Wednesday, 28 July 2010

Gra w zielone


Póki mam wenę, póki są młode warzywa - piszę :) Jeszcze nigdy tak szybko nie napisałam dwóch postów po sobie :) Jeden za drugim tup tup tup... A właściwie dzisiaj więcej zdjęć niż tekstu. Nagadałam się ostatnio dzisiaj mi się po prostu nie chce.
Zieleń to dla mnie kolor radości i życia. Zielony młody szczypiorek, zielony bób, zielony groszek, zielony agrest, zielone mirabelki, zielone kiwi, zielone awokado, zielone limonki, zielony brokuł, zielona część pora, zielona natka pietruszki, zielony koperek, zielone pączki na drzewach, zielona młoda trawa... Mogłabym wymieniać bez końca! Nie wyobrażam sobie kanapki z wędliną bez plasterka świeżego zielonego  ogórka (tak, tak o zgrozo nawet w zimie:)).
No to co? Chcecie przepis na pyszną zieloną sałatkę? W zasadzie to i tak Wam go pokażę :)
Podobną sałatkę serwowała Serwusowa Pani.
POLECAM szczególnie jeśli macie swoje zioła, dostęp do pysznych młodych warzyw i jeśli tak ja ja lubicie grać w zielone!



Zielona sałatka z młodych warzyw
Na podstawie Delicious Magazine July 2010

300g wyłuskanego bobu
300g młodych ziemniaków
200g zielonej fasolki szparagowej
200g groszku cukrowego
4 łyżki oliwy z oliwek lub oleju
4 małe młode cebulki, pokrojone w cienkie piórka
3 duże  młode ząbki czosnku, zmiażdżone
mały pęczek bazylii
mały pęczek koperku
kilka listków świeżej mięty
200g sera feta, pokruszonego
4 łyżki orzechów włoskich lub laskowych
sok i skórka z 1 cytryny

W dużym garnku doprowadzamy wodę do wrzenia.
Kolejno gotujemy przez 3 minuty wyłuskany bób i fasolkę, które po wyjęciu z wody od razu przelewamy zimną wodą, żeby nabrały koloru.
Groszek cukrowy zostawiamy surowy lub blanszujemy przez 30 sekund.
Uwaga - bób można obrać ze skórek, ale dla mnie wtedy zupełnie nie ma smaku.
Ziemniaki czyścimy szczoteczką do warzyw i gotujemy do miękkości. Kroimy w plasterki.
Na suchej patelni prażymy orzechy i grubo siekamy.
Zdejmujemy orzechy i na tej samej patelni rozgrzewamy olej lub oliwę.
Smażymy cebulę i czosnek przez minutę.
Dodajemy bazylię i smażymy kolejne pół minuty.
W misce sałatkowej mieszamy ugotowane warzywa, podsmażoną cebulę z czosnkiem i bazylią, dodajemy świeże zioła, solimy, pieprzymy, dodajemy pokruszoną fetę, posiekane orzechy i obficie skrapiamy sokiem z cytryny oraz posypujemy skórką z cytryny startą na tarce do jarzyn.

Smacznego!






Saturday, 24 July 2010

Dżem session


Zawsze mówiono mi, że jestem dobrze zorganizowaną osobą. Ostatnio zaczynam w to wątpić. Kolejny weekend, a ja nie wiem kiedy minęły poprzedzające go dni. W skrzynce mnóstwo wiadomości, na które wciąż nie mam czasu odpisać. Mam wrażenie, że moje życie to praca, która wypełnia po brzegi każdą myśl i wolną chwilę. Nie narzekam - tak chciałam, tak wybrałam. O wiele przyjemniej być miło zmęczoną pracą, niż piekielnie znudzoną siedzeniem w domu.
Dzisiejszy wpis chciałam umieścić na blogu, gdy zaczęłam swoją przygodę z dżemami , ale nigdy go nie skończyłam. Zawsze miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam, że nie napisałam najważniejszych rzeczy. Trudno. Przekazuję Wam swoją wiedzę - mam nadzieję, że komuś się przyda i że zachęcę Was do zrobienia dżemu w domu. Główna zasada? Brak jakichkolwiek zasad :) Do garnka wrzucamy to co lubimy, by później w zimie wyciągnąć ze spiżarki mały słoiczek i cieszyć się zapachem słońca i lata, które w nim ukryte będą czekały na swój moment.
Jeśli ktoś na temat robienia dżemów wie wszystko, może sobie ten wpis odpuścić bo zaśnie zanim doczyta do końca.  
Jesli ktoś z Was chciałby dorzucić 'swoje 5 groszy' to serdecznie zapraszam! Jestem pewna, że macie swoje sprawdzone sposoby na domowe przetwory. Chętnie uzupełnię ten wpis o Wasza porady!

Niezbędnik , czyli co będzie mi potrzebne?

Do zrobienia dżemu potrzebujemy niewielu rzeczy – kilka czystych słoików z zakrętkami (pamiętajmy by upewnić się, że zakrętki nie są uszkodzone), duży garnek z grubym dnem (zapobiegnie to przywieraniu dżemu do jego dna), drewniana łyżka z długą rączką (do mieszania), mała chochelka (łyżka wazowa), lejek z szerokim otworem oraz termometr cukierniczy (można poradzić sobie bez niego).

