Thursday, 20 May 2010

Wegetariański obiad, wspólne gotowanie z Alą i kofty (keftedes)


Bo czasami bywa tak, że człowiek nasiąka złymi myślami jak gąbka. Głowa pęka w szwach i nie pomaga nawet zapach świeżo zaparzonej kawy.Nic nie smakuje tak jak zawsze, nic nie wygląda tak jak zawsze. Ale można szybko odpalić skype i od razu wraca chęć do życia.
Jestem mięsożerna - to muszę przyznać. Kłamstwem byłoby napisanie, że nie lubię mięsa. Okay jestem wybredna i lubię tylko wybrane jego gatunki. Ale bywa i tak, że mięso mi śmierdzi (i to nie dlatego, że jest zepsute) i wtedy kolejny raz mówię sobie, że przejdę na dietę bezmięsną. Wiecie czego zazdroszczę wegetarianom? Pomysłowości i różnorodności. I nigdy w życiu nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że kuchnia bezmięsna jest nudna i nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Ma i to bardzo dużo.
Dzisiejszy przepis pochodzi z książki 'The modern vegetarian' (autorką jest Maria Elia) i przypomniałam sobie o nim jak tylko zobaczyłam te kofty u Quinoamatorki. Oczywiście Quinoa przepis od mnie dostała (liczę że na dniach podzieli się wrażeniami) oraz dostała go również Alcia. I dzisiaj razem z Alcią zapraszamy na pyszny vege-obiad.
Dodam tylko, że kofty (w Syrii) to dokładnie to samo co keftedes (w Grecji), a u nas to po prostu kulki mięsne (klopsiki/pulpeciki).
Oryginalny przepis troszkę zmieniłam - nie dodałam mąki do samej masy i zmniejszyłam ilość bułki tartej. Zwiększyłam natomiast ilość jajek do dwóch. Gotowe kulki włożyłam do pojemnika, przykryłam, zostawiłam na noc w lodówce i smażyłam na drugi dzień. Brak mąki w masie dał się we znaki podczas smażenia - kulki nie trzymały swojej formy i produktem końcowym było 12 pysznych ostrosłupów.  Ale w zamian za to byłam dumna, że ograniczyłam ilość węglowodanów w samych koftach. Wymyśliłam sobie również, że MUSZĘ podać kofty z kulkami z ryżu. Niestety jedyny ryż jaki miałam w domu to ryż jaśminowy - nie chciał się kleić, ale sobie poradziłam. Zgodnie z sugestią zrobiłam również tatziki z buraczkami  - do swojego ulubionego tatziki dodałam dwa ugotowane i starte buraczki, dużo czosnku i soku z cytryny. Niebo w gębie! Naprawdę polecam.

Wegetariańskie kofty (keftedes) z buraków
12 kulek

200g ugotowanych buraków
2 szczypiory
50g parmezanu
50g sera feta
3 ząbki czosnku
2 łyżki posiekanego koperku
1 łyżka posiekanych lisków mięty
1 łyżka posiekanej natki pietruszki
2 jajka lekko ubite
60g bułki tartej (około 3 czubatych łyżek)
1 cytryna
1 łyżeczka ulubionej przyprawy*
szczypta suszonych płatków chilli
mąka z ciecierzycy do obtoczenia koft
olej do smażenia

Buraczki ścieramy ta tarce do jarzyn (duże oczka).
Parmezan i fetę ścieramy również na tarce, ale na małych oczkach.
Szczypiorek bardzo cienko kroimy.
Czosnek przepuszczamy przez praskę.
W misce mieszamy starte buraczki, starte oba sery, pokrojony szczypior i czosnek.
Dodajemy koperek, miętę i nać pietruszki i dokładnie mieszamy.
Dodajemy jajka i bułkę tartą, mieszamy.
Wciskamy sok z cytryny i dodajemy przyprawy, po czym całość mieszamy.
Masę wkładamy na godzinę do lodówki.
Formujemy kulki, wkładamy je do pojemnika, przykrywamy i zostawiamy w lodówce na całą noc.
Na patelni rozgrzewamy tłuszcz.
Każdą koftę obtaczamy w mące i smażymy partiami przez 2-3 minuty, aż będą rumiane z każdej strony.

*moja ulubiona przyprawa do mięs (i jak się okazuje nie tylko)
1 łyżeczka ziaren czarnego pieprzu
1 łyżeczka ziaren pieprzu syczuańskiego
1/2 łyżeczki ziaren ziela angielskiego
1/2 łyżeczki ziaren jałowca
1/2 łyżeczki ziaren kminku
1 duży liść laurowy
Wszytko ucieram w moździerzu (można zmielić w młynku) i trzymam w szczelnie zakręconym słoiczku

Tatziki z burakami

1 duży zielony ogórek
1 duży jogurt grecki
6 ząbków czosnku
pęczek koperku
sok i skórka z 1 cytryny
szczypta ziaren kminku
pieprz
sól
2 ugotowane buraczki starte na tarce do jarzyn (drobne oczka)

Ogórek obieramy (ja nie obieram bo mi się nie chce),  ścieramy na tarce do jarzyn (duże oczka), solimy i dostawiamy na godzinę.
Odciskamy. 
Jogurt mieszamy z czosnkiem przeciśniętym przez praskę, dodajemy odciśnięte ogórki, posiekany koperek, pieprz, sok i skórkę z cytryny, kminek i buraczki.
Odstawiamy na minimum godzinę do lodówki. 


