkę
1 pomarańcz, podzielona na cząstki
1 puszka ananasów, pokrojonych w kostkę

Śmietana kremówka ubita z cukrem waniliowym

Usmażone naleśniki wypełniamy kawałkami owoców, zawijamy w rulon i podajemy z ubitą śmietaną.

Smacznego!


*Przepisy i informacje pochodzą z książki Kathryn Hawkins 'Crepes, Waffles and Pancakes!: Over 100 Recipes for Hearty Meals, Light Snacks, and Delicious Desserts'

Wednesday, 20 January 2010

Komu w drogę...

...temu trampki. Dosłownie i w przenośni :)





Wyjeżdżam na kilka dni i mam zamiar przywieźć ze sobą kilka dodatkowych kilogramów szczęścia z pewnej Kuchni oraz spędzić czas w towarzystwie wspaniałych dam. Wrócę we wtorek z głową pełną wrażeń i na pewno się z Wami nimi podzielę! Życzę Wam wszystkim wspaniałego weekendu no i halo Panienki, do zobaczenia jutro? :)))))))))

Buziaki!

Polka

PS
Jak widzicie złamałam swoją zasadę i właśnie przed chwilą zrobiłam to okropne zdjęcie :)

Sunday, 17 January 2010

Nasze i tylko nasze...

...weekendy - radosne przywitania w soboty, całe dnie spędzone razem i smutne pożegnania w niedziele (...)





Weekendy są zdecydowanie najpiękniejszą i zarazem najkrótszą częścią miesiąca. Leniwie poranki, niespieszne wstawanie z łóżka, zawsze razem. Komputer i poranna prasa stoją w kącie i czekają na swoją kolej. Najpierw trzeba  nacieszyć się sobą i zjeść śniadanie. Powoli, smakując każdy kęs i ciesząc oczy smakiem i zapachem. Chwytając każdą minutę, chwilę i cieszyć się byciem razem. W sobotę obowiązkowo coś wytrawnego, w niedzielę na słodko.

Śniadanie to dla mnie najważniejszy posiłek w ciągu całego dnia. Nie wyjdę bez niego z domu. Nawet jeśli zaśpię, ze śniadania nie rezygnuję. Wolę wyjść z domu bez makijażu, niż bez wypicia herbaty, zjedzenia kanapki czy słodkiej bułki. Nie jem owsianki, czasem jem muesli z jogurtem. Kiedyś obowiązkowo była kawa parzona we włoskim ekspresie z lekko podgrzanym mlekiem i łyżeczką cukru, obowiązkowo w filiżance. Teraz jest zielona herbata parzona nie więcej niż 3 minuty lub moja ulubiona herbata Russian Earl Grey (ta i tylko ta*). Uwielbiam moment, kiedy przecierając oczy, wkładam na siebie ciepły sweter i krzątam się po kuchni. To taka moja mała magiczna pora dnia...

Do Weekendowej Piekarni Ali ostatni raz przyłączyłam się jeszcze w poprzednim roku. Wstyd się przyznać, ale cały grudzień był mocno zakręcony (zresztą jak cały poprzedni rok). Postanowiłam, że tym razem WP nie opuszczę, zwłaszcza że Paulinka zaproponowała nam wspaniały przepis - aż żal było nie skorzystać!
Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zmieniła :) Pamiętacie moje wskazówki na temat idealnego ciasta drożdżowego? I tym razem postanowiłam się ich trzymać. Zmieniłam też nieco proporcje składników i dorzuciłam od siebie coś ekstra.
Bułki wyszły FANTASTCZYNE. Puszyste, miękkie i naprawdę cudownie pachnące. Wyjęłam je z pieca o 2-giej nad ranem w sobotę, owinęłam w ścierkę kuchenną i poszłam spać na 6 godzin. A później oboje z Połówkiem, który gdy tylko przekroczył próg mieszkania poczuł ich cudowny zapach, delektowaliśmy się naszym wspólnym śniadaniem (w ten weekend złamaliśmy naszą zasadę i w sobotę śniadanie było slodkie).
Do bułek obowiązkowo masło, dżem z pomarańczy i z whisky** lub nutella. I kubek gorącego kakao na mleku kozim.
Dla mnie takie śniadanie mogłoby trwać do wieczora...





