Sunday, 22 August 2010

O DŻEMACH, PRACY, DODATKACH, KAWIE I WAKACJACH. BRAKCZAS...


Policzyłam. Odkąd zaczęłam nową pracę (połowa czerwca) zrobiłam tyle nadgodzin, że właściwie powinnam cały przyszły tydzień siedzieć w domu i mieć wszystko w nosie. Niestety na wykorzystanie mojego TOIL (time off in lieu) nigdy nie mam czasu, co delikatnie zaczyna mnie denerwować. Na szczęście za tydzień o tej porze będziemy spędzać miło czas z naszymi Bliskimi i wszystkie pracownicze obowiązki będziemy mieć daleko w ... nosie :)
Kiedyś się zastanawiałam (ciekawe czy Wy też myśleliście o tym), czy mogłabym nie pracować. Na takim etapie życia jakim jesteśmy teraz, spokojnie mogłabym siedzieć w domu i oddawać się swojej pasji i słodkiemu lenistwu. Kuszące? Ani trochę. Dziękuję, postoję.  Owszem nie jestem z siebie zadowolona - moja skrzynka pocztowa pęka w szwach, a zajrzenie do Was ogranicza się do szybkiego rzucenia okiem na Durszlak w czasie przerwy, która często trwa maksymalnie 15 minut (inne strony internetowe niestety mamy zablokowane włącznie z prywatną pocztą), a blog jest coraz bardziej zaniedbany. Nie pamiętam kiedy miałam ostatni raz aparat w ręku. Doskwiera mi to mocno, ale wiem, że nie mogłabym NIE pracować. Ja po prostu muszę spędzać czas z ludźmi, zmęczyć się psychicznie, dostać dzienną dawkę stresu i przy okazji nie dać się zwariować :)
Oczywiście jestem pewna, że mój punkt widzenia się zmieni, gdy w moim życiu pojawią się maleńkie Istotki zwane Dziećmi, ale póki co jest tak, jak lubię. Ciężko mi się zmobilizować, by po pracy i siłowni włączyć komputer, więc zupełnie nie wiem co u Was słychać. Mam nadzieję, że łapiecie ostatnie ciepłe i słoneczne dni i pamiętacie, że istnieje taki odludek zwany Eweliną-Polką!
Dzisiaj chciałam Was zaprosić na obiad - taki był plan, ale moje plany zmieniają się często i szybko. Zatem zapraszam Was na długą wędrówkę po moich ulubionych dodatkach, dwóch nowych dżemach, a na koniec zapraszam na pyszną kawę!


Domowy cukier waniliowy

Przepis na domowy cukier z prawdziwą wanilią krąży w sieci już od dawien dawna i pewnie nikt nie wie, gdzie szukać jego korzeni. Era na jego produkcję nastała wraz z pojawieniem się na polskim rynku wydawniczym książek wszystkim dobrze znanej Nigelli Lawson. Ja sama mam kilka książek Nigelli - uwielbiam Jej przepisy, ale oglądanie Jej programów kulinarnych to dla mnie rzecz nie do przejścia (o gustach się nie dyskutuje, więc nie pytajcie mnie dlaczego bo i tak Wam nie powiem:)). Za jedną z najlepszych książek Nigelli Lawson uważam książkę 'Nigella Christmas' i to z niej zaczerpnęłam pomysł na domowy cukier waniliowy. Sposób wykonania zmieniłam, a zainspirowała mnie Anoushka. Kiedy w pewien majowy wieczór robiłyśmy razem dżem truskawkowy w Ruinie, rozmawiałyśmy o wanilii i Anoushka wspomniała, że często do ciasta czy deserów dodaje kawałki łupinek razem z ziarenkami, bo ma wspaniały aromat i szkoda jej wyrzucać. Dzięki tej rozmowie zrobiłam pięknie pachnący cukier waniliowy.

1kg drobnego nierafinowanego cukru do wypieków
4 świeże laski wanilii*
wyparzony szklany słoik o pojemności 1000ml

Całe laski wanilii tniemy na małe kawałeczki i umieszczamy w młynku do kawy.
Dosypujemy 2 łyżki cukru i chwilę mielimy całość.
Do dużej miski wsypujemy resztę cukru, zmielony cukier z wanilią i całość dokładnie mieszamy po czym przesypujemy do słoika i dokładnie zakręcamy.
Po tygodniu cukier jest gotowy do użycia.



Domowy cukier lawendowy

Ten cukier wymyśliłam sobie już w zeszłym roku, niestety nie udało mi się nigdzie kupić suszonej lawendy i nie miałam śmiałości by poprosić Was o nią. W zeszły weekend przy londyńskiej stacji metra Marble Arch nastąpiła mała wymiana handlowa, dzięki której w me ręce trafił spory woreczek wypełniony po brzegi pachnącą suszoną lawendą! Arku i Izo jeszcze raz dziękuję Wam za ten cenny prezent :) A cukier? Jest wspaniały!

500g drobnego nierafinowanego cukru do wypieków
6 łyżek suszonej lawendy
wyparzony szklany słoik i pojemności 500ml

Lawendę i 1 łyżkę cukru mielimy w młynku do kawy na proszek.
Resztę cukru wsypujemy do miski, dodajemy zmielony cukier z lawendą i całość dokładnie mieszamy, po czym przesypujemy do słoika i dokładnie zakręcamy.
Po tygodniu cukier jest gotowy do użycia.



