Saturday, 27 February 2010

Wielkie rzeczy...


Prawdopodobnie mam niedobór magnezu. Nie wiem czy duży, czy mały ale jest. Do końca nie jestem pewna, ale już od kilku tygodni wiedziałam, że coś się święci... Jako że nie lubię się nad sobą użalać machnęłam ręką i czekałam, aż samo przejdzie.
Nie przeszło.
Nie przeszły mi też: zły humor, rozdrażnienie, niepanowanie nad emocjami, skurcze mięśni łydek, brak apetytu (widzieliście ostatnio u mnie jakiś wpis obiadowy?), nudności, zawroty głowy, mała odporność na infekcje, kłótliwość (Połówku :*), drganie powiek, bezsenność, wieczne zmęczenie, czyli typowe objawy braku magnezu w organizmie. Poszperałam w sieci i znalazłam fajny artykuł Magnez przyciąga spokój
Zrobiłam sobie listę wszystkich za i przeciw i wyszło mi, że skoro odżywiam się dobrze, to musi być inna tego przyczyna. Artykuł podaje:
‘(...)kolejne powody to stres, intensywna praca i ćwiczenia fizyczne, które zwiększają zużycie tego pierwiastka przez organizm (oho to coś o mnie chyba). Natomiast kawa, alkohol, środki odwadniające wypłukują z niego magnez (nie używam, nie pijam). Warto też pamiętać, że jego wydalanie zwiększają również słodycze, natomiast dieta bogata w tłuszcze zmniejsza wchłanianie (o a to może być o mnie!). Bez magnezu nie ma życia, bo pomaga uwalniać z białek, węglowodanów i tłuszczów energię. Bez niej żaden narząd nie będzie pracował.’
Codzienna dawka magnezu (dla kobiet) to 300–400 mg, więc warto zadbać by w naszym pożywieniu było go pod dostatkiem. A dlaczego? Dlatego:
Magnez koi nerwy - przy niedoborze magnezu stajemy się nadpobudliwi, agresywni i mamy kłopoty z koncentracją
Magnez wzmacnia mięśnie - wapń powoduje ich skurcz, a magnez rozkurcz. Jeśli istnieje równowaga pomiędzy tymi pierwiastkami, mięśnie zachowują właściwe napięcie i moc.
Magnez buduje kości i zęby - kiedy magnezu zaczyna brakować, organizm podbiera go kościom i zębom, żeby dostarczyć ważnym narządom
Magnez łagodzi PMS - zapobiega bólom i zawrotom głowy, apetytowi na słodycze, wahaniom nastroju

Gdzie magnezu szukać?
Głównym źródłem magnezu są produkty zbożowe, zwłaszcza kasza gryczana. Dużo go w warzywach strączkowych, orzechach, owocach morza, kakao i czekoladzie. Sporo magnezu zawierają kasze jęczmienne, ciemne pieczywo, groszek, szpinak, ryby, żółte sery i banany. Niewielką ilość – pozostałe warzywa i owoce, mleko, jajka, ryż, podroby, białe pieczywo. Dobrym źródłem tego minerału są też zielone części warzyw, np. fasolka szparagowa, szpinak, a także owoce morza (np. krewetki), banany oraz wody do picia bogate w ten minerał.
Zatem kilka następnych wpisów będzie bogatych w magnez. Dodatkowo dokupiłam sobie witaminę B6 oraz kwas foliowy. Od dziś na kanapkach (o zgrozo z chleba bardziej razowego niż białego) ląduje szpinak, rukola, rzeżucha I rukiew wodna. Znajdzie się też plaster sera żółtego, plasterek pomidora i awokado. Bananów ci u mnie pod dostatkiem (boczki rośnijcie zdrowo!), przeróżnych orzechów, czekolady mniej (nie chodzę na razie na siłownię). Wyciągnęłam puszkę kaszy gryczanej, puszki z fasolami (od Mamy) i zrobiłam zapas ciecierzycy (suszonej). I na bieżąco będę kombinować.


Na początek proste, ale bardzo smaczne kotlety. Przepis powstał w głowie - w poniedziałek miałam chwilę oddechu w pracy, wzięłam kartkę i długopis i zaczęłam pisać - mam w lodówce obgotowane liście kapusty (robiłam w weekend gołąbki), szpinak 'baby' i por. Jest razowa mąka gryczana...
Swoją drogą ciekawe co Wy robicie w pracy jak macie wolniejszą chwilę? :)

Kotlety z kapusty, szpinaku i mąki gryczanej

kilka obgotowanych liści kapusty (u mnie ok. 1/3 główki)
3-4 garście szpinaku
pęczek natki pietruszki
2 garście orzechów piniowych
1 średni por
2 duże ząbki czosnku
1 łyżka oliwy z oliwek
1 łyżka masła
1 jajko
4 łyżki mąki gryczanej razowej
sól Maldon (lub dowolna sól)
świeżo mielony pieprz
pieprz ziołowy
majeranek
oliwa do smażenia

Kapustę, szpinak, natkę pietruszki (razem z łodygami) i orzechy piniowe rozdrobniłam w blenderze (można zmielić w maszynce do mięsa).
Por pokroiłam cienko i wraz z czosnkiem, przepuszczonym przez praskę, podsmażyłam na patelni na łyżce oleju i masła. Połączyłam z rozdrobnionymi warzywami.
Całość porządnie doprawiłam i dodałam jajko i 2 łyżki mąki gryczanej.
Uformowałam kotlety i każdy z nich obtoczyłam w pozostałej mące*.
Smażyłam na średnim ogniu do zrumienienia.
Zjadłam :)

Smacznego!

*nie jestem zwolennikiem panierowania w mące czy też bułce tartej, ale te kotlety wymagają chrupkiej 'skórki'

Wednesday, 24 February 2010

Nie zdążyłam...

...zanim Alcia zamknęła Weekendową Piekarnię

 

Teraz WP ma nowe opiekunki i została otwarta na nowo.
Na ile Alę znam na tyle wiem, że każdą decyzję rozważa długo i nigdy nie podejmuje pochopnie żadnych działań. Alu dziękuję za to, że byłaś tak wspaniałą Gospodynią, że z takim zaangażowaniem prowadziłaś Weekendową Piekarnię i chociaż łza mi się w oku kręci, to wiem że tak musiało być :*


A dzisiaj chleb. To zmodyfikowany przepis na Pain Breton zaproponowany przez Gospodarną Narzeczoną w ramach WP #63. Ponieważ miałam nadwyżkę aktywnego zakwasu, postanowiłam drożdże całkowicie pominąć i zrobić chleb właśnie zakwasowy.
Powiem Wam PYCHA! Już kombinuję żeby zwiększyć ilość mąk razowych w stosunku do białej, a dlaczego to napiszę Wam w następnym poście.
  