Kulki z ryżu
10 kulek

pół kubka ryżu jaśminowego
kubek wody
sól
szczypta nitek szafranu
szczypta kurkumy
1 jajko

Ryż płuczemy na sicie.
W garnku zagotowujemy kubek wody i dodajemy sól oraz szafran i kurkumę (dla koloru).
Wsypujemy ryż i gotujemy do momentu, aż wchłonie on wodę.
Wbijamy jajko, szybko mieszamy i zestawiamy z palnika, gdy jajko zacznie się ścinać.
Chwilę studzimy i rękami formujemy kulki.

Smacznego!

Tuesday, 18 May 2010

Placuszki (pankejki, pancakes) śniadaniowe i konfitura z rabarbaru z kandyzowaną pigwą


Dzisiaj porozmawiałam chwilę z Alą i Ala powiedziała takie piękne, acz smutne zdanie 'biedna Polska znowu będzie biedniejsza'. Czytam wiadomości, słucham radia i nie wierzę w to co widzę i słyszę. Smutno, okropnie smutno i słowa odpowiednie trudno znaleźć (to w kontekście powodzi, Peggy :*).

Jeszcze przez chwilę będzie monotematycznie, choć nie lubię powtarzalności, a zdecydowanie nie lubię jej w kuchni, bo prowadzi do monotonii. A stąd już tylko o krok do kulinarnej nudy. Dlatego jeśli jem na śniadanie kanapki to staram się by każdego dnia w tygodniu miały inny dodatek, ‘pancakes’ jem raz na dwa tygodnie, a naleśniki traktuję jako bezwzględny luksus.
Wiem, że przepisów na placuszki (pancakes, pankejki) jest w sieci setki, a wujek google zapytany o pomoc wskaże drogę do konkretnego przepisu. Nie wiem natomiast jak się stało, że nigdy się z Wami przepisem na swoje ulubione placki nie podzieliłam. W zasadzie żadna nowość – każdy kto je chociaż raz zrobił zna proporcje składników, których kombinacja może być właściwie dowolna. Nie oszukujmy się. Żadna to nowość i wszystkie prezentowane w sieci czy na blogach przepisy mają swoje oryginalne źródło pochodzenia, tylko jedni się do tego przyznają, a inni nie.
Placki w dzisiejszej kombinacji usmażyłam pierwszy raz w dzień, kiedy z Moniką piekłyśmy nasze drożdżowe ciasto, a drugi raz kiedy Monika zrobiła u siebie na blogu wpis o placuszkach od Pani Nigelli Lawson. Publikacji się nie doczekały, aż do dzisiaj kiedy o w ciągu dnia zajrzałam do Monik, by otulić się ciepłem płynącym z Jej bloga.
Ponieważ dotarł do mnie malutki pakuneczek od pewnej Młodej Damy (Mihrunniso dziękuję – sprawiłaś mi wielką radość :*) zawierający kandyzowaną pigwę, chciałam ją wykorzystać i zrobiłam szybką konfiturę, która wspaniale pasuje do wszelkich małych placuszków. Świetnie pasowałby również jakikolwiek dżem (niezbyt słodki), miód, syrop klonowy czy dowolny syrop (bardzo smaczny jest syrop z daktyli czy orzechów laskowych).
Placuszki usmażyłam bez tłuszczu na żeliwnej patelni do naleśników i muszę powiedzieć, ze są o wiele lepsze w smaku – bardziej puszyste bo nie nasiąknięte olejem czy masłem. Do takich placuszków można dodać dowolne owoce (do samego ciasta) lub już usmażone owocami ozdobić i podać z kleksem bitej śmietany. Można użyć dowolnej mąki (pamiętając, że mąka razowa wymaga większej ilości płynu niż pszenna) i dowolnego mleka (na przykład kokosowego) czy jogurtu (naturalny, grecki, kozi, sojowy, ryżowy). Wszystko zależy od tego co lubimy i w jakich proporcjach.

Szybka konfitura z rabarbaru (do ciast, placuszków, racuchów i naleśników)

400g rabarbaru
2 łyżki kandyzowanej pigwy (lub 2 łyżki kandyzowanej skórki z pomarańczy)
2 łyżki cukru
1 laska wanilii
skórka otarta z 1 pomarańczy
sok wyciśnięty z 1 pomarańczy
100ml whisky (lub dowolnego, mocnego alkoholu wedle gustu)

Rabarbar kroimy na małe kawałki (ok. 2cm) i dokładnie mieszamy z pigwą (lub 2 łyżkami  kandyzowanej skórki) i skórką otartą z pomarańczy.
Na dużej patelni z cukru robimy karmel, wciskamy sok z pomarańczy i dokładnie mieszamy.
Dodajemy owoce ze skórką i ziarenka wanilii oraz pustą ‘łupinkę’ i smażymy, aż rabarbar zacznie się rozpadać.
Podlewamy alkoholem i smażymy jeszcze chwilkę, aż 1/3 jego objętości odparuje.
Studzimy.