Owoce - jakich owoców mogę użyć do przygotowania dżemu?

Najlepiej dżem przygotować z bardzo dojrzałych owoców sezonowych (uwaga! owoce nie mogą być przejrzałe, bo z dżemu zrobi się papka) - mają one dużo pektyn i sprawią, że dżem będzie aromatyczny i bogaty w smaku. Owoce oczywiście myjemy, usuwamy z nich pestki (wiśnie, czereśnie, mirabelki), pozbywamy się ogonków, jeśli jest taka konieczność to i skórek i osuszamy. Większe owoce możemy przekroić na pół (np. truskawki).

Pektyny - skąd je wziąć i dlaczego są niezbędne do przygotowania dżemu?

Pektyny to nic innego jak naturalny 'zagęszczacz', który uwalnia się podczas gotowania dżemu. Im więcej pektyn w owocach, tym krócej gotujemy (smazymy) nasz dżem. Przygotowałam tabelkę, która przedstawia zawartość pektyn w wybranych owocach. Mam nadzieję, że Wam się przyda. Dużo pektyn zawierają sok, miąższ, skórka i pestki z cytryny - warto dodać je do owoców szczególnie do tych z niską zawartością własnych pektyn. Pestki umieszczamy w kawałku gazy, którą zawiązujemy i wyjmujemy przed przełożeniem dżemu do słoików. Można kupić pektyny w płynie i dodać do dżemu w trakcie smażenia.

Przygotowanie słoików, czyli jak się za to zabrać?

Każdy słoik dokładnie myjemy w ciepłej wodzie z dodatkiem płynu do mycia naczyń, dokładnie płuczemy i sterylizujemy w piekarniku rozgrzanym do temperatury 140-160C. Mokre słoiki stawiamy do góry nogami na kratce, obok kładziemy zakrętki i suszymy przez około 10 - 20 minut. Można użyć zmywarki do naczyń. Słoiki trzymamy w cieple do momentu przekładania do nich dżemu.

Cukier - ile go użyć i czy może to być mój ulubiony?

Ilość cukru zależy od tego, czy lubimy dżemy mniej lub bardziej słodkie. Ja na 1kg owoców dodaję od 200-300g cukru (w zależności od rodzaju uzytych owoców). Mój ulubiony cukier to brązowy cukier trzcinowy demerara, ale czasem używam dostępnego w Anglii cukru do przetworów (bez dodatku pektyn) preserving sugar, który nie przypala się i nie przylepia do dna garnka. Jeśli ktoś lubi, może użyć cukru do przetworów jam sugar, który zawiera pektyny. Ja nie lubię i nie używam, bo konsystencja dżemu za bardzo przypomina galaretowatą konsystencję dżemów kupnych.

Smażenie – czy na pewno sobie z tym poradzę?

Wiele jest metod smażenia dżemu i pewnie każda Pani Domu ma swój ulubiony. Można od razu przełożyć owoce do garnka, dodać cukier i dodatki i smażyć. Można owoce zasypać cukrem, odstawić w ciepłe miejsce na kilka godzin lub nawet na całą noc (wtedy musimy odstawić jhe w chłodne miejsce bo skisną), a potem zabrać się za ich gotowanie.
A można zrobić tak jak ja – zawsze zasypuję owoce połową cukru (chyba że jestem zmęczona i nie chce mi się czekać), dodaję do nich wszelkie dodatki (np. cynamon, ziarenka wainilli, kardamon skórkę z cytryny, imbir), odstawiam je w ciepłe miejsce na minimum 2 godziny i czekam aż puszczą sok. Z reszty cukru przygotowuję karmel. Karmel to nic innego jak rozpuszczony w garnku cukier - najpierw na małym ogniu (każdy najmniejszy kryształ cukru musi się rozpuścić), a później możemy sukcesywnie moc palnika zwiększać. Im ciemniejszy karmel tym mniej staje się słodki. Uwaga by nie przypalić! Do gotowego karmelu wciskam sok z cytryn, mieszam i dodaję do garnka owoce uprzednio zasypane cukrem wraz z całym sokiem i dodatkami. I teraz są tutaj różne szkoły. Moja Mama smazy dżemy na małym ogniu i długo czasem nawet przez 3 dni. Ja musiałam ‘maminy’ sposób nieco zmodyfikować i przystosować go do warunków mieszkalnych (wnęka która marnie udaje kuchnię nie jest pojemna i pomocna). Dlatego też każdy dżem smażę krótko, ale na dużej mocy palnika. Zasada jest jedna – najpierw gotujemy go na dużej mocy by karmel, który mógł się nieco skrystalizować ponownie się rozpuścił, a później sukcesywnie płomień zmniejszam i pozwalam by dżem bulgotał. Pamiętajmy by dżem często mieszać, bo będzie przypalał się do dna garnka. Długość smażenia dżemy zalezy od rodzaju użytych owcoów oraz od ilości dodanego cukru. Im go mniej, tym dłużej musimy dżem gotować. Wiele książek podaje, by podczas smażenia z dżemu zbierać pianę – ja robię to zawsze na końcu i tylko jeden raz

Skąd będę widzieć, że mój dżem jest gotowy?