‘Pain Breton’
Źródło: Zmodyfikowany przepis R. Bertineta

Zaczyn

250g mąki pszennej chlebowej (100%)
175g wody (70%)
50g aktywnego zakwasu żytniego (20%)

W misce mieszamy zakwas i wodę. Dodajemy mąkę i dokładnie mieszamy. Wymieszany zaczyn wkładamy do miski, przykrywamy folią spożywczą i odstawiamy do wyrastania w temperaturze pokojowej na 12-16 godzin. Wyrośnięte ciasto podniesie się, opadnie i będzie miało charakterystyczny dołek, a przede wszystkim podwoi swoją objętość.

Ciasto właściwe

20g soli morskiej
650g wody
750g mąki pszennej chlebowej
200g mąki gryczanej razowej (do kupienia w sklepach eko, można tez zmielić kaszę krakowską lub inna niepaloną gryczaną)
50g mąki żytniej razowej
300g zaczynu
semolina do wysypania łopaty i biała mąka do podsypywania

Grubą sól rozpuszczamy w wodzie.
Gdy sól się rozpuści dodajemy zaczyn i mieszamy.
Następnie dodajemy mąki, mieszamy ponownie i kiedy ciasto będzie jednolite, wykładamy je na suchy blat i wyrabiamy metodą Bertineta (można też wyrabiać po swojemu).
Gdy ciasto będzie wyrobione (gładkie, elastyczne, z dobrze rozwiniętym glutenem) wykładamy je na oprószony mąka blat i formujemy kulę.
Ponownie wkładamy do miski, zakrywamy folią spożywczą i odstawiamy na 2 - 2.5 godziny. W trakcie rośnięcia ciasto składamy dwa razy co 45 minut.
Ponownie wykładamy ciasto na oprószony mąka blat, odgazowujemy i formujemy dwa bochenki, które wkładamy do koszyków złączeniami do góry.
Zostawiamy ponownie do wyrośnięcia na 2 - 2.5 godziny (chleb powinien podwoić objętość).
W tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 250 st. C. Wlewamy wrzątek do naczynia żaroodpornego wstawionego na sam dół piekarnika.
Łopatę obsypujemy semoliną.
Wykładamy wyrośnięty chleb, nacinamy i wkładamy go do pieca.
Po pięciu minutach obniżamy temperaturę do 210 st. C i pieczemy kolejne 15-20 minut.
Studzimy na kratce.

Smacznego!


 

Monday, 22 February 2010

Mówią, że...


... w 1832 roku szef kuchni na dworze wielkiego księcia Metternicha zachorował, a jego szesnastoletni wówczas uczeń Franz Sacher otrzymał polecenie przygotowania nowego, wyszukanego deseru. Deser składał się z dwóch czekoladowych biszkoptów przełożonych konfiturą morelową i oblanych warstwą polewy czekoladowej. Tort przyniósł Sacherowi sławę oraz pieniądze, a to pozwoliło mu na otwarcie kilku kawiarń i restauracji. 
Mówią, że w pierwszych latach swego sukcesu Sacher sprzedał przepis konkurencyjnej kawiarni Demela, jednak, po kilkunastu latach sporów i kłótni,  w 1965 roku za oryginalny wyrób uznano wyłącznie ten z kawiarni Sachera.
Mówią, że w Café Sacher piecze się 270 tysięcy tortów rocznie, a każdy egzemplarz jest nadal ręcznie smarowany konfiturą morelową, polewany czekoladą i pakowany do eleganckiej drewnianej skrzyneczki.
Mówią, że optymalna temperatura serwowania tortu to 16-18C.
A ja Wam mówię, że po raz drugi mnie tort Sachera nie powalił na kolana (mimo, że tym razem piekłam go z innego przepisu) i nie podałabym go moim Gościom na stół. Dla Gości piekę coś bardziej wykwintnego - tort Sachera to zwykły czekoladowy biszkopt przełożony konfiturą z moreli.
I powiem Wam jeszcze, że wczoraj zrobiłam najpyszniejszy pod słońcem dżem morelowy. Patrząc na dżemy kupne, w których zawartość owoców to tylko 40-55g na 100g cukru zrobiło mi się słabo. Pomyślałam: 'w sumie dlaczego nie?' I zrobiłam jeden słoiczek na spróbowanie. PYCHA. W przeciwieństwie do tortu Sachera...



Dżem morelowy (z podanych proporcji wyszedł mi 1 słoik dżemu)
Źródło (z niewielkimi moimi zmianami): Delicious Magazine 

360g dojrzałych moreli (1 koszyczek)
½  szklanki wody 
1 łyżka soku z cytryny
300g cukru do przetworów
20g kandyzowanego imbiru 

Morele płuczemy, przekrajamy na połówki i wyjmujemy pestki (pestki zostawiamy na później).
Do rondla z grubym dnem (stalowy lub żeliwny) wlewamy wodę, sok z cytryny i wkładamy połówki moreli. 
Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy przez 30 minut, aż morele będą miękkie.
Pestki otwieramy za pomocą dziadka do orzechów (ostrożnie są ostre i twarde) i wyjmujemy z każdej rdzeń (rdzeń wygląda jak mały orzech laskowy). Blanszujemy je przez 1-2 minuty we wrzącej wodzie, odsączamy i rozcieramy w moździerzu.
W międzyczasie 1 słoik myjemy dokładnie w ciepłej wodzie i suszymy w piekarniku nagrzanym do 120C. Trzymamy w cieple.
Rondel z morelami i wodą zdejmujemy z palnika. 
Dodajemy cukier, roztarte rdzenie pestek i imbir pokrojony na małe kawałki. 
Rondel stawiamy z powrotem na palniku (mały ogień) i podgrzewamy bardzo wolno, aż cukier rozpuści się.
Po tym czasie zwiększamy moc palnika i gotujemy dżem na silnym ogniu przez 10 minut. Po tym czasie robimy próbę na talerzyku. Jeśli dżem ma odpowiednią konsystencję zestawiamy garnek z palnika, zdejmujemy z dżemu pianę i zostawiamy na 5 minut. Następnie słoik mocno zakręcamy, stawiamy na pokrywce i zostawiamy do ostygnięcia.