UWAGA Konfitura jest lekko kwaśna, można pod koniec gotowania dodać więcej cukru według uznania

Placuszki (pancakes) z konfiturą z rabarbaru
Na podstawie przepisu z blogu Moniki Na grabinie 

Poniżej przepis z moimi modyfikacjami

Mieszanka na placki

600g mąki (u mnie 200g mąki gryczanej, 200g mąki orkiszowej, 100g mąki z ciecierzycy, 100g mąki pszennej razowej)
3 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka mielonego imbiru
6 łyżek jasnego brązowego cukru

Składniki mieszanki wymieszać razem i trzymać w zamkniętym pojemniku. 

Sposób przyrządzenia placków (porcja dla dwóch Zawszepolek lub jednego Połówka - wychodzi 6 placuszków)

100 g mieszanki j/w
1 jajko (białko oddzielone od żółtka)
50 ml jogurtu sojowego (lub maślanki)
50 ml mleka sojowego (lub dowolnego mleka)
1 łyżka delikatnego oleju (dobrze sprawdza się migdałowy lub z orzechów włoskich) (lub 2 łyżki roztopionego masła)
skórka otarta z połowy cytryny
sok wyciśnięty z 1/4 cytryny
kilka kropel ekstraktu z migdałów (lub aromatu migdałowego)

Białko ubić z sokiem z cytryny i szczyptą soli.
Żółtko ubić z jogurtem, mlekiem i olejem lub masłem.
Do 100g mieszkanki dodać ubite żółtka, skórkę i sok z cytryny, ekstrakt z migdałów i wymieszać.
Do masy dodać 1/3 ubitych białek, delikatnie wymieszać, dodać pozostałe białka i delikatnie wymieszać całość.
Smażyć małe placuszki na żeliwnej patelni bez dodatku tłuszczu.
Podawać ciepłe z konfiturą.

Smacznego!

PS A jeśli troszkę konfitury nam zostanie, to możemy podać ją z naszym ulubionym, niesłodzonym jogurtem  :)



Wednesday, 12 May 2010

Winny kompot z rabarbaru



Jestem ciekawa jakie są Wasze smaki dzieciństwa? Jestem pewna, że macie swoje ulubione.
Kiedy czytam wpisy na różnych blogach z nieukrywaną radością widzę, jak często wiele z nas powraca czy to wspomnieniami czy smakami do tych czasów, kiedy czuliśmy się beztrosko, kiedy z utęsknieniem czekaliśmy na wakacje i kiedy największym marzeniem było zjedzenie zimnych lodów w zimie (najlepiej przyniesionych przez Rodziców w ‘ruskim’ termosie do lodów prosto z najlepszej lodziarni w mieście), wypicie czerwonego picia w woreczku czy wybłaganie Mamy by pozwoliła pobawić się na dworze dłużej niż do 21-tej.
Piękne to były czasy, kiedy dzieciom do szczęścia nie były potrzebne telefony komórkowe, odtwarzacze mp3, a rower górski był rzeczą tak odległą, że aż prawie niemożliwą do posiadania.
Ze smutkiem obserwuję natomiast, jak obecnie wyznacznikiem dobrego samopoczucia większości maluchów jest posiadanie wszystkich najnowszych cudów techniki począwszy od grająco-śpiewających zabawek po ‘wypasiony’ komputer. A gdzie granie w gumę, kwadraty czy karciane makao? Chciałoby się machnąć ręką i zapytać się w duchu ‘dokąd ten współczesny świat zmierza?’.
Kiedyś zarzucono mi, że jestem staroświecka i nie idę z duchem nowoczesności, bo pełno tutaj na blogu przepisów kuchni polskiej (czy to z książek czy z zeszytu mojej Mamy), która (cytuję): 'ocieka tłuszczem i jest niezdrowa’. Bzdura. Wystarczy odrobina inwencji i nasze (staro)polskie potrawy zamienią się w najlepszą dla podniebienia ucztę. Szkoda, że ta nasza polska kuchnia została odsunięta w cień przez kuchnie świata, które (nie ukrywam) są interesujące, ale przecież nie są nasze. A kto inny będzie bronił naszej tradycji jak nie my sami?
Powiało trochę patriotyzmem, wybaczcie, to chyba przez zbliżające się wybory, o których myślę z nieukrywaną trwogą...