Drożdżowe bułeczki kokosowo-czekoladowe
Oryginalny przepis znajdziecie na blogu Paulinki

570g mąki pszennej chlebowej
1 łyżeczka soli Maldon
70g cukru
1 łyżeczka suszonych drożdży
60 ml mleka koziego, ciepłego
200ml mleka kokosowego
1 łyżka likieru Cointreau
2 jajka, lekko roztrzepane
85 g masła
0.5 szklanki wiórków kokosowych
100g gorzkiej czekolady (70% zawartości kakao), posiekanej na większe kawałki
4 łyżeczki kandyzowanej skórki pomarańczowej, pokrojonej w kostkę

Do posmarowania bułek

1 białko, lekko roztrzepane
3 łyżki mleka kokosowego

Z mleka koziego, drożdży, łyżki cukru i 3 łyżek mąki zrobiłam zaczyn (powinien mieć gęstość wiejskiej śmietany), przykryłam kubek ściereczką i odstawiłam w ciepłe miejsce na 20 minut. Gdy zaczyn podwoi objętość jest gotowy do użycia.
Mąkę przesiałam do dużej miski, dodałam cukier, sól, rozkłócone jajka, mleko kokosowe, likier i zaczyn. Wymieszałam składniki i wyrobiłam lśniące i gładkie ciasto (około 10-15 minut).
Masło roztopiłam w małym rondlu i ostudziłam. Dodałam do wyrobionego ciasta w czterech częściach, dodając koleją dopiero po dokładnym wchłonięciu przez ciasto części poprzedniej.
Do ciasta dodałam wiórki kokosowe i ponownie wyrobiłam.
Na kuchennym blacie rozłożyłam kawałki czekolady. Kulę ciasta przetaczałam bo blacie zagarniając jak najwięcej czekolady. Zagniatałam tak długo, aż cała czekolada została wgnieciona w ciasto.
Uformowałam kulę, włożyłam do lekko naoliwionej miski, przykryłam folią i odstawiłam do wyrośnięcia (ciasto musi podwoić swoją objętość).
Po tym czasie ciasto podzieliłam na 10 części (około 115-120g każda) uformowałam okrągłe bułki i wyłożyłam złączeniami do dołu na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
Blachę przykryłam folią i zostawiłam bułki do ponownego wyrośnięcia.
Piekarnik rozgrzałam do temp. 180st.C.
Wyrośnięte bułki posmarowałam białkiem wymieszanym z mlekiem kokosowym i wstawiłam do pieca (w połowie pieczenia bułki posmarowałam ponownie).
Po upieczeniu ułożyłam na kratce kuchennej i zawinęłam w ściereczkę.
Świetnie smakują z masłem, kwaśnym dżemem lub nutellą.


Smacznego!


* tylko z tej puszki, liściasta, żadna inna nie wchodzi w grę
** z ręką na sercu polecam Wam marmoladę - jest pyszna (jak wszystkie produkty tej firmy) i naprawdę warta swojej ceny


Thursday, 14 January 2010

Na szczęście...

...niezależność i nonkonformizm to główne elementy napędowe pasji.

Chciałam tutaj na łamach blogu podziękować pewnej cudownej osobie, która kiedyś ‘poczuła taką potrzebę, by słowo napisać’ i napisała przepiękne słowa (i dalej pisze), które mi o czymś przypomniały i którymi się chciałam z Wami podzielić. A oto co napisała:

‘Sukcesy cieszą, ale na chwilę jedną lub dwie, a wypracowane, własne poczucie pięknego działania jest stałe. Nawet jeśli zachwieje je watr północny, to spokój wróci (...)
Jest na tym świecie wystarczająco dużo miejsca dla nas wszystkich, dla naszych pasji, zainteresowań...’

M. dziękuję bardzo :*

A to w ramach przypomnienia, że to całe głosowanie to tylko zabawa i mam nadzieję, że niczego to w relacjach blogowych nie zmieni :) Bynajmniej z mojej strony :)

A na koniec posłuchajcie przepięknej i jak bardzo życiowej piosenki Gaby Kulki. Ale naprawdę się wsłuchajcie. Co o tym myślicie?