 

 


Tort Sachera
Źródło (z moimi niewielkimi zmianami): Magazyn 'Kuchnia' Luty 2010

Biszkopt
150g miękkiego masła
125g cukru pudru
8 jajek
200g ciemnej czekolady
125g mąki pszennej (przesianej)
kilka kropel ekstraktu z migdałów 

Masa
3/4 słoika dżemu morelowego
1 łyżka soku z cytryny 

Polewa 
200g ciemnej czekolady
1 łyżka cukru waniliowego
50g cukru pudru
150ml śmietany kremówki (30%)

Czekoladę roztapiamy w kąpieli wodnej, studzimy. 
Oddzielamy żółtka od białek i białka ubijamy na sztywno.
Masło ucieramy z cukrem na puch.
Dodajemy po jednym żółtku cały czas ucierając. 
Dodajemy ostudzoną czekoladę i miksujemy na najniższych obrotach miksera.
Dodajemy mąkę i całość delikatnie mieszamy.
Na końcu dodajemy ubite białka (najpierw 1/4 potem resztę) i jeszcze raz delikatnie mieszamy.
Masę wlewamy do natłuszczonej i wyłożonej krążkiem papieru do pieczenia tortownicy (średnica 19cm) - uważam, że za duża) i pieczemy przez 50-55 minut w temp. 180C.
Upieczony biszkopt studzimy.
Konfiturę mieszamy z sokiem cytrynowym.
Czekoladę, cukier waniliowy i cukier puder podgrzewamy w rondlu na małym ogniu cały czas mieszając. 
Gdy masa będzie gęsta i gładka zdejmujemy rondel z palnika.
Zimny biszkopt przekrajamy na dwa krążki. Każdy z nich smarujemy obficie konfiturą i złączamy razem.
Wierzch i boki ciasta również smarujemy konfiturą i pokrywamy je polewą czekoladową. 
Dekorujemy oszczędnie lub wcale i ostawiamy ciasto do lodówki na kilka godzin, pamiętając o wyjęciu go z lodówki na 2 godziny przed podaniem.


Smacznego!


Wednesday, 17 February 2010

Dawno, dawno temu...

...'chiński cesarz Chen-nung odpoczywał w swoim ogrodzie, a przed nim stał dzban z gorącą wodą do picia. Nagle zerwał się wiatr i wrzucił do dzbana kilka listków z dziko rosnącego drzewa herbacianego. Cesarz spróbował tego napoju, a nowy smak zachwycił go'
 

Herbata zielona (Thea sinesis) jest najstarszym napojem świata i pochodzi z Chin. Można by rzec, że  jest ona siostrą herbaty czarnej – obie pochodzi zresztą z tego samego krzewu, a różnią się jedynie sposobem produkcji. Herbata zielona nie jest poddawana procesowi fermentacji (zachowane zostają jej wartościowe składniki) oraz ma zupełnie inny aromat i barwę niż herbata czarna.
Korzyści jakie przychodzą z pica zielonej herbaty jest wiele i można by je wymieniać bez końca - gorąco polecam Wam ten artykuł, można dowiedzieć się z niego wielu wspaniałych rzeczy.
Herbaty zielonej nie zalewamy od razu po zagotowaniu się wody – woda powinna odstać 5 minut. Jeśli chcemy by herbata nas pobudziła, zaparzamy ją 3 minuty i ani minutę dłużej! Jeśli ma zadziałać odprężająco, parzymy ją od 3 do 8 minut. Pamiętajmy, że należy ją przelać do innego dzbanka, bo napar będzie miał gorzki smak. Te same liście możemy zaparzyć nawet 3-krotnie!
'Arend Vollers, znawca kultury chińskiej twierdzi, że przy pierwszym zaparzaniu otrzymujemy herbatę o dobrym aromacie, przy drugim uzyskujemy dobry smak, a trzecie zaparzanie ofiaruje nam herbatę długiej przyjaźni(...)'
I chociaż wiem, że za oknami większości z Was jest mroźno i biało, to chciałam się z Wami podzielić pysznym napojem, który powstał ot tak. Tutaj też nie jest przyjemnie. Albo pada marznąca mżawka, albo leje tak, że człowiek boi się wyjść z domu!
Moim motywem przewodnim była lemoniada na upalne dni prezentowana przez Anoushkę (Pani dla Ciebie buziak za świetny przepis:*)

Mrożona zielona herbata 

1 szkl wody
1 szkl cukru trzcinowego

2 szklanki wrzątku
3 łyżki liściastej zielonej herbaty (u mnie Thé vert à la vanille z Le Palais des Thés)
2 szklanki zimnej, niegazowanej wody mineralnej
3 duże cytryny
1 limonka
125ml syropu j/w
kilka kostek lodu

Ze szklanki wody i szklanki cukru robimy syrop - wsypujemy cukier do rondla, do którego wlaliśmy wodę, powoli doprowadzamy do wrzenia i gotujemy na średnim ogniu przez 5-7 minut. Z podanych proporcji wyjdzie nam prawie 250ml syropu.
Wrzątek odstawiamy na 5 minut, po czym zalewamy nim liście herbaty. Odstawiamy na 3 minuty. Odcedzamy i czysty napar przelewamy do garnka.
Napar łączymy z wodą mineralną, dodajemy syrop, wciskamy sok z dwóch dużych cytryn mieszamy i chowamy do lodówki na minimum 2 godziny. 
Limonkę i cytrynę kroimy w plasterki. Część z nich dodajemy do dzbanka z herbatą, a część do szklanek. 
Podajemy z kostkami lodu.

Smacznego!


Sunday, 14 February 2010

Dzień dobry...

"...KOCHAM CIĘ, już posmarowałam Tobą chleb"


Nie będę bojkotować Walentynek. Nie będzie tu dziś wyszukanych cytatów, natchnionych przemyśleń i wyegzaltowanych życzeń. Dlaczego? 
A na przykład dlatego, że tradycja ta wywodzi się z XIV- wiecznej Anglii, a ja ponoć jestem ignorantką wobec wszystkiego co angielskie :) Św. Walenty, patron zakochanych, był ponoć chrześcijańskim kapłanem, który, według legendy, za czasów cesarza rzymskiego Klaudiusza II udzielał potajemnie ślubów. Robił to wbrew cesarskiemu edyktowi, zabraniającemu udzielania małżeństw (imperium potrzebowało młodych mężczyzn do zaciągu do wojska) i został za to zamordowany w 270 roku. 
I co z tego, że w sklepach od co najmniej trzech tygodni jest przesłodko różowo? Że na każdym kroku czyhają na nas różowe serca? A może ktoś ten kolor lubi?
I tak sobie myślę, że negując Walentynki musiałabym wyrzec się kawałka siebie. Nie będę przekreślać tego, co kiedyś dostarczało mi tyle emocji. I co z tego, że człowiek dorasta i zaczyna inaczej wartościować swoje życie? Pamiętacie jak byliście nastolatkami? Jak z utęsknieniem czekało się na TEN dzień? Jak bardzo chciało dostać się chociaż jedną walentynkę? Podrzucanie walentynkowych kartek do plecaków, zostawianie ich na wycieraczkach, znajdowanie kwiatów przy drzwiach wejściowych do domu... Jakie to było... niewinne. A ile emocji temu towarzyszyło. I te motyle w brzuchu... Wybaczcie to odważne stwierdzenie, ale mam wrażenie że teraz bycie fajnym jest modne... Trzeba słuchać 'ambitnej muzyki, czytać 'mądre książki' i za nic w świecie nie można się przyznać, że np. Walentynki nie są takie złe...
A może ktoś przeżywa teraz największą miłość swojego życia? Może ktoś właśnie pierwszy raz się zakochał? Dlaczego mamy to wszystko oceniać?
I chociaż z Połówkiem Walentynek nie świętujemy, bo tak naprawdę mamy je przez cały rok w spojrzeniach, splecionych dłoniach, w oczekiwaniu na weekendy, w podarowanym słoiku marmolady, w kromce chleba ukrojonej na śniadanie, w każdej spędzonej razem chwili, to zawsze kupimy sobie nawzajem jakiś mały drobiazg. To przecież taka dobra okazja, żeby się trochę porozpieszczać :)
I chociaż osobiście za Walentynkami nie przepadam, to nie będę się dziś mądrzyć.
Zatem w walentynkowym duchu, choć na przekór różowym sercom, czerwonym ustom i kapiącej od nadmiaru słodyczy mam dla Was piosenkę i zielony przepis.