Kompot z rabarbaru to napój, który pojawiał się u nas w rodzinie wraz z nadejściem sezonu na rabarbar na działce mojej Mamy. Podejrzewam, że każdy z nas ma swój ulubiony przepis wyniesiony z domu rodzinnego. Dla mnie kompoty to najsmaczniejszy napój, którego nie zastąpi nawet najlepszej jakości kupny sok z kartonu – wspaniale gasi pragnienie, ma dużo witamin i przede wszystkim wiemy, z czego został zrobiony. Fajną rzeczą w kompotach jest to, że można go pić zarówno na ciepło (np. w zimie) lub na zimno podany z kostkami lodu. Kombinacja owoców jest właściwie dowolna co dodatkowo podkreśla jego uniwersalność i ponadczasowość. Kompot wspaniale przetrzymuje zimę – wystarczy zlać ciepły do dużych, umytych i osuszonych w piecu słoików, szczelnie zakręcić i chwilę pasteryzować, a potem przez zimę możemy cieszyć się wspaniałym smakiem wiosennych i letnich owoców. Do swojego kompotu dodałam parę łyżek różowego wina – jeśli kompot będziemy podawać dzieciom można śmiało ten krok pominąć. Jeśli chcemy by kompot miał różowy kolor lepiej użyć nierafinowanego cukru trzcinowego demerara i czerwonych łodyg rabarbaru, których nie obieramy (pamiętając by je porządnie umyć pod bieżącą wodą) oraz dobrze jest kompot gotować krótko i odstawić do lodówki na co najmniej 2 godziny przed podaniem, by nabrał mocy i koloru. Ilość cukru zależy od tego czy lubimy kompot mniej czy bardziej słodki. My piliśmy kompot mocno schłodzony z kostkami lodu i plasterkami cytrusów oraz listkami świeżej mięty. Polecam!


Winny kompot z rabarbaru

1 pęczek rabarbaru ( o wadze do 550g)
1.5 l wody
4-5 łyżek cukru Deremara (lub dowolnego cukru)
1 pęczek świeżej mięty
2 limonki
2 cytryny
1 mały kawałek kory cynamonowej
3-4 goździki
ziarenka wydłubane z dwóch owoców zielonego kardamonu
8 łyżek słodkiego różowego wina*
kostki lodu

W dużym garnku zagotowujemy wodę, a gdy zacznie wrzeć dodajemy ¾ pęczka mięty, skórkę otartą z dwóch cytryn, cynamon, goździki i kardamon.
Gotujemy 5 minut.
Rabarbar kroimy na kawałki (2-3 cm) i dodajemy do wody z przyprawami. Słodzimy cukrem.
Gotujemy maksymalnie 10 minut, wciskamy sok z dwóch cytryn i odstawiamy na  minimum 2 godziny do ostygnięcia, a później do lodówki ( w tym czasie rabarbar kompot nabierze koloru i mocy).
Następnie kompot przecedzamy przez gęste sito i przecieramy przez nie ugotowany rabarbar tak by wycisnąć z niego jak najwięcej soków.
Do przecedzonego kompotu dodajemy 8 łyżek różowego wina (lub więcej).
Podajemy z plasterkami cytrusów, kostkami lodu i listkami świeżej mięty.

Smacznego!

* ilość wina można dowolnie zmienić pamiętając, ze produktem końcowym ma być kompot  z rabarbaru z dodatkiem różowego wina, a nie różowe wino z dodatkiem kompotu z rabarbaru :)