Istnieją dwa sposoby na sprawdzenie konsystencji dżemu.
Pierwszy z nich to tremometr cukierniczy – kiedy dżem osiągnie temperaturę 105C, nasz dżem jest gotowy i możemy go przełożyć do ciepłych słoików.
Można również poradzić sobie bez termometru. Wystarczy na początku smażenia dżemu włożyć do zamrażalnika mały deserowy talerzyk. Gdy będziemy chcieli sprawdzić, czy nasz dżem osiągnął już odpowiednią konsystencję talerzyk wyjmujemy, kładziemy na niego odrobinę gorącego dżemu, wkładamy na 1 minutą do zamrażalnika, ponownie wyjmujemy i przeciągamy palec przez dżem – jeśli się pomarszczy i będzie trzymał nadany mu w ten sposób kształt jest gotowy do przełożenia do słoików. Jeśli jest zbyt płynny, gotujemy go przez kolejne 5 minut i robimy próbę talerzyka ponownie.

Mam gotowy dżem, co dalej?

Dla własnego bezpieczeństwa warto poczekać 5 minut, aż dżem przestanie się gotować i jeszcze gorący przełożyć do gorących słoików, zakręcić i mocno dokręcić przez ściereczkę. Słoiki napełniamy tak, aby u góry słoika było wolne miejsce (około 2 cm).
Jeśli planujemy dżem zjeść szybko, nie musimy go pasteryzować. Wystarczy słoiki postawić na zakrętkach, przykryć ściereczką i pozostawić w tej pozycji, aż całkowicie ostygnie. Jeśli dżem chcemy zostawić na zimę i jeśli zmniejszyliśmy ilość cukru, warto słoiki pasteryzować.
Istnieją dwie metody pasteryzacji – pasteryzacja ‘na mokro’ i pasteryzacja ‘na sucho’.
Pasteryzacja na mokro polega na gotowaniu na bardzo małej mocy palnika słoików z dżemem (oczywiście zakręconych) w szerokim garnku wypełnionym wodą (woda powinna sięgać mniej więcej do połowy słoików) przez 20-20 minut. Dno garnka warto wyłożyć kawałkiem ściereczki, by słoiki nie popękały. Ważne jest także aby słoiki nie stykały się ze sobą. Słoiki wkładamy do zimnej wody i razem z nią sukcesywnie je podgrzewamy. Po pasteryzacji słoiki trzymamy w garnku tak długo, aż ostygną. Przyznam, że jest to metoda dość pracochłonna i jak dla mnie kłopotliwa.
Pasteryzacja na sucho polega na wypiekaniu gotowych dżemów w piekarniku. Jest ona szybsza i łatwiejsza, bo w piekarniku zmieści się więcej słoików niż w garnku i nasza kuchnia nie będzie zaparowana. Temperatura piekarnika nie może przekroczyć 130C. Słoiki ustawiamy na kratce, wstawiamy do zimnego piekarnika i rozgrzewamy go razem ze słoikami. Przetwory pasteryzujemy do 1 godziny od momentu osiągnięcia temperatury 130C. Po wyłączeniu piekarnika zostawiamy w nim słoiki aż do całkowitego ostygnięcia.

Gotowe!

Teraz możemy nasze słoiki opisać, ozdobić jak tylko nam się podoba i wstawić do spiżarki. Zapasteryzowane dżemy powinny wytrzymać przez 2 lata. Niepasteryzowane lepiej zużyć w ciągu 6 miesięcy. Dżem po otwarciu przechowujemy w lodówce i zjadamy w przeciągu miesiąca.
Naprawdę zachęcam Was do eksperymentowania z rożnymi przyprawami i ziołami. Dżemy z dodatkiem rozmarynu i tymianku (przepis poniżej) to najlepsze dżemy jakie jadłam do tej pory. Lubię dodać do moich słodkich przetworów odrobinę dobrego octu balsamicznego czy kilka łyżek ulubionego alkoholu (zawsze dodaję je pod koniec gotowania). Nie zaszkodzi odrobina kardamonu, cynamonu, wanilii czy pieprzu. Spróbujcie znaleźć swoje ulubione połączenia.

Źródło: Za wszystkie rady dziękuję Mamie. O pasteryzacji na sucho przeczytałam tutaj, kilka miesięcy temu linku umieściłam tutaj (więc jest dla Was dostępny cały czas), a zawartość pektyn w owocach znalazłam przy pomocy Wujka Google.

A żeby nie być gołosłowną poniżej dwa przepisy na pyszne dżemy. Pierwszym pożegnałam sezon rabarbarowy, a drugim sezon truskawkowy. Jeden z nich to najprostszy pod słońcem dżem truskawkowy, drugi to dżem kombinowany z dodatkiem świeżych listków i gałązek tymianku. Przepis na ten dżem zapewnił mi wygraną w konkursie serwisu Ugotuj.to i maszyna do pieczenia chleba jest już w drodze do mojej Mamy – Mamo mam nadzieję, że będziesz zadowolona z prezentu :)

Zapraszam!