Uściski,

Polka

Wednesday, 13 January 2010

Są dwa smaki...

...które się wspaniale komponują (...)



Czy ja już wspominałam, że uwielbiam wspólne pieczenie? Piecze się milej, radośniej no i, jakby nie było, ilość kalorii rozkłada się na dwie tudzież dwoje :) A przynajmniej tak sobie tłumaczę...

Na pieczenie z Edytką, bez której nie wyobrażam sobie samotnych wieczorów, umawiałam się już wiele razy, ale zawsze mi było nie po drodze. A to nie miałam dostępu do internetu, a to pojechałam na weekend do Londynu, a to nie miałam dostępu do światła dziennego, a to to, a to tamto. W końcu Edytka się chyba na mnie zdenerwowała i postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Na początku zeszłego tygodniu spytała mnie wprost - kiedy w końcu razem coś upieczemy? Przyparta do muru odpowiedziałam w najbliższy weekend :)
Nastąpiła mała burza mózgów i ostateczny wybór padł na chleb bananowy. Ale nie nie, nie myślcie sobie że było łatwo. Skoro Edytka tak długo na mnie czekała, to postanowiłam że musi to być coś extra extra. Podwójnie extra.

Przepis Ms Lawson miałam już od dawna w zakładkach, czekał tylko na odpowiedni moment. I się doczekał. Niestety biedaczek został przeze mnie mocno zmodyfikowany. Trochę się bałam czy w ogóle coś z tego wyjdzie, ale rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.
Zmian było kilka.
Połowę mąki pszennej postanowiłam zastąpić mąką pszenną razową.
Zrezygnowałam z połowy rodzynek zastępując je kwaśną żurawiną – niebo w gębie!
Zmieniłam też nieco sposób wykonania samego ciasta, bo zależało mi by było ono lekkie i bardziej puszyste niż zbite, ale oczywiście nie mogło wyjść za suche - stąd dodatek maślanki. Dlatego też masła nie stapiałyśmy, a za to ubiłyśmy je z cukrem na puch. Potem delikatnie dodawałyśmy po jednym jajku, miksowałyśmy, a kiedy dodałyśmy suche składniki całość lekko wymieszałyśmy bez ponownego ubijania mikserem.
I oczywiście niemalże potrojona ilość orzechów!
I myślę że to zawarzyło na tak wspaniałym smaku. Ciasto dosłownie rozpływa się w ustach.

Kawałki czekolady i orzechy delikatnie chrupią między zębami, owoce wymoczone w alkoholu nadają ciastu lekkiego pazura, a kakao wspaniale balansuje całą słodycz.

Ponoć sekret tego wypieku zależy od kondycji bananów – im są bardziej dojrzałe, tym ciasto jest lepsze. A ja powiem więcej. Wspaniały smak to nie tylko banany, ale również przyprawy i dodatki, dlatego też w przepisie nie mogło zabraknąć otartej skórki z cytrusów, ekstraktu z prawdziwej wanilii oraz mielonego imbiru i cynamonu.

Kochani zapraszam Was na ucztę prawdziwego konesera i gorąco namawiam Was na upieczenie tego ciasta. Swoją drogą jestem z siebie bardzo dumna. Nie spodziewałam się takiego efektu.

Edytko dziękuję za wirtualnego kopa, kubeł zimnej wody (od czasu do czasu) i za to, że jesteś przekochaną babeczką :*

PS
Jak pewnie zauważyliście co rusz zmieniam coś w układzie bloga, ale zależy mi na tym, by był bardziej czytelny i przejrzysty. Pod każdym postem na dole po lewej stronie pojawiła się wersja przepisu do wydruku (plik PDF w rozmiarze A4). Myślę intensywnie nad nagłówkiem bloga, bo coś mi ciągle nie współgra... Mam nadzieję, że zmiany nie utrudniają Wam przeglądania Kuchennego Stołu.

Oraz zapraszam Was również na krótką wycieczkę po Salford Quays - miejscu oddalonym od nas jedynie o 15 minut, gdy spaceruje się tam powoli, tak by nacieszyć się świeżym powietrzem i ciszą.