Monday, 10 May 2010

Mocno wytrawne ciasto ze szparagami


Zawsze kiedy przychodzi sezon na szparagi, staram się kupować ich jak najwięcej. Tak jakby miały się zaraz skończyć i jakby ich już nigdy miało nie być.
Głupie to myślenie, bo po kilku dniach człowiek ma po prostu dość i czuje przesyt.
Po pierwszych kilku dniach jedzenia szparagów na śniadanie (z jajkiem ugotowanym na miękko, z jajkiem w koszulce, z szynką parmeńską, polane masłem, oliwą itp.) czy na podwieczorek pod postacią przeróżnych sałatek powiedziałam STOP i dopiero w sobotni wieczór do szparagów powróciłam. A wszystko za sprawą przepisu znalezionego w w zeszłym roku w magazynie BBC Good Food. Nie wiem co właściwie skusiło mnie do jego wypróbowania. Na pierwszy rzut oka jedyne co mi przyszło do głowy to jedna myśl – przecież to nie może dobrze smakować!
Suszone pomidory, za którymi nie przepadam, szparagi, czarne oliwki – zupełnie nie mogłam połączyć tych smaków ze sobą. Jedyny składnik, który na korzyść przepisu przemawiał to mój ukochany ser Gruyère.
Upiekłam.
Za szybko wyjęłam z pieca.
Wystudziłam przez noc.
Zjedliśmy na drugi dzień z boćwiną na ciepło.
Od wczoraj jestem fanką suszonych pomidorów.
Od wczoraj zjadłam trzy kawałki.
Od wczoraj kupiłam kolejne trzy pęczki szparagów.
Podobnie jak Kikki mam problem z nazwaniem tego ciasta. Dla mnie jest to po prostu ciasto wytrawne, Kikki u siebie nazywa podobne keksem, w przepisie po prostu dano mu nazwę loaf (cwaniaki). Do przepisu dodałam od siebie garść przypraw i proponuję podwoić ilość listków tymianku. Przyznam szczerze, że ciasto wyszło przepyszne chociaż brakowało mi jakiegoś smaku. Pisząc ten post pomyślałam, że dobrze by było dodać ze 2 ząbki czosnku i odrobinę białego pieprzu. I tak zrobię następnym razem, bo na pewno upiekę to ciasto w przyszłości. Ostatnio przeżywam fascynację białą mąką orkiszową, której ziarno zawiera więcej białka niż ziarno pszenicy zwyczajnej oraz ma lepiej przyswajalny gluten, z którym ostatnio jestem na nie. W oryginalnym przepisie użyto mąki pszennej self-rising (z dodatkiem środków spulchniających), ale ja jej nie lubię i nie używam, dlatego zastąpiłam ją białą mąką orkiszową, której zrobiłam solidny zapas – w Manczesterze nigdy nie udało mi się jej kupić, a tutaj dostałam ją w sklepie Whole Foods. Ciasto przyjemnie pachnie podczas pieczenia i poprzez dodatek sera zachowuje długo świeżość. Polecam je wszystkim, którzy mają ochotę na chwilę zapomnienia z kieliszkiem dobrego wina lub kubkiem gorącego czerwonego barszczu.


Wytrawne ciasto ze szparagami, oliwkami i suszonymi pomidorami
Źródło: BBC Good Food Magazine (May 2009)

Użyłam blaszki o wymiarach:
spód - długość 22 cm, szerokość 8 cm
góra - długość 24 cm, szerokość 10 cm
głębokość - 7 cm

100ml oliwy z oliwek
1 pęczek szparagów (250g)
200g białej mąki orkiszowej (lub dowolnej)
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka listków świeżego tymianku
3 duże jajka, lekko ubite
100ml mleka (u mnie sojowe)
100g czarnych oliwek bez pestek
100g suszonych pomidorów w zalewie
150g sera Gruyère (lub innego o podobnym smaku)
1 płaska łyżeczka wędzonej soli (lub zwykłej)
½ łyżeczki czarnego pieprzu
szczypta suszonych płatków chilli

Piekarnik nagrzewamy do 190stC (termoobieg – 170stC, piekarnik gazowy – poziom 5).
Blaszkę smarujemy delikatnie masłem lub oliwą i posypujemy bułką tartą.
Szparagi gotujemy w osolonym wrzątku przez 2 minuty, odcedzamy, przelewamy zimną wodą i osuszamy na papierowym ręczniku. Dzielimy każdy na 3 części.
Pomidory odcedzamy i kroimy na wąskie paski.
Oliwki odcedzamy z zalewy i osuszamy.
Ser ścieramy na tarce do jarzyn (grube oczka).
Do dużej miski przesiewamy mąkę i proszek do pieczenia. Dodajemy przyprawy i listki tymianku.
Do ubitych jajek dodajemy mleko i oliwę, mieszamy.
Do suchych składników dodajemy mokre i chwilę miksujemy.
Do ciasta dodajemy ¾ startego sera, ¾ pokrojonych szparagów i ¾ oliwek. Mieszamy.
Ciasto wlewamy do foremki i na wierzchu układamy pozostałe szparagi i oliwki, a całość posypujemy resztą sera.
Pieczemy około 40 minut (do suchego patyczka) oraz aż wierzch będzie chrupki i złocisty.
UWAGA:
Po wyłączeniu piekarnika ciasto powinno w nim chwilę zostać, a później należy delikatnie piekarnik uchylić – to zapobiegnie opadnięciu ciasta. Ja się pospieszyłam i mi lekko oklapło.

Smacznego!




Thursday, 6 May 2010

Pieczone pierogi krucho-drożdżowe z...