Prosty dżem truskawkowy z wanilią

200 - 300g brązowego cukru demerara
ziarenka wyskrobane z jednej dużej i świeżej laski wanilii
skórka otarta z dwóch cytryn
800g dojrzałych truskawek
sok wyciśnięty z dwóch cytryn
1 łyżka octu balsamicznego Aceto di Modena
3 łyżki wódki waniliowej (użyłam wódki Absolut)

Truskawki zasypuję połową cukru, dodaję ziarenka wanilii, skórkę z cytryny i odstawiam na 3 godziny.
Z reszty cukru przygotowuję karmel, wciskam do niego sok z cytryny, mieszam i dodaję owoce wraz z całym sokiem.
Powoli doprowadzam dżem do wrzenia i smażę na dużej mocy palnika przez 15 minut.
Pod koniec gotowania dodaję alkohol i ocet balsamiczny.
Po tym czasie robię próbę talerzyka.
Gdy dżem osiągnie odpowiednią konsystencję przekładam go do wyprażonych słoików. Zakręcam, ustawiam słoiki na zakrętkach i przykrywam ściereczką.
Gdy zupełnie ostygną chowam do spiżarki.
Można dżem pasteryzować.

Dżem rabarbarowo-gruszkowy z tymiankiem

3 dojrzałe gruszki
700g rabarbaru
250g brązowego cukru
50 ml jednodniowego soku gruszkowego (lub zwykłego)
sok wyciśnięty z jednej cytryny
skóra otarta z jednej cytryny
2 łyżeczki cynamonu
100ml różowego wina deserowego
1/2 łyżeczki mieszanego pieprzu utartego w moździerzu
6 pojedynczych gałązek świeżego tymianku

Słoiki myjemy i suszymy w nagrzanym piekarniku, trzymamy w cieple.
Gruszki obieramy, kroimy w kostkę i zasypujemy 4 łyżkami cukru, odstawiamy na godzinę.
Rabarbar kroimy w nieduże kawałki i zasypujemy 4 łyżkami cukru, odstawiamy na godzinę.
W dużym rondlu o grubym dnie z reszty cukru robimy karmel.
Wciskamy sok z cytryny, dodajemy sok gruszkowy i mieszamy.
Dodajemy zasypane cukrem gruszki i rabarbar wraz z całym sokiem jaki 'puściły', skórkę otartą z cytryny, cynamon oraz pieprz.
Mieszamy i smażymy, aż dżem zacznie gęstnieć.
Dodajemy wino i listki tymianku, mieszamy i smażymy, aż dżem osiągnie właściwą konsystencję (próba talerzyka).
Gorący dżem przekładamy do gorących słoików, zakręcamy, stawiamy na zakrętkach i przykrywamy ściereczką. Zostawiamy do ostygnięcia.

Smacznego!



Sunday, 18 July 2010

30 - 60 - 90 - 120 - 180 - 240


Zimno.
Zmarznięte stopy i ręce.
Mój ulubiony portal internetowy podaje, że w Polsce było wczoraj 32st! I nie wiem, czy Wam zazdrościć, czy cieszyć się, że tutaj się ochłodziło (co w moim przypadku skończyło się katarem i bólem gardła - jak zwykle)
Zaparzyłam sobie świeżo mieloną kawę i pomyślałam, że ten wpis zrobię dla Was. Nie będzie klopsików, nie będzie sosu pomidorowego - będą super łatwe i super szybkie lody. Bezjajeczne, (prawie) beztłuszczowe i bezproblemowe. Te lody zrobiłam w dniu, w którym do Londynu zawitały pierwsze upały. Oryginalny przepis zaleca użycie maszynki do lodów, której nie mam (została wyprzedzona przez obiektyw, tatuaż i ekspres do kawy), ale mogę Was zapewnić, że i bez niej smakują wyśmienicie. To moje pierwsze domowe lody i nie byłam pewna jak często powinnam je zmiksować zanim całkowicie zamarzną, więc opracowałam sobie swój system: 30 - 60 - 90 - 120 - 180 - 240, który się doskonale sprawdził. W lodach nie znalazłam ani jednego kryształku lodu i miały bardzo fajną konsystencję. Oczywiście  konsystencja takich lodów nigdy nie będzie taka sama jak konsystencja lodów przygotowanych w maszynce, ale wystarczy je przed podaniem przełożyć na 15-20 minut do lodówki i gotowe (rozmrożone lody nie nadają się do ponownego mrożenia!) I tu właśnie zrobiłam jeden maleńki błąd - zamroziłam lody w jednej formie i nie mogłam ich zostawić w lodówce, dlatego na zdjęciu nie widać całych gałek. Myślę, że następnym razem zamrożę lody w kilku porcjach w mniejszych pojemnikach. Gorąco Was namawiam, zwłaszcza że większość z nas ma swoją bazylię, więc koszt lodów nie będzie duży. Ser mascarpone można śmiało zastąpić innym kremowym serkiem. Jeśli ktoś bazylii nie lubi i/lub nie ma do niej dostępu, może użyć mięty albo dowolnych owoców. Jestem pewna, że na tej bazie wspaniałe w smaku byłyby lody kawowe czy czekoladowe.
Życzę Wam udanej niedzieli - ja odpoczywam od pracy, ludzi, telefonu komórkowego, komputera oraz od... kuchni. Człowiek musi czasem odpocząć od wszystkiego włącznie z pasją i samym sobą.