Przepis to w zasadzie nic nowego bo taki deser pokazywała niedawno Ela. Moją wersję polecam tym, którzy lubią Sake, zieloną herbatę i lubią sobie utrudniać życie :)
Z za wspólne pieczenie dziękuję Edytce co ma cięty jęzor :p

Tiramisu zielone (z podanych proporcji wyszło mi 5 niedużych szklanek deseru)
Kiedyś zobaczyłam piękne zdjęcie tutaj i pomyślałam, że dostosuję przepis do upodobań swoich kubków smakowych

Biszkopt z Matcha

3 jajka
1/2 szkl cukru
1/2 szkl mąki pszennej
2 łyżeczki herbaty w proszku Matcha
5 kropli ekstraktu z migdałów

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 160 st.C.
Mąkę przesiewamy do miski.
Jajka ubijamy z cukrem do białości mikserem na najwyższych obrotach.
Do ubitej masy jajecznej dodajemy ekstrakt z migdałów oraz partiami mąkę i łyżką delikatnie(!) mieszamy całość, sięgając dna miski.
Prostokątną blachę o wymiarach 20x30 cm smarujemy masłem, spód wykładamy papierem do pieczenia i wylewamy do niej masę mączno-jajeczną. Wkładamy do piekarnika i pieczemy 20 minut.
Zostawiamy w piekarniku do przestygnięcia, następnie studzimy na kratce.

Syrop z Matcha
 

½ szkl wody
½ szkl cukru
2 łyżki Sake (u mnie Honjōzō-shu)
1 łyżeczka zielonej herbaty w proszku Matcha

Wodę doprowadzić do wrzenia. Dodać cukier i gotować przez 5 minut do tzw. nitki
Zdjąć z palnika dodać Sake i Matcha.
Dokładnie wymieszać i ostudzić.

Masa Mascarpone


500 g sera Mascarpone
4 żółtka
3 łyżki cukru pudru lub bardzo drobnego cukru do wypieków (ja użyłam golden caster sugar)
3 łyżki Sake
1 łyżeczka zielonej herbaty w proszku Matcha
5 kropli ekstraktu z migdałów

Żółtka ubijamy z cukrem jak najkrócej (dłuższe ubijanie pozwala na przedostanie się większej ilości pęcherzyków powietrza, a to powoduje rozrzedzenie się masy jajecznej).
Stopniowo dodajemy ser Mascarpone i bardzo powoli (ale jak najkrócej) ubijamy całość mikserem na najniższych obrotach.
Dodajemy ekstrakt z migdałów, Sake i Matcha, jeszcze raz mieszamy.

Galaretka

200ml naparu z zielonej herbaty
3 łyżki Sake
1 łyżeczka zielonej herbaty w proszku Matcha
2 łyżki białego cukru
4 listki żelatyny

Listki żelatyny namaczamy w zimnej wodzie tak, by swobodnie pływały.
Zostawiamy na 10 minut.
Po tym czasie dobrze je odciskamy i wkładamy do blaszanej miski.
Miskę ustawiamy na garnku z wrzącą wodą i rozpuszczamy żelatynę (uwaga miska nie może dotykać wody).
W małym rondlu  podgrzewamy zieloną herbatę i cukier.
Gdy cukier rozpuści się, zestawiamy z palnika do ostygnięcia.
Dodajemy Sake i Matcha. Mieszamy.
Całość dodajemy do rozpuszczonej żelatyny dokładnie mieszając. Lekko studzimy.


Wykonanie


Na dno pucharków lub szklanek wlać trochę galaretki. Poczekać, aż zastygnie.
Z biszkoptu wyciąć krążki o średnicy szklanki lub paski (gdy używamy prostokątnego naczynia).
Na zastygniętą galaretkę wyłożyć cienką warstwę masy Mascarpone.
Na nią ułożyć krążek biszkoptu namoczony w syropie.
Na biszkopt wyłożyć znowu masę Mascaropne.
Na to znów biszkopt i znowu masa.
Przykryć folią spożywczą i zostawić na całą noc w lodówce.
Przed podaniem posypać herbatą w proszku Matcha.

Smacznego!


Thursday, 11 February 2010

Inna…

…słodko-kwaśna z odrobiną goryczy

Czasem przychodzą takie dni, kiedy zaszywam się we własnej ciszy. Kiedy każdy dźwięk porusza moje najbardziej ukryte zmysły. Kiedy zaczynam nienawidzić tego, który wynalazł telefon, komputer chowam pod łóżko, a kroki sąsiada z góry bębnią mi w uszach głośniej niż zwykle. I nie ma to związku ze złym humorem, tęsknotą czy jakimikolwiek emocjami. Potrzebuję tylko ciszy i spokoju. I niczego więcej.
Często porządkuję wtedy kuchenne szafki, robię przegląd szafy, pastuję buty lub po prostu chowam się pod koc, obok stawiam kubek z zieloną herbatą lub kakao i ... marzę. Na kartce powstają kolejne projekty mojej wymarzonej kuchni, robię listę potraw ‘do zrobienia’ albo maluję sobie paznokcie tylko po to, by nałożony kolor zaraz zmyć.