Oraz zapraszam Was na warsztaty chlebowe...



Chleb(ek) bananowo-czekoladowy

50g rodzynek sułtanek
50g suszonej żurawiny
75ml ciemnego rumu, whisky lub koniaku*

100g mąki pszennej
100g mąki pszennej razowej
25g kakao dobrego gatunku
100g gorzkiej czekolady połamanej na małe kawałki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1 łyżeczka mielonego imbiru
skórka otarta z jednej pomarańczy (najlepiej niewoskowanej)
skórka otarta z jednej cytryny (najlepiej niewoskowanej)

125g masła o temperaturze pokojowej
150g cukru
2 duże jaja
4 bardzo dojrzałe banany (o wadze ok 300g - ważone bez skóry), rozgniecione
175g posiekanych orzechów włoskich lub orzechów pekan
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
75ml maślanki**

Keksówka o pojemności 23 x 13 x 7cm wysmarowana masłem i wyłożona papierem do pieczenia lub oprószona bułką tartą lub mąką.

Rodzynki i żurawinę zalewamy w rondlu rumem lub whisky i doprowadzamy do wrzenia. Zdejmujemy z palnika, przykrywamy pokrywką i zostawiamy na minimum godzinę - owoce ładnie wchłoną alkohol. Po tym czasie delikatnie osuszamy je na sicie.

Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 170 st.C. (piekarnik gazowy poziom 3).

Obie mąki przesiewamy do miski razem z kakao, proszkiem do pieczenia, sodą i przyprawami. Dodajemy otartą skórkę z pomarańczy i cytryny, czekoladę połamaną na kawałki, dodajemy sól i całość niedbale mieszamy.

W osobnej misce miksujemy miękkie masło z cukrem, aż będzie puszyste.

Dodajemy jajko, miksujemy dokładnie i dodajemy drugie jajko.
Znowu miksujemy i dodajemy maślankę.
Miksujemy i dodajemy rozgniecione banany. Mieszamy.
Dodajemy posiekane orzechy, odsączone owoce i ekstrakt z wanilii.
Następnie partiami dodajemy suche składniki i delikatnie mieszamy - należy upewnić się że pierwsza porcja została dokładnie wymieszana przed dodaniem porcji kolejnej.
Ciasto przekładamy do formy i pieczemy przez około godzinę, robiąc próbę drewnianym patyczkiem (nakłuwamy ciasto w kilku miejscach - jeśli patyczek wyjmiemy suchy ciasto jest gotowe).
Studzimy na kratce.

Smacznego!

*Jeśli planujemy podać ciasto dzieciom, alkohol można zastąpić niesłodzonym sokiem pomarańczowym lub żurawinowym z odrobiną swojego ulubionego aromatu (świetnie pasuje aromat migdałowy)
**Zamiast maślanki można użyć tej samej ilości mleka zakwaszonego 1 łyżeczką soku z cytryny




PS
Dziś rano w drodze do pracy nadałam sobie tytuł Mistrza chodzenia po śliskich nawierzchniach. Chyba w nagrodę kupię sobie jakąś książkę kucharską :)



Tuesday, 12 January 2010

Zaczęło się…

'...pasja zrodzona z miłości, a miłość z pasji. Lekko pikantnie, ze szczyptą humoru i odpowiednią dawką rozsądku'

Ten blog bierze udział w konkursie Blog Roku 2009 w kategorii Moje zainteresowania i pasje (blogi tematyczne). Jeśli chcesz oddać na niego głos, wyślij SMS o treści H00274 na numer 7144. Koszt SMS, to 1,22 zł brutto.

...po szczegóły zapraszam powyżej – zajrzyjcie tuż pod nagłówek bloga

Polka


Saturday, 9 January 2010

Z poradnika młodej kucharki



Są takie smaki i zapachy, których się nigdy nie zapomina.
Rosół to dla mnie smak dzieciństwa, pełen ciepła i miłości głos Mamy, Jej uśmiech i co niedzielne obiady u Jej Mamy, mojej ukochanej Babci. Dla Taty zawsze była  pomidorówka. Na rosole. A po zupie pieczony kurczak nadziewany wątróbką i coś na deser. Czasami tort, czasami jabłecznik (...)