Lody bazyliowe z trawą cytrynową
Źródło: Delicious Magazine June 2010

2 duże pęczki świeżej bazylii (łącznie 50g)
250g drobnego cukru (oryginalnie 330g - można dać jeszcze mniej bo lody były za słodkie)
1duże źdźbło trawy cytrynowej (dodałam od siebie)
250g mascarpone
750g jogurtu naturalnego 0% tłuszczu
2 łyżeczki utartego korzenia imbiru (dodałam od siebie)

Listki bazylii wraz z łodyżkami umieszczamy w blenderze.
Dodajemy cukier i trawę cytrynową i miksujemy na proszek.
Dodajemy jogurt, mascarpone i imbir i miksujemy na gładką masę.
Masę przekładamy do maszynki do lodów lub, jeśli ktoś tak jak ja jej nie posiada, do podłużnej blaszki, przykrywamy folią i wkładamy do zamrażalnika.
Wyjmujemy i miksujemy masę mikserem na najwyższych obrotach po pierwszych 30 minutach potem po 60, 90, 120, 180 i 240.
Po tym czasie przykryte folią zostawiamy w zamrażalniku na noc.
Przed podaniem wyjmujemy z zamrażalnika i wkładamy do lodówki na 15-20 minut.

Smacznego!

Thursday, 15 July 2010

Bez tytułu


Myślałam, że przepadł, ale na szczęście wysłałam go Monice wieki temu i mogę Wam go dzisiaj pokazać.
Robiony na oko, z tego co miałam pod ręką.
Moje pierwsze ciasto upieczone po przeprowadzce do Londynu.
Moje pierwsze ciasto upieczone z dodatkiem białej mąki orkiszowej, której nigdy nie mogłam kupić na północy Anglii.
Moja pierwsza szarlotka od ponad dwóch(!) lat.
Moje pierwsze zdjęcia robione pożyczonym aparatem (zakup naszego się finalizował) - złe oświetlenie, zły kontrast  - kto to słyszał by robić zdjęcia pod światło? 
I NIE kokietuję - nie jestem ślepa wiem, że na zdjęciu niewiele z tej szarlotki widać.
Ale obiecałam, że kolejny post będzie właśnie o niej, zwłaszcza że mi bardzo smakowała, a ja jestem wybredna.
Trochę mnie skręca - nie lubię obniżać raz ustawionej sobie poprzeczki (wysooooooko), ale chowam dumę do kieszeni i mam nadzieję, że ktoś z Was się skusi, bo to naprawdę dobre ciasto.
Od trzech godzin składam w całość ten wpis. Wącham chłodny wieczór, kątem oka patrzę na Dawida, myślę co muszę zrobić jutro w pracy i w jakiej kolejności, a w głowie odliczam dni do wyjazdu do domu (!!!). Obok leży stos książek. Jestem zmęczona, ale szczęśliwa. 


Lekka szarlotka
Na małą formę (20cm)

Ciasto (Spód)

100g mąki pszennej
50g mąki orkiszowej białej
50g mąki orkiszowej razowej
50g mielonych migdałów
50g cukru drobnego lub pudru
100g zimnego masła
2 żółtka
esencja migdałowa (kilka kropel)
pół łyżeczki cynamonu
pół łyżeczki mielonego imbiru

Zrobiłam ciasto tak samo jak zwykł kruche - popatrz na polkowe tegoroczne mazurki

Nadzienie

750g kwaśnych jabłek
2 łyżki cukru waniliowego
2 łyżki cukru brązowego
łyżeczka lub więcej mielonego cynamonu (dałam łyżkę)
szczypta mielonego imbiru (do smaku)
łyżka masła

Jabłka obrałam, pokroiłam w ósemki, posypałam cukrem waniliowym i imbirem.
Resztę cukru skarmelizowałam w rondlu, dodałam masło, stopiłam i dodałam jabłka.
Dusiłam, aż jabłka lekko zmiękły (nie mogą się rozpaść)

Piana

2 białka
1 łyżka cukru

Ubiłam sztywną pianę.

No i najgorsze kruszonka - nie pamiętam proporcji.
Naprawdę nie pamiętam, jaka to była kruszonka. Na pewno najprostsza, jaką można zrobić - 100g mąki, 50g cukru i 70g masła. I na pewno dodałam cukier waniliowy.

Na podpieczony spód wykładamy jabłka, polewamy sosem z duszonych jabłek, nakładamy pianę (dużo bo i tak trochę opadnie), posypujemy kruszonką i wkładamy do rozgrzanego pieca (170C) na 30 - 40 minut (zależy od piekarnika)

I już :)

Smacznego!