Myślę, że każdy ma z nas swoją terapię. Niedawno Delie, do której zaglądam po porcję pięknych słów i myśli,  pisała u siebie o terapii kolorami. Podświadomie i ja to czynię. Dużo ostatnio u mnie ciepłej pomarańczy i intensywnej czerwieni.
Dziś znowu coś czerwonego. Coś na przygotowanie czego wpadłam, gdy po raz kolejny przeglądałam stronę poświęconą mojej wymarzonej kuchence. Jeśli to cudo można nazwać kuchenka - chyba raczej piecem :) Zauważyłam, że jest tam zakładka z przepisami, a w owej zakładce przepis na konfiturę z żurawiny. Przepis trochę jak dla mnie mało udany, ale zainspirował mnie do wymyślenia własnego. Dodam tylko, że pod ręką miałam butelkę półsłodkiego Sherry, którą to nabyłam drogą kupna wracając z pracy przemoczona do suchej nitki.
A w zamrażalniku czekały sobie dwa woreczki mrożonych owoców żurawiny. Dodatkowo znalazła się jedna soczysta pomarańcza, kilka goździków, cala gałka muszkatołowa i pyszny figowy ocet balsamiczny
I tak powstała ta konfitura.
INNA niż znane mi dotychczas.
Pyszna!
Pyszna na kromce chleba, pyszna w parze z dojrzałym serem camembert czy cheddar, pyszna do pieczonego mięsa czy nawet wędliny.
Szybka w przygotowaniu, bo nie trzeba jej pasteryzować – uwierzcie mi nie będzie czekała na zjedzenie dłużej niż miesiąc :)
Pracy z nią niewiele, ale jestem pewna że efekt zaskoczy każdego z Was.
Dziś dostałam z rana esemesa: ‘(...) a na śniadanie rogaliki z żurawiną oraz marmoladą z pomarańczy’. To chyba Mu smakuje, prawda? :) Dla mnie nie ma lepszej rekomendacji!
Oto ona na przekór zimie i pączkom.

Inna konfitura z żurawiny

1 duża pomarańcza
1 szklanka wody
1 szklanka białego cukru
10 goździków*
szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej
700g świeżej lub mrożonej żurawiny
30ml balsamicznego octu figowego
150ml Sherry

Pomarańczę porządnie szorujemy pod ciepłą woda, zesterem** obieramy skórkę, a sok wyciskamy do szklanki (powinniśmy otrzymać około 1/4 szklanki soku). Dodajemy tyle wody by otrzymać pełną szklankę.
W szerokim rondlu o grubym dnie zagotowujemy wodę z sokiem, dodajemy goździki i gałkę muszkatołową. Gotujemy chwilkę.
Dodajemy cukier i mieszamy do całkowitego jego rozpuszczenia (uwaga robimy to na małym ogniu).
Żurawinę płuczemy na sitku (mrożonej nie rozmrażamy), lekko osuszamy i dodajemy do rondla wraz ze skórką z pomarańczy.
Całość doprowadzamy do wrzenia I gotujemy przez 15 minut.
Dodajemy ocet, mieszamy i gotujemy kolejne 15-20 minut.
W tym czasie myjemy trzy słoiki o pojemności szklanki w ciepłej wodzie z płynem, dokładnie płuczemy I suszymy w piekarniku (120C). Trzymamy w cieple.
Sprawdzamy konsystencję konfitury – nie powinna być bardzo płynna, ale nie może być ścięta bo wyjdzie nam galaretka.
Pod koniec dodajemy Sherry i gotujemy jeszcze 5 minut na małym ogniu.
Gorącą konfiturę przekładamy do ciepłych słoików, mocno zakręcamy (przez ściereczkę), stawiamy na zakrętkach i czekamy aż ostygnie.

Smacznego!
*jeśli kogoś drażni zapach goździków może dać ich ciut mniej, ale nie radziłabym ich pomijać bo nadają wspaniały aromat. Można je umieścić w kawałku muślinu, który przed dodaniem żurawiny usuwamy. Można również zrobić moim sposobem - jeśli ktoś goździki lubi może je rozetrzeć w moździerzu i dodać takie sproszkowane do konfitury.
**jeśli ktoś zestera nie ma może skórki pokroić bardzo cienkim nożem pozbywając się białych błonek

Monday, 8 February 2010

Jeden dla Ciebie...

…a jeden dla mnie. Wirtualnie i na żywo, bo czym są dzielące nas kilometry?

Siedzę na parapecie, spoglądam w okno, wspominam, tęsknię.
W ręku trzymam kubek kakao z przepisu Marty Gessler*.
W kuchennej szafie stoją trzy słoiczki marmolady z pomarańczy i dwa słoiczki pysznej konfitury**.
Na oknie wisi Henryk***,a w przedpokoju leży nierozpakowana torba...
Dobrze, że mamy wspomnienia, które magazynujemy i które umiemy przywołać kiedy chcemy.
Dobrze, że wokół nas jest tyle wspaniałych ludzi, którzy są blisko, choć tak daleko.
I chociaż w prawdziwej przyjaźni, koleżeństwie czy miłości nie liczą się kilometry, dobrze że możemy wsiąść w pociąg, autokar czy samolot i odwiedzać się nawzajem.
Bo liczą się chwile spędzone razem.
Te z minionego weekendu, te sprzed dwóch tygodni i wszystkie inne zostaną mi w pamięci na długo.

W piątek przytargałam do pracy walizkę – była lekka chociaż wypchana po brzegi. W walizce kołdra (rozmiar King Size), cztery małe kwadratowe poduszki, komplet pachnącej wiosną pościeli, słoiczek marmolady, słoiczek konfitury, puszka cynamonowej czekolady do picia oraz kuchenne ściereczki. Walizkę zabrałam ze sobą do Londynu, gdzie przez cały weekend oswajałam się z nowym mieszkaniem, w którym od kwietnia przyjdzie mi mieszkać przez kolejne 9 miesięcy. Zrobiliśmy listę zakupów i po kolei odhaczamy kolejne pozycje: kupić dużą lodówkę z zamrażalnikiem, nowy odkurzacz, półki do łazienki, przypilnować naprawy piekarnika...
W międzyczasie polecieć do Szczecina, Wrocławia i Zamościa.
Dużo tego!
Ale damy radę.
A później ... a później wracamy już do domu.

Z Londynu przywiozłam butelkę sake ze sklepu Japan Centre oraz dwie oliwy z mojego ulubionego sklepu Oliviers & Co Niestety przywiozłam też smutną nowinę, bo sklep ten na dniach zostanie zamknięty. Jeszcze jeden dowód na to, że to czego nie można kupić w Sainsbury’s, Tesco czy Waitrose jest ‘fe’ i nie warto się tym zainteresować. A szkoda. Oliwy z tego sklepu są wspaniałe, a np. w Paryżu firma prężnie się rozwija. Wychodzi na to, że wakacje trzeba będzie zaplanować właśnie tam lub Szwajcarii :)

Tęsknię... Poprzedni weekend był nasz. Ten, który właśnie się skończył również. Drugi kubek kakao, słoik marmolady i słoik konfitury dostał Połówek..
Mówił, że pyszne.
I ja się z Nim zgadzam.