Dzisiejszy wpis powstał z dwóch przyczyn. Jedna z czytelniczek poprosiła mnie o przepis na dobry rosół. Pomyślałam, że to wspaniała okazja, by podzielić się z Wami recepturą na moją ulubioną zupę, a przy okazji ugościć Połówka czymś pysznie rozgrzewającym - wczoraj spędził ponad 5 godzin w autokarze przemierzając zaśnieżoną Anglię by spędzić weekend ze mną  i bardzo chciałam, by zjadł coś ciepłego.

Przepisów na rosół jest na pewno bardzo wiele. Tak naprawdę każdy z nas ma swój ulubiony. Ja dziś  pragnę zaprezentować Wam swój. Inspiracją jak zwykle była dla mnie moja Mama, ale z różnych powodów przepis troszkę zmieniłam i mogę skromnie powiedzieć, że powstał przepis na rosół idealny.

Gotowanie rosołu nie jest trudne. Tak naprawdę wysiłku przy nim niewiele, a jaki efekt! Nie ma takiej możliwości, żeby rosół się nie udał - należy pamiętać tylko o kilku podstawowych zasadach i na pewno otrzymacie pyszną zupę. Oczywiście ideałem byłoby ugotować ją na opasłej, wiejskiej kurze, takiej 'od baby' i na swoich warzywach z działki, ale jak się nie ma co się lubi, to trzeba zrobić wszystko żeby i tak się lubiło.
A najfajniejsze w rosole jest to, że na jego bazie można przyrządzić wiele wspaniałych zup. Ja mrożę go sobie w porcjach i używam jako bulionu. A oto kilka złotych zasad :)

Jak rosół gotować? Zawartość garnka powinna bardzo powoli dochodzi do wrzenia, by z mięsa wyciekło jak najwięcej soków. Rosół musi się gotować długo i bardzo powoli, w przeciwnym razie stanie się mętny i mało smaczny 
 
Jaka powinna być idealne proporcja mięsa i warzyw? Dodatki mięsno-warzywne zależą od naszych osobistych upodobań. Moja Mama nie dodaje do rosołu wołowiny ani korzenia selera, na który jest uczulona moja Młodsza. Gdy dodamy więcej marchewki, rosół będzie słodszy. Jeśli ktoś nie lubi jakiegoś warzywa to może go pominąć, a dodać np. więcej innego Kto lubi bulion bardziej delikatny, (tak jak ja i moja Mama) może pominąć wołowinę, a dodać więcej mięsa drobiowego. Kto lubi mocniejszy może ilość wołowiny zwiększyć.

Czym rosół przyprawiać? Tym ci się lubi! Można dodać odrobinę kurkumy dla ładniejszego koloru lub odrobinę suszonych płatków chilli dla podkręcenia ostrości. Można też dodać odrobinę jasnego sosu sojowego (uwielbiam, ale moja Mama złapałaby się pewnie za głowę :)). Jeśli rosół wyjdzie nam zbyt słaby, a uwierzcie mi trudno jest ugotować dobry smaczny rosół na kurze ze sklepu, warto mieć pod ręką kilka 'ulepszaczy'. Może to być Vegeta, kostka rosołowa czy co tam lubicie. Ja zawsze mam szafce bulion w proszku lub  w kostkach tej firmy - jest naprawdę pyszny i pozbawiony wszelkich ulepszaczy.


A jeśli rosół wyszedł nam zbyt tłusty? Jeśli okaże się, że mięso było zbyt tłuste, po wyjęciu z lodówki tłuszcz możemy zdjąć z jego powierzchni łyżką i w ten sposób go 'odchudzić'. Możemy również zdjąć tłuszcz z ciepłego rosołu za pomocą zwiniętej gazy.

Z czym rosół podawać? Z czym się lubi. Ja lubię rosół bez żadnych dodatków, pity prosto z bulionówki lub z filiżanki, suto posypany koperkiem i świeżą natką pietruszki. Ale 'jest wiele możliwości' :)
Może to być na przykład dowolny makaron (najlepiej smakuje z rosołem ten cienki), ugotowany na sypko ryż, kostka z kaszy manny,  czy łazanki i ugotowana fasola Piękny Jaś. 