Dzisiaj mała odskocznia od tematów rabarbarowo-szparagowych (tych drugich jeszcze u mnie na blogu nie ma, ale to się zmieni). Przed przeprowadzką uporządkowałam swój segregator z przepisami – niektóre wyrzuciłam w otchłań śmietnika, a niektóre przesunęłam na początek. Tak właśnie było z tym przepisem, który spisałam z zeszytu mojej Mamy w okolicach grudniowych świąt i postanowiłam go odkurzyć. Jedna rzecz mnie tylko trapi i muszę się Wam do czegoś przyznać. Może to zabrzmi śmiesznie, ale w dobie nowoczesnych piekarników, co to same się czyszczą, mają parę i inne cuda mi się marzy... prodiż. Nie jakieś tam małe cacko – marzy mi się duży prodiż o średnicy co najmniej 30cm. Taki prodiż pamiętam z dzieciństwa, bo miała go moja Mama i moje obie Babcie. I mówcie co chcecie, ale z żadnego piekarnika nie wyjęłam tak pysznego biszkoptu, tak wspaniałych gołąbków z mięsem, pizzy na grubym drożdżowym spodzie czy pieroga ze słodką kapustą i grzybami jakie wyjmowała z prodiża moja Mama czy później ja, dopóki się nie zepsuł. Prodiż jest naprawdę wszechstronny – można w nim piec dosłownie wszystko w formie czy bez. Obiecałam sobie, ze jedną z pierwszych rzeczy po powrocie do Polski będzie zakup dwóch prodiżów – jeden kupię dla siebie a drugi dla Mamy. I zrozumiem jeśli ktoś nie podzieli mojego zachwytu nad nim, ale dla mnie to również cząstka dzieciństwa i jego smaków, do których przecież każdy z nas stara się wrócić jak najczęściej.
Idąc krok w krok za przepisem, powinniśmy wysmarować spód i boki prodiża masłem, a następnie wylepić je ciastem tak by jego brzegi wystawały sporo poza brzegi prodiża. Na ciasto wykładamy nadzienie i zwisające ciasto zakładamy na farsz z każdej strony, zostawiając jego środek odsłonięty. Ponieważ z podanych proporcji wychodzi dużo ciasta (na prodiż o średnicy ponad 30cm), a moja największa tortownica ma średnicę o wymiarze 26cm, postanowiłam placek przerobić na pieczone pierogi. I była to bardzo dobra decyzja, bo ciasto z tego przepisu jest bardzo plastyczne i wspaniale nadaje się na na wszelkie mniejsze formy typu pierożki czy bułeczki. Mama nazywa to ciasto drożdżowo-kruchym i taką nazwę użyłam i ja. Jestem pewna, że nikt nie będzie miał problemów ze zrobieniem takich pierogów. Należy pamiętać tylko o jednym – przy zlepianiu brzegów ciasta trzeba jego końce jak najmocniej dociskać i nie trzeba ich smarować jajkiem - powinny być tylko jak najcieńsze inaczej pierogi otworzą nam się w trakcie pieczenia. Tak naprawdę farsz możemy dać dowolny - taki, jaki najbardziej lubimy. Ja na początek zrobiłam farsz ze słodkiej kapusty z grzybami i jajkiem, ale wszystko zależy od waszej wyobraźni. Pierogi utrzymują świeżość przez co najmniej 5 dni i są mięciutkie, ale szlachetniejsze w smaku niż zwykłe ciasto drożdżowe. Można je również posypać czarnuszką czy kminkiem a najlepiej smakują podane z czerwonym barszczem. Gorąco polecam!


Pieczone pierogi krucho-drożdżowe (nadziewane słodką kapustą i grzybami)
Z przepisu wyszło mi 26 pierogów

Ciasto

200g białej mąki pszennej chlebowej (lub zwykłej mąki pszennej)
200g białej mąki orkiszowej (lub mąki pszennej j/w)
1.5 łyżeczki suszonych drożdży
1 łyżka cukru
3/4 szklanki mleka (u mnie sojowe)
szczypta soli
pół kostki masła (100g) (u mnie kozie)
1 łyżka kwaśnej śmietany
1 jajko
1 łyżeczka ziaren kminku roztartych w moździerzu
1/4 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu

Farsz

dwie duże garści suszonych prawdziwków
1 mała główka białej kapusty
200g brązowych pieczarek
1 duża biała cebula
3 duże ząbki czosnku
2 jajka
łyżka masła
łyżka oliwy
sól
czarny pieprz
ziarna kminku (około 1 łyżeczki)
świeżo starta gałka muszkatołowa (spora szczypta)

Do posmarowania

2 łyżki mleka
1 jajko

Suszone grzyby zalać wodą i odstawić na 2 godziny.
Po tym czasie należy je odcedzić, lekko odcisnąć, a wodę z moczenia zachować.
Kapustę obrać z wierzchnich liści i drobno poszatkować.
Przełożyć do garnka, zalać wodą w której moczyły się grzyby i dodać tyle wody, by lekko przykryła kapustę. Udusić do miękkości i odcedzić.
Pieczarki pokroić w paski, a cebulę w drobną kostkę. Czosnek przecisnąć przez praskę.
Na dużej patelni rozgrzać po łyżce masła i oliwy i podsmażyć cebulę, aż do momentu zeszklenia.
Dodać pieczarki, suszone grzyby i podduszoną kapustę.
Smażyć i doprawić (nie żałować kminku i gałki).
Zestawić patelnię z palnika, wbić jajka i bardzo szybko i dokładnie wymieszać. Jajko ma nam skleić farsz - nie chcemy mieć w farszu jajecznicy.
Dodać czosnek i odstawić do przestygnięcia.
&&&
Drożdże rozmieszać z ciepłym mlekiem, cukrem, łyżką mąki (zaczyn) i odstawić na pół godziny, aż zaczyn podwoi objętość.
Obie mąki przesiać do dużej miski, dodać pieprz i kminek, wyrośnięty zaczyn, jajo, śmietanę, sól i wyrobić ciasto, aż będzie miękkie, gładkie i lśniące. Pod koniec wyrabiania ciasto powinno mieć konsystencję miękkiej plasteliny.
Z ciasta uformować kulę, włożyć do lekko naoliwionej miski, przykryć folią i odstawić do wyrośnięcia, aż podwoi objętość.
Po tym czasie ciasto przebić pięścią (odgazować) i włożyć na 15 minut do lodówki.
Na dużym kawałku pergaminu do pieczenia cienko rozwałkować schłodzone ciasto (maksymalnie 5mm) i za pomocą szklanki lub okrągłej foremki do wycinania ciastek wykrawać krążki.
Każdy krążek rozciągnąć lekko na dłoni, napełnić farszem i zlepić, bardzo mocno dociskając brzegi.
Gotowe pierożki układać partiami na blaszce do pieczenia, posmarować mlekiem roztrzepanym z jajkiem i piec do zrumienienia w temperaturze 180scC.
Przed końcem pieczenia posmarować pierogi jeszcze raz - będą ładnie błyszczały.
Studzić na kratce.