A jeśli macie konfiturowy niedosyt, zapraszam Was na wirtualną wycieczkę do bloga wspaniałej, pełnej radości i optymizmu Basi, która, jak się okazało, zrobiła swoją konfiturę dokładnie w ten sam dzień, w który ja zrobiłam swoją. Basiu to chyba jakaś telepatia co? :) Dodam tylko, że Basię było mi dane mi było poznać ‘na żywo’ i pozostaje mi mieć nadzieję, że takich spotkań będzie więcej i więcej!
Ach i najważniejsze! Marmolada nie powstałaby, gdyby nie prezent od przekochanej Felli! Fella dziękuję :*

Marmolada z pomarańczy z whisky i z imbirem
Przepis na marmoladę pochodzi z lutowego wydania magazynu BBC GoodFood i lekko go zmodyfikowałam. W oryginale zabrakło imbiru i whisky, a podana porcja cukru to aż (!) 2 kg. I o ile w przypadku pomarańczy sewilskich, które są gorzkie 2 kg cukru brzmi w miarę sensownie (chociaż dla mnie to i tak zbyt dużo), to przy innych pomarańczach 1kg cukru to zdecydowanie wystarczająca porcja, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że można ją jeszcze zmniejszyć do 700g. Whisky wlałam ‘na oko’ :) Na pewno dodałam 100ml, ale radzę Wam zacząć od porcji mniejszej, spróbować i ewentualnie dolać więcej. Ja smak whisky w takiej marmoladzie lubię i jeśli już alkohol dodaję, to ma być go czuć i kropka.
1 kg pomarańczy (najlepiej sewilskich bo mają dużą zawartość pektyn, mało pestek i są soczyste - ja użyłam Nevado)
1 cytryna (niewoskowana)
1kg cukru
1 kawałek świeżego korzenia imbiru
100-150 ml whisky dobrej jakości

muślin
zester
sznurek
duży garnek z grubym dnem

Pomarańcze porządnie szorujemy pod ciepłą bieżącą wodą i przekrajamy na połówki.
Nad miską wyciskamy z nich sok i zachowujemy go na później.
Metalową łyżeczką wyskrobujemy pestki, błonki i cały miąższ. Zachowujemy.
Kawałek muślinu (30x30cm) wkładamy do oddzielnej miski. Umieszczamy w nim całe ‘wnętrzności’ pomarańczy razem z pestkami.
Umytą cytrynę przekrajamy na pół, wyciskamy z niej sok, który dodajemy do soku wyciśniętego z pomarańczy, a cała resztę przekładamy do muślinu.
Muślin zawiązujemy ciasno sznurkiem.
Skórki z pomarańczy obieramy za pomocą zestera lub dzielimy na trzy kawałki i kroimy ostrym nożem na cienkie paski uprzednio pozbywając się białych skórek.
Do dużego garnka (koniecznie z grubym dnem) umieszczamy muślin z całą zawartością, sok z pomarańczy i cytryny, pokrojone skórki z pomarańczy i 2 litry zimnej wody.
Przykrywamy pokrywką, wstawiamy do lodówki i zostawiamy na całą noc.


Na drugi dzień rondel wraz z całą zawartością stawiamy na palniku i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy na małym ogniu przez około godzinę, aż skórki pomarańczy będą przeźroczyste,a ilość płynu zmniejszy się o 1/3.
Zestawiamy z palnika i zostawiamy do ostygnięcia.
W tym czasie przygotowujemy słoiki – myjemy je w ciepłej wodzie i suszymy w gorącym piekarniku. Trzymamy w cieple.
Muślin wyjmujemy z garnka i (trzymając go nad garnkiem) bardzo dokładnie wyciskamy całą jego zawartość. Nie oszukujemy – właśnie w skórkach, błonkach i pestkach znajdują się naturalne pektyny, bez których marmolada nam się nie zsiądzie. Gdy dobrze wszystko wyciśniemy, muślin opróżniamy, myjemy, suszymy i zostawiamy na przyszłe użycia :)
Do garnka dodajemy cukier oraz starty imbir.
Powoli doprowadzamy do wrzenia, ciągle mieszając, aż cały cukier rozpuści się.
Do zamrażalnika wstawiamy mały talerzyk.
Marmoladę gotujemy na silnym ogniu przez 15 minut (na tym etapie marmolady nie mieszamy) i robimy test na talerzyku (jak na zdjęciu poniżej).Jeśli ktoś ma termometr, marmolada powinna być gotowa przy temperaturze 105C.
Jeśli po 15 minutach nasza marmolada nie jest gotowa, gotujemy ją dalej. Może to zająć nawet do 45 minut.
Gdy marmolada jest już gotowa dodajemy whisky i gotujemy jeszcze przez chwilę.
Gorącą marmoladę przekładamy do ciepłych słoików, zakręcamy, dokręcamy i ustawiamy na zakrętkach do całkowitego ostygnięcia.


Kakao kokosowe
Przepis przeze mnie zmodyfikowany pochodzi z Wysokich obcasów sprzed dwóch tygodni i jest autorstwa Marty Gessler. I ten przepis zmodyfikowałam, bo cztery łyżki cukru to zdecydowanie za dużo na taką porcję mleka. Dałam dwie łyżki i kakao było lekko słodkie – takie w sam raz. Druga moja uwaga, to taka, że rozmieszanie 4 łyżek kakao i 2 łyżek cukru w 100ml wody graniczy z cudem – na wstępie proponuję dodać co najmniej 150ml płynu.

150 ml mleka koziego
400ml mleka kokosowego (1 puszka)
2 łyżki cukru
4 łyżki kakao
ziarnka z jednej laski wanilii

W zimnym mleku kozim rozprowadzamy kakao i cukier.
Mleko kokosowe podgrzewamy powoli w rondlu o grubym dnie.
Dodajemy ziarnka wanilii i mleko kozie z kakao i cukrem.
Podgrzewamy i gotujemy na małym ogniu przez 5 minut.
Przed podaniem lekko spieniamy.
Na zimno smakuje tak samo pysznie jak na ciepło, a nawet lepiej!

Smacznego!

*Wpis powinnam opublikować w sobotę razem z całym Babińcem, ale nie zdążyłam z wpisem przed weekendową wyprawą do Londynu. Dziewczyny mam nadzieję, że mi głowy nie urwiecie :)
** O konfiturze powiem słów kilka w czwartek
***Henryk to prezent od Tili, który niestety nie załapał się na sesję zdjęciową, ale na pewno nadrobi to w najbliższy weekend, bo rwie się do zdjęcia że ho, ho!

Wednesday, 3 February 2010

Na oko...