A co z mięsem? Mięso z rosołu możemy po prostu zjeść (wołowina prosto z rosołu smakuje jak żadne inne mięso!), możemy wykorzystać je jako nadzienie do pierożków, krokietów, czy wykorzystać je do pysznej potrawki z warzywami.Kurczaka śmiało dzielmy na porcje, obsypmy ziołami  i zapieczmy w piekarniku. Podajmy z dowolnymi dodatkami. 

A co z warzywami? Warzyw nie wyrzucamy - u prawdziwej Gospodyni nic nigdy się nie  marnuje! Ugotowane w rosole warzywa wystarczy zmiksować w blenderze lub rozgnieść widelcem, dodać do nich trochę rosołu, dodać ugotowane ziemniaki, ciecierzycę, soczewicę czy fasolę,  doprawić i już mam pyszną zupę krem :)



Rosół (bulion) mięsno-warzywny
(Gdy pominiemy mięso otrzymamy pyszny bulion warzywny)

1 cały wiejski kurczak o wadze ok 1500g  lub 4 podudzia z kurczaka (ok. 800g) i 4-6 skrzydełek z kurczaka (ok. 600g)
1 nieduży kawałek wołowiny z kością (najlepszy jest szponder, łopatka lub mostek; ok. 400g)
2 małe cebule
2 duże ząbki czosnku

2-4 marchewki
2-3 korzenie pietruszki
1/3 korzenia dużego selera
mały por
kawałek kapusty włoskiej
2 łodygi selera naciowego
kawałek rzepy (opcjonalnie)
2-3 suszone grzyby

Przyprawy i zioła

2 liście laurowe
kilka ziarenek ziela angielskiego
kilka ziarenek pieprzu czarnego
kilka ziarenek jałowca
sól morska, jodowana
pół pęczka natki pietruszki
pół pęczka koperku
gałązka lubczyku lub szczypta suszonego lubczyku

Mięso należy dokładnie umyć pod bieżącą wodą.
Do dużego garnka wrzucamy liście laurowe, ziele angielskie, ziarenka pieprzu, jałowiec i lubczyk.
Wkładamy wołowinę i całość zalewamy 3-3,5 l zimnej wody.
Delikatnie solimy, garnek przykrywamy pokrywką, którą lekko uchylamy i stawiamy na małym ogniu (ważne!). Zawartość garnka ma się bardzo powoli gotować (Mama mówi, że rosół 'pyrka').
Pierwszy etap gotowania to 30 minut.
Po tym czasie z powierzchni rosołu zbieramy tzw. szumowinę (piana, która pojawi się na jego powierzchni)
Warzywa starannie płuczemy. Te korzenne cienko obieramy, a pora i kapustę dokładnie płuczemy pod bieżącą wodą. Czosnek lekko nacinamy, a cebulę opalamy palnikiem spożywczym lub opiekamy w piekarniku.
Do rosołu dodajemy resztę mięsa, wszystkie warzywa, suszone grzybki oraz przyprawy i zioła.
Przykrywamy garnek i gotujemy na malutkim ogniu kolejne 1,5 - 2 godziny.
Tu mała uwaga - rosołu nie gotujemy dłużej niż 2,5  godziny bo mięso i warzywa rozpadną się na amen.
Pod koniec gotowania rosół próbujemy i doprawiamy wg gustu.
Gdy rosół lekko przestygnie wyjmujemy mięso i warzywa, a sam rosół przecedzamy przez gęste sito.
Trzymamy w lodówce lub mrozimy w porcjach.





A od rosołu już tylko maleńki kroczek do...zimowej pomidorowej. Zimowa pomidorowa obowiązkowa musi być ugotowana na rosole, kiedy pomidory z puszki czy domowe przeciery nie są tak aromatyczne jak świeże, jędrne pomidory. Zupełnie inaczej ma się sprawa z wiosenną czy letnią wersją tej zupy, ale o tym kiedy indziej. Ilość użytego przecieru lub passaty zależy od tego, czy lubimy pomidorową mocną czy słabszą. Polecam dodanie najpierw 2/3 opakowania - zawsze łatwiej pomidorową 'wzmocnić' niż 'osłabić'.