Szybki barszcz czerwony z pieczonych buraków

1 litr ulubionego wywaru (u mnie warzywny taki jak tutaj)
4 duże buraki
sok z cytryny
kawałeczek skórki z limonki
sól (idealnie wędzona Maldon)
świeżo mielony czarny pieprz
szczypta ostrej papryki lub płatków chili
2 ząbki czosnku

Buraki porządnie myjemy, odcinamy korzonki, osuszamy i owijamy w folię aluminiową (każdy osobno).
Pieczemy w piekarniku nagrzanym do temperatury 180stC, aż będą miękkie.
Zostawiamy do ostygnięcia i rękami ściągamy skórkę, a następnie ścieramy na tarce do jarzyn (grube oczka).
Do wrzącego wywaru dodajemy skórkę z limonki i buraki i gotujemy na małym ogniu przez 5-10 minut.
Odcedzamy i czysty barszcz doprawiamy sokiem z cytryny, solą, pieprzem, papryką lub chili i świeżym czosnkiem przeciśniętym przez praskę.

Smacznego!

Pierogi można zrobić innym sposobem - ciasto można podzielić na maleńkie kulki, które należy rozpłaszczyć na dłoni, następnie napełniamy je farszem i brzegi ciasta zlepiamy. Tak pierogi robi moja Babcia, ale ja nie polecam tej metody z prostej przyczyny - ciasto ma różną grubość i często jest go po prostu za dużo., dlatego wolę ciasto rozwałkować równomiernie na całej powierzchni wałkiem. 
Tak naprawdę można użyć dowolnego farszu – kapustę słodka można zastąpić kiszoną, można zrobić farsz mięsny (moja Babcia robi pyszne pierogi z płuckami), można pierogi nadziać kaszą gryczaną z białym serem i miętą (koniecznie!), można do farszu dodać posiekane, ugotowane na twardo jajko, można również zrobić farsz z ziemniaków i fety czy innego sera. Wszytko zależy od tego, co smakuje nam najbardziej i jakie przyprawy lubimy. Bardzo zachęcam Was do eksperymentowania. 



Monday, 3 May 2010

Rabarbarowo-truskawkowy z nutą figową


Jest go coraz więcej. Leży sobie na sklepowych półkach i czeka. Kupiłam jeden pęczek, bo czekałam aż pojawi się ten bardziej różowy.
Obok niego w plastikowych pojemniczkach leżały truskawki. Piękne czerwone, dorodne. Wpadł mi do głowy pomysł i nie mogłam się powstrzymać.
Po powrocie do domu mój entuzjazm opadł, bo wujek google szyderczo powiedział, że takich dżemów pokaże mi od ręki co najmniej 100. Może i pokaże, ale na pewno nie taki sam jak mój.
Usmażyłam ten dżem na próbę. Dwa pełne niewielkie słoiczki i po kilku dniach nie została ani łyżeczka. Aromatyczny, o pięknym kolorze karminowej czerwieni, słodko-kwaśny, wspaniały! Po majowym weekendzie, który u nas kończy się dzisiaj zaopatrzę się w rabarbar i usmażę ten dżem ponownie z (co najmniej) potrójnej ilości składników.
Ktoś może powiedzieć, że to szaleństwo, ponieważ sumując koszty składników domowy słoiczek tego dżemu kosztuje minimum cztery razy więcej niż słoik dżemu ze sklepowej półki, myślę jednak, że czasem warto pozwolić sobie na odrobinę luksusu.