...to 'chłop w szpitalu umarł'

Mała errata ;) Drodzy czytelnicy, mówiąc o wadze, ważeniu i innych rzeczach miałam na myśli głównie pieczenia chleba, biszkoptu czy ciast drożdżowych itepe itede. Przecież wiadomo, że nikt do zupy nie będzie odmierzał 10g soli. 
Relax, take it easy! :)



Tak mawiał mój ukochany Dziadek i chociaż to stwierdzenie niektórym wydaję się śmieszne, jest ono bardzo życiowe. Naprawdę :) Próbowaliście kiedyś upiec biszkopt ‘na oko’? Czy raczej odmierzacie składniki? A co z dosoleniem zupy? Też ‘na oko’? Nie sądzę :) Przykłady można by mnożyć i o ile jajecznicę na oko usmażycie, o tyle chleba tak nie upieczecie.
Albo inaczej - owszem upieczecie, ale zamiast sprężystego i podziurawionego miąższu otrzymacie coś na kształt zbitego gniotka, a zamiast ciabatty wyjdzie Wam bagietka.

Żeby upiec chleb wystarczą tak naprawdę cztery składniki. Odrobina chęci i czasu, szacunek do tych od których się piec uczymy (bo przecież żeby dogonić wiedzą prawdziwych Mistrzów potrzeba nam minimum 15 lat ciągłego wypiekania domowego pieczywa), trochę dystansu do swoich umiejętności (bo przecież człowiek uczy się przez całe życie) oraz dobra waga kuchenna (niekoniecznie elektroniczna chociaż taka odmierza składniki najdokładniej). Sukces gwarantowany!

Chęć i czas znajdą się zawsze. Uwierzcie mi :) Gorzej z tym szacunkiem i dystansem, ale zakładam że to umiejętność której można się ewentualnie nauczyć. Czemu szacunek? Bo myślę, że należy się on każdemu, od kogo czerpiemy wiedzę. Czemu dystans? Bo nie ma nikogo, kto przez rok, dwa, trzy czy pięć lat nauczy się wszystkiego od A do Z. A czemu waga? Bo na oko to już napisałam co można zrobić :) Ja będę uparcie wtórować Mistrzom, którzy w dziedzinie chleba mają najwięcej do powiedzenia – składniki na chleb muszą być odmierzone.No chyba że ktoś uważa, że jest tak świetnym piekarzem jak np. Dan Lepard czy Jeffrey Hamelman, ale przed nami droga daleka...

Pierwszą lekcję z naszej Weekendowej Piekarni po godzinach ominęłam - trochę celowo i trochę nie.
W drugiej postanowiłam uczestniczyć choćby się paliło i waliło. I oto upiekłam. Pyszne bułki owsiane. Cudownie miękkie i chrupiące. Sprężysty miąższ, pięknie podziurkowany dzięki nocnemu leżakowaniu w lodówce. Jeśli ktoś jeszcze nie piekł serdecznie zapraszam. Warto.


Drugi wypiek to chleb ukraiński z piekarni Ali, której przewodniczy Olciaky (co mi się zawsze myli z Olcik, a to jedna i ta sama osóbka :)). To już 60-ty odcinek! Dacie wiarę?? Pierwszy chleb który upiekłam w sobotę powędrował z Połówkiem do Londynu. Wczoraj w nocy upiekłam drugi, lekko przypieczony (wczoraj wstawiłam go do pieca, nastawiłam timer, przysnęłam, a potem dzikim pędem zerwałam się na równe nogi żeby chleb ratować), ale tak samo smaczny jak ten sobotni. A nawet lepszy bo ma bardziej chrupiącą skórkę (sorry Połówku :p)

A w domu tak ładnie pachnie chlebem. Jak w piekarni. Uwielbiam te momenty. Takie moje małe magiczne chwile.

Mam taką małą radę - jeśli ciasto będzie bardzo lepkie ( a będzie :)), zostawcie je na 15 minut na blacie, krótko wyróbcie, potem znowu zostawcie, wyróbcie, zostawcie i naprawdę zobaczycie różnicę - przestanie się lepić. Pod żadnym pozorem nie dodawajcie mąki (a już na pewno nie róbcie tego na czuja), bo bardzo łatwo zepsuć strukturę ciasta.
To chyba tyle :)


Bułki owsiane
Przepis pochodzi z książki J. Hamelmana "Bread" p. 234

375g białej pszennej mąki chlebowej
125g mąki pszennej razowej (100%)
83g płatków owsianych
313g wody (o temp. 24C)
50g mleka
33g płynnego miodu
33g oleju roślinnego
11g soli
1 1/2 łyżeczki drożdży instant

Płatki owsiane zalać ciepłą wodą i zostawić na 20 minut. Gdy zmiękną, dają się łatwo rozgnieść pomiędzy palcami. Do płatków dodać resztę składników i wszystko dokładnie wymieszać. Następnie zagnieść średnio luźne ciasto, delikatnie lepkie od miodu.
Miskę z ciastem zakryć folią, zostawić na 45 min na kuchennym stole, po czym włożyć ją na noc do lodówki (4C). Pobyt w chłodzie pozwala ciastu wzbogacić smak jak również przedłużyć późniejsze przechowywanie pieczywa. Zimne ciasto kilkakrotnie odgazowywać w trakcie wyrastania (pierwsze kilka godzin).
Następnego dnia, po ogrzaniu (1-2 godz. w temperaturze pokojowej) podzielić ciasto na 12 równych części (86g), lekko ukształtować, ułożyć zlepieniami w górę, zakryć i zostawić na 20 minut. Uformować sprężyste bułeczki, wierzchy maczać w wodzie, a następnie w rozsypanych na tacy płatkach owsianych. Ułożyć na blasze.
Zostawić do wyrośnięcia na 1 - 1 1/2 godziny w 24C (ciasto powinni podwoić swoją objętość)
Piec w 240C przez 15 minut, zmniejszyć temperaturę do 220C i dopiekać jeszcze 10-15 minut.
Można również z ciasta upiec dwa średnie bochenki (w foremkach lub free-style) - procedura jak wyżej, jedynie wydłużyć czas pieczenia.





Chleb ukraiński
Przepis pochodzi z blogu Tatter

Zaczyn zakwasowy

80g zakwasu żytniego razowego 150% (coś więcej o hydracji )
110g maki żytniej średniej (sitkowej)
80g wody

Wszystkie składniki wymieszać dokładnie i zostawić na 4 godziny w 32C (ja zostawiłam na 10 godzin w temp 18C).