Zimowa pomidorowa

600 ml rosołu
1 pęczek bouquet garni*
2 ząbki czosnku
400-500g przecieru pomidorowego domowej roboty lub kupna włoska passata w (użyłam passaty z  kartonika z bazylią i czosnkiem)
2 duże marchewki ugotowane w rosole
sól
pieprz cytrynowy
pieprz czarny świeżo mielony
szczypta cukru
1 łyżeczka płatków chilli
1 łyżeczka suszonej bazylii
1/2 łyżeczki suszonego tymianku
1 łyżeczka soku z cytryny 
mały kubeczek kwaśnej lub słodkiej śmietany (jak kto woli) 
świeży koperek
świeża natka pietruszki

Do bulionu dodajemy bouquet garni, ponacinane ząbki czosnku i gotujemy pod przykryciem na maleńkim ogniu przez 15 minut.
Po kwadransie dodajemy passatę lub przecier i gotujemy kolejne 15 minut.
Po tym czasie wyjmujemy z zupy zioła i doprawiamy solą, pieprzem, cukrem, płatkami chilli, bazylią, tymiankiem i sokiem z cytryny
Do zupy dodajemy plasterki ugotowanej marchewki.
Podajemy z kleksem kwaśnej lub słodkiej śmietany i obowiązkowo z makaronem lub ryżem, obficie posypaną posiekanym koperkiem i natką pietruszki.


Smacznego!

* Klasyczny bouquet garni składa się z 3 gałązek natki pietruszki, 1 gałązki tymianku i 1 małego liścia laurowego zawiniętych razem w liść pora lub związanych za pomocą ‘nitki’ selera naciowego. W zależności od przygotowywanej potrawy bouquet garni może zawierać bazylię, rozmaryn, ziarenka pieprzu czarnego, cząber lub szałwię lub może mieć dodatek warzyw: marchewka, seler naciowy, seler, por, cebula czy korzeń pietruszki.





Wednesday, 6 January 2010

Puk, puk...



...wróciłam. A właściwie wciąż powoli wracam. Do pustego, zimnego mieszkania, do pracy, do ponurej i mroźnej rzeczywistości. Dom został daleko za mną i z niecierpliwością czekam by w końcu do niego wrócić i w nim zamieszkać.
Wracam i dziwię się, jak pięknie wygląda miasto obsypane białym puchem, jakie to miłe uczucie mieć na głowę zrobioną na drutach czapkę z wielkimi drewnianymi guzikami, jak samochody stoją w zaspach i ludzie próbują utrzymać równowagę na śliskich chodnikach. Bilans dnia to co najmniej 20 prawiewywrotek i 2 klasyczne wywrotki z lądowaniem na miękkim śniegu.
Mimo wszystko pięknie jest.

Nasze Święta były cudownie bajkowe. Spędzone z Rodziną, Przyjaciółmi i Znajomymi. Każda sekunda spędzona z Bliskimi została wyciśnięta do ostatniej kropli, tak aby przywieźć ze sobą jak najwięcej sił na kolejny rok.
Wybaczcie, że nie zapytam Was o prezenty, ale na tak zadane mi pytanie mam zawsze ochotę odpowiedzieć ‘figę z makiem’. Ja nie przeliczam Świąt na prezenty. Nie obchodzi mnie co, ile i czy w ogóle coś dostałam. Nie interesuje mnie ile potraw było na stole, czego zabrakło, a czego było za dużo. Święta przeliczam na cudowne, niezapomniane chwile. Na uśmiech mojej Mamy, na buzie moich Sióstr, na zmarszczki Babci, na Połówka jedzącego ze smakiem łazanki z kapustą i grzybami,  na mój dom, który wydaje się okropnie mały, a jednocześnie jest ogromny, pełen ciepła i miłości.

Pewnie wypadałoby by miniony rok podsumować. Ale na przekór tego nie zrobię. Zostawiam go daleko za sobą. To był okropny rok. Wyniosłam z niego tyle ile potrzebowałam i nie będę wspomnieniami do niego wracać. Nowy Rok przyniósł zmiany. Na lepsze. I niech tak zostanie.