Monday, 12 July 2010

Lubię ten stan


Czy można ulepszyć przepis idealny? Można. Pamiętacie makowe paluchy, które zawładnęły sercem wielu z nas? Basia zainspirowała mnie do małej przeróbki przepisu. Poczekałam, aż w domu czuć było chłodny zapach nadchodzącego wieczoru, odmierzyłam składniki i zabrałam się za pieczenie. Już wiem czego mi ostatnio brakowało! Oprócz czasu, który jak zwykle pędzi do przodu nie pytając mnie o zgodę, brakowało mi zapachu domowego pieczywa. Zupełnie zapomniałam jak bardzo uwielbiam bawić się chlebowym czy drożdżowym ciastem. To tak, jakby je trochę... pieścić. Wybaczcie to porównanie, ale im jesteśmy dla niego delikatniejsi i im więcej mamy cierpliwości, tym lżejszą ma strukturę i lepszy smak. Co tu dużo mówić - ja po prostu 'lubię ten stan - cisza, ja i... piekarnik' (kto wie, czyja to piosenka?).
Zdradzę Wam pewien sekret - dawno temu tuż przed grudniowymi świętami moja Mama robiła jednocześnie ciasto drożdżowe i lepiła uszka. Gdy ciasto wyrosło już drugi raz, Mama włożyła je do foremek i zabrała się za uszka, zupełnie o drożdżowym zapominając. Ciasto przerosło, więc Mama przebiła je raz jeszcze i ponownie włożyła do foremek. Niestety w kuchni było gorąco i ciasto za szybko wyrosło po raz drugi, a Mama powtórzyła cały proces raz jeszcze. Tym razem udało Jej się włożyć je do piekarnika w odpowiednim momencie. W sumie ciasto rosło cztery razy i możecie mi wierzyć lub nie, ale to było najsmaczniejsze drożdżowe jakie kiedykolwiek jadłam.

Makowe bułeczki na mleku kokosowym
Na podstawie przepisu Sary Lewis z "The Bread Book"

3/4 puszki mleka kokosowego
mleko (użyłam krowiego bez laktozy)
2 łyżki płynnego miodu
1.5 łyżeczki suszonych drożdży (lub drożdży instant)
250g białej pszennej mąki chlebowej (lub zwykłej mąki pszennej)
250g białej mąki orkiszowej
skórka otarta z jednej cytryny
sok wyciśnięty z jednej cytryny
2 łyżki roztopionego masła
6 łyżek niebieskiego maku
1 łyżeczka soli
4 łyżki kawałków mieszanych suszonych owoców (np. rodzynki, morele, ananas, daktyle, figi)
1 jajko roztrzepane z 1 łyżką mleka (do posmarowania)

W małym rondelku mieszamy  mleko kokosowe z taką ilością mleka, by razem było 300ml.
Podgrzewamy, zdejmujemy z palnika i dodajemy miód. Mieszamy.
Dodajemy suszone drożdże, dokładnie mieszamy i zostawiamy na 15 minut (aktywacja drożdży).
UWAGA - drożdże instant (których ja nie lubię i nie używam) nie wymagają aktywacji i dodajemy je bezpośrednio do mąki.
W dużej misce mieszamy obie mąki, dodajemy sól, skórkę z cytryny, sok z cytryny i mak. Mieszamy.
Dodajemy mleko z drożdżami i wyrabiamy gładkie i lśniące ciasto (ja wyrabiam około 10 minut).
Pod koniec wyrabiania dodajemy masło i suszone owoce i wyrabiamy jeszcze przez 5 minut (ciasto musi wchłonąć cały tłuszcz).
Z ciasta formujemy kulę, wkładamy ją do lekko natłuszczonej miski, przykrywamy ściereczką i zostawiamy na godzinę do wyrośnięcia (ciasto musi podwoić swoją objętość).
Po godzinie ciasto przebijamy (odgazowujemy) i ponownie zostawiamy na godzinę.
Wytrwali mogą ten proces powtórzyć raz jeszcze - polecam Wam kiedyś spróbować.
Po drugim (trzecim) rośnięciu ciasto dzielimy na 14 kulek jednakowej wielkości, formujemy z nich okrągłe bułki, układamy je na blasze (złączeniami w dół), przykrywamy ściereczką i zostawiamy na około 45 minut.
Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180C.
Każdą bułkę smarujemy mlekiem roztrzepanym z jajkiem i wkładamy do nagrzanego piekarnika.
Pieczemy około 25 minut (na 10 minut przed końcem pieczenia smarujemy je ponownie mlekiem z jajkiem - wtedy będą błyszczące).
Studzimy na kratce.

Smacznego!