Ciasto właściwe

285g zaczynu
150g wody
20g białej pszennej mąki chlebowej (tyle miałam)
180g mąki pszennej razowej
50g mąki gryczanej
6g soli

Zagnieść luźne i lepkie ciasto (Tatter poleca metode Bertineta ). 
Gdy gluten będzie dobrze rozwinięty ciasto należy włożyć do naoliwionej miski i zostawić do wyrośnięcia na 1 1/2 godziny w 25C. 
Następnie podzielić ciasto na dwie części, a następnie każdy kawałek rozłożyć na naoliwionym blacie w cienki prostokąt i naoliwionymi (lub mokrymi) rękoma zwinąć w rulon. 
Włożyć do przygotowanych blaszek i zostawić do wyrośnięcia na 60 - 90 minut. 
W tym czasie rozgrzać piec do 260C (maksymalna moc pieca). 
Wyrośnięte bochenki spryskać wodą i wsunąć do pieca. Piec 20 min w 260C, 20 minut w 240 i ok 20 minut w 220C.
Wyjąć z pieca , blaszek i wystudzić . 

Smacznego!

Tuesday, 2 February 2010

Weekendowa Cukiernia...

...podsumowanie, zaproszenie i się pochwalenie


Muszę dodać na wstępie, że wydłużenie Weekendowej Cukierni z dwóch tygodni na cały miesiąc to była bardzo dobra decyzja i cieszę się, że w końcu ją podjęłam. Mi się odetchnęło z ulgą, że co dwa tygodnie nie muszę wklepywać podsumowanie i pewnie Wam, że nie musicie co dwa tygodnie piec na akord :)
Decyzję taką podjęłam wraz z końcem roku 2009, a wraz z początkiem roku kolejnego weszła ona w życie (Peggy, a spiszesz mi Kochaniutka akt jakiś może?:))
Pierwszą edycję, iście noworoczną powierzyłam Goś, która prowadzi wspaniały blog Sweet Art. Goś okazała się być wspaniałą Gospodynią i zaproponowała nam aż trzy przepisy (normalnie zawrót głowy!), które możecie zobaczyć tutaj. Jestem z tej naszej edycji styczniowej bardzo zadowolona. Bardzo!
Muszę jednak z przykrością stwierdzić, że wciąż wiele z Was zapomina o podesłaniu mi linku(ów) do swoich wypieków. Czasu dużo nie potrzeba, a i mi i Wam byłoby milej, gdybym w podsumowaniu uwzględniła wszystkich. Niestety praca i moje weekendowe wyjazdy do Londynu nie pozwalają mi na 24-godzinne śledzenie Waszych wpisów. Więc uprzedzam, jeśli kogoś pominęłam to teraz jest ostatnia szansa, żebym Was dopisała. Proszę wyślijcie mi linki do Waszego wpisu na zawszepolka@gazeta.pl inaczej nie będę wiedziała, że w WC #20 udział wzięliście. I o!

Jednocześnie mam zaszczyt zaprosić wszystkich na kolejne wydanie WC (lutowe), które prowadzi dla Nas Olcik i Jej Internetowa Kawiarenka i to właśnie do Niej zapraszam po wszystkie szczegóły :)

A w wydaniu Weekendowej Cukierni (styczeń 2010, odcinek 20-ty) udział wzięły:

Jukejka i Jej blog Matka Polka w angielskiej kuchni
Polka czyli ja (poniżej)


W temacie ciasta marchewkowego (bo zdecydowałam się właśnie na tą propozycję Goś) rzeknę słówko od siebie. Mam taką przypadłość, którą odziedziczyłam po swojej Mamie - jak mam jakiś wypracowany sposób przygotowania potrawy, to raczej się go trzymam. Tak też jest z ciastem marchewkowym. Upiekłam ich dużo i znalazłam swój ulubiony sposób wykonania tego ciasta. Przyznam, że przerażały mnie proporcje składników podanych przez Goś (400g marchewki na 250g mąki - zazwyczaj przepisy podają użycie 200g marchewki na 225g mąki), ale zdecydowałam się pójść na całość pozostając przy swoim sposobie wykonania. Muszę przyznać, że Goś trafiła idealnie - ciasto jest wilgotne i dosłownie rozpływa się w ustach!
Goś dziękuję za wspaniałą inspirację :* Ja od siebie dodałam parę składników, które nierozerwalnie współgrają z marchewkowym. Mam nadzieję, że mi to wydanie WC zaliczysz :)

Ciasto marchewkowe

100g rodzynek sułtanek
6 łyżek dowolnego alkoholu (ja użyłam Żubrówki)

4 jajka
200ml oleju
200g cukru
100g orzechów włoskich, posiekanych
400g marchewki startej na tarce do jarzyn (duże oczka)
2 łyżeczki ekstraktu z migdałów
skórka otarta z 1 cytryny*

250g mąki
2 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka mielonego imbiru
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia (ja mam takie małe łyżeczki, jajowate z Ikea)
1/2 łyżeczki sody
1 łyżeczka soli 

Masa 
200g masła, o temperaturze pokojowej
50g cukru pudru
300g sera Mascarpone
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
skórka otarta z 1 cytryny*

W małym rondlu (najlepiej takim z grubym dnem) zalewamy rodzynki alkoholem, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy na małym ogniu, aż wchłoną alkohol.
Studzimy, wkładamy do lodówki i zostawiamy na całą noc.

Na drugi dzień nagrzewamy piekarnik do 180C (wiatrak 160C).
Formę o średnicy 22cm smarujemy masłem i wykładamy krążkiem papieru do pieczenia.
Jajka ubijamy z cukrem na puszystą masę, pod koniec ubijania dodajemy olej w czterech częściach.
Do masy dodajemy startą marchew, posiekane orzechy, ekstrakt z migdałów i skórkę otartą z cytryny.
Mąkę przesiewamy do miski razem z proszkiem do pieczenia i sodą.
Dodajemy sól, cynamon, imbir i mieszamy.
Suche składniki łączymy z mokrymi i mieszamy krótko, ale dokładnie.
Ciasto przekładamy do formy i pieczemy przez około 1 godzinę (robimy test drewnianym patyczkiem**).

W tym czasie przygotowujemy masę.
Masło ubijamy na puch z cukrem pudrem.
Partiami dodajemy Mascarpone i mieszamy łyżką.
Dodajemy ekstrakt z migdałów i skórkę otartą z cytryny.

Po upieczeniu ciasto studzimy, przekrajamy na pół i przekładamy masą.
Smarujemy masą także wierch i boki ciasta.

Smacznego!

PS I co z tego, że masa nie była równo rozsmarowana jak ciasto i tak było przepyszne :)


*Idealnie byłoby użyć cytryn z niewoskowaną skórką. Są one dwa razy droższe niż zwykłe cytryny, ale przynajmniej mamy pewność, że nie jemy świństwa. Jeśli ktoś nie ma dostępu do takich cytryn lub nie może sobie na nie pozwolić, niech porządnie wyszoruje zwykłe cytryny.

**Ciasto nakłuwamy długim drewnianym patyczkiem (jak do szaszłyków) w kilku miejscach - jeśli wyjęty patyczek będzie suchy ciasto jest upieczone.