Nie zdążyłam złożyć Wam życzeń noworocznych, ale mam nadzieję, że i dla Was ten rok będzie co najmniej tak samo dobry i udany jak poprzedni. Tym, dla których 2009 nie był łaskawy, życzę by wszystko zmieniło się na lepsze i wierzę, że tak jak nam w końcu i Wam wszystko się ułoży.
Jedno wiem – nigdy nie trzeba się poddawać, a ze złych chwil trzeba wycisnąć tyle ile się da i trzeba umieć je wykorzystać, tak by nic nie zdołało nas zaskoczyć.
I tego Wam życzę. I miłości. Jeśli jest miłość, łatwiej przenosić góry.
Zdrowia też oczywiście dużo żebyście mieli i żeby otaczali Was prawdziwi Przyjaciele. Nie tacy co to są, jak nic nie muszą od siebie dać. Nie tacy, którzy są tylko wtedy, kiedy Wy jesteście im potrzebni. Nie tacy, którzy ciągle mówią tylko o sobie i nie potrafią Was słuchać. Zadufanych i skupionych wyłącznie na sobie też zostawmy w tyle.






Przed wyjazdem do Polski obiecałam, że powrócę do Weekendowej Cukierni. Myślę, że nadszedł już czas.
Dziękuję wszystkim uczestnikom i sympatykom WC. Dostałam wiele listów elektronicznych z gratulacjami prowadzenia wspaniałej akcji. Dziękuję, że tak chętnie obejmowaliście pod swoje skrzydła kolejne jej odcinki.
Poprzedni rok zakończyliśmy 19-tym wydaniem WC, który prowadziła dla nas przekochana Tili. Tutaj i tutaj możecie zajrzeć jakie miała dla nas słodkie propozycje.
Jak tradycja nakazuje powinnam umieścić tu dwa zaległe podsumowania. Ale wiecie co? Nie będzie ich. Rok 2009 się skończył i niech zostanie w naszej pamięci. Ja na nowo nie będę go rozgrzebywać i mam nadzieję, ze i Tili i Beatka mi wybaczą. Nie byłam w stanie na bieżąco śledzić Waszych poczynań, nie dostałam wiele wiadomości z linkami i nie chcę już siać zamętu. Beatko jeśli chciałabyś umieścić podsumowanie u siebie prześlę Tobie linki do wypieków.

Pomyślałam że wraz z Nowym Rokiem WC przyda się powiew nowości.

Po pierwsze każdy odcinek WC będzie teraz edycją miesięczną i każdy odcinek będzie trwał do ostatniego weekendu danego miesiąca.

Po drugie każdy opiekun kolejnego odcinka dostanie ode mnie maleńki prezent. Będzie to drobiazg, więc proszę nie nastawiajcie się na jakieś wielkie i drogie gadżety kuchenne - Kuchenny Stół sponsora nie ma. Sponsorów mają ludzie popularni, do których ja się nie zaliczam. Nie mam też u siebie żadnych reklam, więc te upominki będę fundowała ja :) Jeśli przydarzy się jakaś nagła sytuacja, zastrzegam sobie prawo do zaprzestania ich wysyłania :)

Po trzecie WC ma nowy baner. Tamten mi się znudził (podobnie jak nagłówek bloga) i pomyślałam, że pewnie macie dosyć patrzenia na moją mordkę (tak tak to buźka ze starego logo to była moja mordka).

Po czwarte na górze bloga w widocznym miejscu będzie przypomnienie z kim pieczemy danego miesiąca, a baner będzie bezpośrednio przekierowywał Was do aktulanego opiekuna i Jego wpisu w ramach WC.

Pierwszy odcinek WC w roku 2010 prowadzi Goś i Jej piękny blog Sweet Art. Tutaj zapraszam po przepisy i wszelkie wskazówki.

Uff to tyle mam nadzieję, że nowe zmiany się przyjmą i w tym Nowym Roku będzie nas więcej razem piekących :)

A teraz rzecz najprzyjemniejsza - kody do banerków

Baner mały





Baner duży





Serdecznie Was zapraszam!

Polka