Thursday, 8 July 2010

Biedny gruby naleśnik i biedna zielona zupa


W zeszłą sobotę prawie popłakałam się ze szczęścia - dwa worki szczawiu, jeden duży worek pokrzywy i worek młodego szpinaku. Czasem człowiekowi potrzeba tak niewiele, by na jego twarzy zagościł dziecięcy, radosny uśmiech, by przywołać zakurzone wspomnienia, by wreszcie ugotować pyszny obiad. Do dziś pamiętam, jak stałam ze starszą Siostrą przy zlewie napełnionym zimną wodą i jak płukałyśmy liście pokrzywy zebrane prosto z łąki. Obok leżał numer Filipinki*, na którym mieniły się kropelki wody. Chwila niepewności, pierwszy kęs - tak to był strzał w 10-tkę!
Tęsknię za Siostrami. Istnieje między nami więź, której nie potrafię Wam wytłumaczyć.
Postanowiłam, że zrobię omlet z pokrzywy, który zrobiłyśmy razem z Dagmarą wiele lat temu oraz zupę, której głównym składnikiem byłby szczaw. Nie jedliśmy z Dawidem zupy szczawiowej na świeżym szczawiu od ponad trzech lat, więc możecie sobie wyobrazić jaka była moja reakcja, gdy zobaczyłam, że na jednym ze straganów na naszym cosobotnim targu leżą woreczki wypełnione właśnie szczawiem! Nie wiem, czy to moja dziecięca reakcja (wliczając machanie rękami) sprawiła, że Panu Sprzedawcy zmiękło serce i sprzedał mi dwa woreczki za przysłowiową 'złotówkę'.
Czemu nazwałam je biednymi? Bo to takie dania-biedy, których składniki są dostępne wszędzie i nie kosztują dużo, a czasem większość z nich można mieć zupełnie za darmo.


Gruby zielony naleśnik z pokrzywą i szpinakiem
Porcja na dwa naleśniki

Ciasto

250g mąki pszennej
szczypta soli
2 jajka
250ml mleka
250ml wody
1 łyżka oleju
2 łyżki posiekanego koperku
2 łyżki posiekanej natki pietruszki

W misce mieszamy mąkę z solą, robimy wgłębienie i wbijamy jajka.
Dolewamy wodę i dokładnie mieszamy balonową trzepaczką kub mikserem na najniższych obrotach.
Dodajemy mleko i olej oraz zioła i mieszamy.
Pamiętajmy, by ciasta nie mieszać za długo, bo rozwinięty gluten sprawi, że ciasto będzie twarde.
Gotowe ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy w chłodne miejsce na minimum pół godziny.

Nadzienie

2 łyżki masła
2 łyżki oliwy z oliwek lub oleju
3 duże ząbki czosnku, posiekane
2 małe ostre cebule, pokrojone w cienkie piórka
1 młody por, pokrojony w półplasterki
1 mała cukinia, starta na tarce do jarzyn (duże oczka)
cztery duże garście listków pokrzywy
cztery duże garście listków szpinaku
trzy młode szczypiory, pokrojone w małe kawałki
sól
czarny pieprz (najlepiej świeżo mielony)
szczypta płatków chili
duża garść startego Parmezanu

W dużym rondlu rozgrzewamy olej (lub oliwę) i masło.
Dodajemy czosnek, cebulę i por i smażymy przez 5 minut na małym ogniu.
Dodajemy cukinię i smażymy kolejne 5 minut.
Dodajemy listki pokrzywy i szpinaku i smażymy przez 1 minutę, aż każdy listek pokryje się tłuszczem.
Doprawiamy i odstawiamy.

Rozgrzewamy piekarnik (opcja grill).
Patelnię o średnicy 20cm rozgrzewamy, dodajemy połowę podsmażonych warzyw, połowę szczypiorku i zalewamy połową ciasta naleśnikowego. Mieszamy.
Smażymy na małym ogniu przez 12-15 minut i wstawiamy patelnię do piekarnika.
Pieczemy przez 5 minut, aż wierzch naleśnika zetnie się.
Wtedy posypujemy go Parmezanem i pieczemy kolejną minutę.


Tak samo przygotowujemy drugiego naleśnika.


Zupa szczawiowa z pokrzywą i szpinakiem

2 łyżki masła
2 łyżki oliwy z oliwek lub oleju
4 ząbki czosnku, posiekane
3 liście laurowe
kilka ziarenek ziela angielskiego
2 małe ostre cebule, pokrojone w cienkie piórka
3 młode marchewki, pokrojone w cienkie półplasterki
1 pasternak lub pietruszka, pokrojone w cienkie półplasterki
około 350g liści szczawiu z łodyżkami
około 200g liści pokrzywy
około 150g liści szpinaku z łodyżkami
1.5 - 2 litry delikatnego ulubionego bulionu
sól
czarny pieprz
około 1 łyżeczki pieprzu ziołowego (lub ulubionych przypraw)
sok z cytryny
pęczek koperku

10-15 ugotowanych młodych ziemniaków
ugotowane na twardo jajka (po dwa na osobę)
kwaśna śmietana (do smaku)

W dużym garnku rozgrzewamy oliwę (lub olej) i masło.
Dodajemy liście laurowe, ziele angielskie, czosnek, cebulę, marchewkę i pietruszkę (pasternak).
Smażymy przez 10 minut na małym ogniu.
Dodajemy szczaw, pokrzywę i szpinak i smażymy kolejne 5 minut.
Dolewamy bulion, przyprawy, sok z cytryny i gotujemy przez kolejnych parę minut.
Dodajemy ugotowane ziemniaki o gotujemy całość kolejne 2 minut.
Odstawiamy.

Do talerzy wkładamy cząstki jajek, pół łyżki śmietany i zalewamy zupą.
Posypujemy koperkiem.

Smacznego!