Pomysł na dodanie ziarnek wanilii do dżemu zaczerpnęłam z przepisu ze strony BBC Good Food, który sam w sobie wydał mi się bardzo ubogi oraz... za słodki. Rabarbar jest kwaśny, to prawda, ale dodanie kilograma cukru na taką samą jego ilość wydało mi się czystym szaleństwem. Postanowiłam wykorzystać również figowy ocet balsamicznym, który ostatnio mogłabym dodawać dosłownie do wszystkiego. Wzbogaciłam smak dżemu karmelem zrobionym z części cukru oraz sokiem z cytryny. Jeszcze kilka przypraw (nie za dużo, bo zdominują one smak truskawek) i możemy rozpieszczać nasze podniebienia prawdziwym dziełem sztuki. Dżemu nie pasteryzowałam - nie mam miejsca na trzymanie domowych przetworów  i staram się robić jednorazowo maksymalnie cztery słoiki, które znikną zanim dżem pomyśli o tym, by się zepsuć. Oczywiście jeśli zamierzacie trzymać dżem dłużej, lepiej pobawić się w pasteryzację. Tutaj na forum CinCin możecie poczytać o pasteryzacji dzięki Dziuni, a z tego samego forum, ale dzięki Nutince zasypałam rabarbar i truskawki cukrem oddzielnie, chociaż tak naprawdę nie wiem, czy ma to jakieś znaczenie :)


Dżem rabarbarowo-truskawkowy z nutą figową
(2 słoiki o pojemności 250ml)

400g rabarbaru
400g truskawek
350g cukru trzcinowego Demerara
4 łyżki octu balsamicznego (użyłam figowego)
sok wyciśnięty z 1 cytryny
2 laski wanilii
szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej
szczypta mielonego imbiru
skórka otarta (lub zdjęta zesterem) z jednej sparzonej (idealnie niewoskowanej) cytryny

Rabarbaru nie obierany, myjemy, odcinamy końcówki i kroimy na kawałki o szerokości około 2 cm i przekładamy do garnka.
Do drugiego garnka wkładamy umyte i pozbawione szypułek truskawki.
Rabarbar i truskawki zasypujemy 8 łyżkami cukru (po 4 łyżki na garnek) i odstawiamy na godzinę.
Przygotowujemy karmel
Resztę cukru wsypujemy do szerokiego rondla z grubym dnem - najlepiej jeśli jest stalowy lub jasny, bo wtedy widzimy jaki kolor ma nasz karmel.
Na małym ogniu (mocy palnika) cukier podgrzewamy do momentu jego całkowitego rozpuszczenia (nie może zostać ani jedno ziarenko).
Zwiększamy ogień i gotujemy nasz karmel do uzyskania pożądanego koloru pamiętając, że im ciemniejszy tym jego smak jest mniej słodki.
Następnie dodajemy sok z cytryny i 2 łyżki octu balsamicznego. Mieszamy.
Do garnka z karmelem dodajemy zasypane cukrem owoce wraz z cukrem i całym sokiem, jaki z nich powstał.
Mieszamy i dodajemy ziarenka wyskrobane z 2 lasek wanilii, gałkę muszkatołową, imbir i skórkę  cytryny.
Dżem smażymy aż do uzyskania pożądanej konsystencji (próba talerzyka).
Pod koniec smażenia dodajemy pozostałe 2 łyżki octu balsamicznego (trzeba próbować, bo może się okazać, że dla Was dwie łyżki to za dużo i że zdecydowanie wolicie dodać łyżkę jedną).
Ja słoiki wymyłam w ciepłej wodzie z płynem do mycia naczyń, opłukałam i suszyłam w nagrzanym piekarniku.
Do ciepłych słoików przełożyłam ciepły dżem, szczelnie je zakręciłam i postawiłam na zakrętkach, aż ostygły.

Dżem pasuje do wszystkiego - naleśników, placuszków z serem, pancakes, razowego chleba, tostów, gofrów i serów. Jest świetny jako dodatek do szarlotki czy ciasta z rabarbarem. Tak naprawdę wszystko zależy od naszej wyobraźni!

Smacznego!




Saturday, 1 May 2010

Majowa Weekendowa Cukiernia

'To był maj, pachniała Saska Kępa, szalonym zielonym bzeeeeeeeeeeeeeeeeeeem(...)'

Od rana dziś śpiewam piosenkę Maryli Rodowicz, choć za oknem jesień bardziej niż wiosna :) Ale to nic.
Mamy maj! Mój najukochańszy miesiąc z całego roku. A od maja do wakacji została tylko chwilka i ani się obejrzymy, a tu już lato wkroczy dumnie ze słońcem i ciepłem na ramieniu.

Kochani nowy miesiąc to nowy odcinek Weekendowej Cukierni, do której w tym miesiącu zapraszam Was razem z Ewelosą. Ewelosa ma dla nas dwie super propozycje - domowe ciasto z rabarbarem na cieście francuskim oraz pełen klasy tort latte-macchiato z jogurtem. Zapraszamy do wspólnego pieczenia! Mamy nadzieję, że przyłączycie się do nas ;)


Nie przedłużając bo kawa mi stygnie :)

ZAPRASZAMY!

PS
Ewelosie i jej Połówkowi dziękuję za banerek !