*chodzi mi o 'prawdziwą' Filipinkę - "jedno z ambitnych i najsensowniejszych pism dla nastolatek, które przegrało walkę z komercją"  - znacie, pamiętacie? (czyt. więcej)

Saturday, 3 July 2010

Dziewiętnasty


'Jeden, drugi, trzeci... dziewiętnasty! Policzyła jeszcze raz. Nie mogła uwierzyć, że to dopiero początek lipca (a może już?), a ona nagromadziła już tyle słoiczków przeróżnych dżemów. A przecież jeszcze morele, gruszki, czereśnie! Z uśmiechem na twarzy przypomniałam sobie swoją styczniową obietnicę - nie więcej niż jeden słoiczek z każdego rodzaju dżemu czy konfitury. W tym samym momencie powróciła do niej jedna i ta sama myśl - jaka jest różnica pomiędzy dżemem, a konfiturą którą dzisiaj zrobiła? Przecież to nie jest prawdziwa konfitura (ma mniej cukru), ale w zeszycie Mamy znalazła ten przepis pod taką nazwą. Jeszcze raz go przeczytała - no tak nie byłaby sobą, gdyby czegoś nie zmieniła. Bardzo ceni kuchnię Mamy, która zawsze będzie dla niej największym autorytetem kulinarnym, ale zdaje sobie sprawę z tego, że każdy ma swój ulubione smaki i sposób przygotowania danej potrawy i dlatego nigdy nie podąża za przepisem krok po kroku.
Jak zwykle ze zmiany była zadowolona. Nieobrane, starte na tarce kawałki cukinii zachowały jędrność, a cała konfitura nie zamieniła się w jednolitą papkę. Powąchała zawartość słoiczka - co za zapach! Zasypiając układała w głowie listę przepisów, do których zamierza użyć młodą cukinię zamienioną w pyszną konfiturę z imbirem (...)'
Przepis na konfiturę zaczerpnęłam z zeszytu Mamy. Zainteresowanych zapraszam tutaj po oryginalny przepis, a ja podaję poniżej wersję zmodyfikowaną. Przepis dedykuję Agatce. bo mam wrażenie, że będzie nim zainteresowana :) Ponieważ bardzo lubię dżemy, w których kawałki owoców są wyczuwalne, celowo nie obierałam cukinii. Jeśli ktoś chciałby otrzymać dżem o jednolitej konsystencji powinien cukinie obrać i pokroić je w niewielkie ćwierć-plasterki. Konfitura smakuje pysznie z kromką pszennego chleba z masłem, z dojrzałym żółtym serem, czy z owsianymi ciasteczkami. Ale to nie koniec moich eksperymentów i jeśli to, co sobie wymyśliłam okaże się smaczne, to na pewno podzielę się z Wami przepisem.
Tymczasem życzę Wam pycha weekendu!

Konfitura z cukinii
Z podanych proporcji wychodzi około 5 słoików o pojemności 220g

1.5kg młodych cukinii (nieobranych)
300g brązowego lub białego cukru
sok wyciśnięty z 1 dużej pomarańczy (wraz z miąższem, idealnie niewoskowanej)
skórka otarta z 1 dużej pomarańczy (idealnie niewoskowanej)
sok wyciśnięty z 1 cytryny (wraz z miąższem, idealnie niewoskowanej)
skórka otarta z 1 cytryny (idealnie niewoskowanej)
1 bardzo duży kawałek korzenia imbiru

Cukinie myjemy i ścieramy na tarce do jarzyn (grube oczka).
Pomarańczę i cytrynę myjemy (jeśli używamy owoce z woskowaną skórką pamiętamy o tym, by porządnie wyszorować je szczoteczką!).
Skórkę z obu cytrusów ścieramy na tarce (drobne oczka), a sok wyciskamy i dodajemy do startej cukinii razem ze otartą skórką i miąższem.
Imbir obieramy i również ścieramy na tarce (duże oczka); dodajemy go do cukinii.
Całość zasypujemy cukrem i zostawiamy na 2 godziny (nie odlewamy soku).
Po tym czasie garnek stawiamy na palniku i na małym ogniu podgrzewamy jego zawartość, aż cały cukier rozpuści się. Następnie zwiększamy moc palnika i 'smażymy' konfiturę na średnim ogniu podlewając ją dwa razy wodą w trakcie gotowania (poziom wody nie może przekroczyć poziomu cukinii).
Konfiturę gotujemy przez około 30-40 minut, w zależności od tego, jaką jej konsystencję chcemy osiągnąć.
Słoiki myjemy w gorącej wodzie i suszymy w piekarniku nagrzanym do temperatury 150stC.
Do gorących słoików przekładamy gorącą konfiturę, zakręcamy i dokręcamy mocno przez ściereczkę.
Słoiki stawiamy na zakrętkach i zostawiamy do całkowitego ostygnięcia.
Konfiturę możemy zapasteryzować (link podałam tutaj).

Smacznego!

Errata - pisanie postów po godzinie 2giej w nocy nie jest moją mocną stroną. Nina dziękuję :* Oczywiście w zeszycie Mamy jest marmolada, a nie konfitura. Nie będę zmieniała teraz całego wpisu, bo nie będzie miał on zupełnie sensu. Wybaczcie! Konfitura czy marmolada smakuje pysznie :)