Domowy ekstrakt waniliowy

Przepis na ekstrakt wynalazłam dawno temu na forum CinCin i właściwie to nie wiem, czemu czekałam tak długo by go zrobić. W Anglii taki ekstrakt jest dosłownie na wyciągnięcie ręki (pod warunkiem że jesteście gotowi by wydać na małą buteleczkę tego cuda ponad 5 funtów), więc pewnie to też miało swój wpływ na moje ociąganie się z nastawieniem własnego. Do zrobienia domowego ekstraktu użyłam waniliowej wódki Absolut, ale to nie jest koniecznie. Kiedyś czytałam, że można użyć innego mocnego alkoholu, jak rum, whisky czy brandy i nie omieszkam poeksperymentować w niedalekiej przyszłości :)

250ml czystej wódki (użyłam waniliowej wódki Absolut)
6 świeżych lasek wanilii
wyparzona butelka o pojemności 250ml

Laski wanilii przecinamy na pół i wkładamy do butelki.
Wlewamy wódkę, zakręcamy butelkę i mocno potrząsamy.
Ekstrakt odstawiamy do szafki lub spiżarki (nie może to być miejsce z dostępem do promieni słonecznych) na kilka tygodni i co jakiś czas energicznie potrząsamy butelką.
Ekstrakt jest gotowy do użycia po miesiącu, ale lepiej poczekać kolejny miesiąc - wtedy nabierze właściwego aromatu.

Po lewej ekstrakt tygodniowy, po prawej dwu-miesieczny

Poniższe przepisy na dżemy to totalna samowolka. Ja naprawdę polubiłam tą zabawę!
Tutaj zapraszam na wyczerpujący wpis o robieniu domowych dżemów (konfitur, marmolad) krok po kroku, a dziś zapraszam Was na dwa kolejne udane przepisy. 



Dżem z malin i jeżyn z dodatkiem Porto
Przepis własny

300g malin
500g jeżyn
200g cukru
1 łyżeczka ziarenek różowego pieprzu
sok wyciśnięty z 2 cytryn
skórka z 3 cytryn (otarta lub zdjęta zesterem)
szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej
1 łyżka słodkiego, gęstego octu balsamicznego
180 ml wina Porto (lub czerwonego półsłodkiego wina)

Maliny i jeżyny zasypałam połową cukru i odstawiłam na godzinę.
Ziarenka pieprzy roztarłam w moździerzu. 
W dużym rondlu o grubym dnie z reszty cukru zrobiłam karmel.
Dodałam zasypane owoce wraz z całym sokiem, pieprz, gałkę, sok i skórkę z cytryn i gotowałam na dużej mocy palnika, aż dżem osiągnął odpowiednią konsystencję.
Pod koniec dodałam ocet i Porto i gotowałam jeszcze chwilkę.
Gotowy dżem przełożyłam do gorących słoików, mocno zakręciłam, postawiłam na zakrętkach i poczekałam, aż wystygną.
Schowałam do spiżarki.




Dżem z moreli i lawendy z dodatkiem Sake
Przepis własny

150g cukru
150ml wody
700g dojrzałych moreli
1 bardzo dojrzały banan (opcjonalnie)
4 łyżki cukru z lawendą
skórka otarta z 1 cytryny
sok wyciśnięty z 2 cytryn
1 łyżka suszonej lawendy
180 ml wódki Sake (lub dowolnej białej wódki)

W dużym rondlu o grubym dnie zrobiłam syrop z wody i cukru.
Dodałam morele, rozgniecionego banana, cukier z lawendą, skórkę i sok z cytryny oraz suszoną lawendę.
Całość gotowałam na dużej mocy palinka, aż dżem nabrał odpowiedniej konsystencji.
Pod koniec dodałam Sake i gotowałam jeszcze chwilkę.
Gotowy dżem przełożyłam do gorących słoików, mocno zakręciłam, postawiłam na zakrętkach i poczekałam, aż wystygną.
Schowałam do spiżarki.




Lawendowa kawa

1 porcja ziarenek kawy (na jedną mocną kawę)
pół łyżeczki suszonej lawendy
mleko (u mnie krowie bez laktozy)
cukier (do smaku)

Ziarenka kawy zmieliłam w młynku razem z lawendą i zaparzyłam kawę.
Dodałam podgrzane mleko i cukier.
Niebo w gębie!

Smacznego!

*świeże laski wanilii to takie, które łatwo można zgiąć i przeciąć na pół. Nie dajcie się nabrać - jeśli laska wanilii jest twarda i nie możecie jej zgiąć ani przeciąć, oznacza to że jest stara i wyschnięta.

Kochani tym wpisem żegnam się Wami na 2 tygodnie. W środę lecimy do domu. Nie będe zaglądała tutaj codziennie, więc nie będę w stanie odpowiadać na Wasze pytania na bieżąco. Mam nadzieję, że miło spędzicie ostatnie dni sierpnia i że wrzesień przywita nas ciepłem i słońcem. Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia wkrótce!


Saturday, 14 August 2010

Weź mnie ze sobą do pracy


Ostatnio przeprowadziłam w pracy małe śledztwo. Na 30 osób pracujących w budynku (cała reszta czyli jakieś 360 osób pracuje 'w terenie') tylko 2 do 5 osób przynoszą ze sobą do pracy obiad (w tym ja i moja koleżanka Turczynka urodzona i wychowana w Londynie). Codziennie wymieniamy się przepisami i zaglądamy sobie do pudełek na lunch :) M. próbowała namówić mnie na dietę (zabijcie mnie, ale nie pamiętam jak się nazywa), ale w skrócie chodziło o to, że nie spożywa się żadnych przetworzonych produktów (puszek, gotowych obiadów, sosów z torebek). No jaka to dieta, jak my jemy (a raczej NIE jemy) tak na co dzień? Pod warunkiem, że nie wliczamy w to imbirowego piwa i Martini :)
Najczęściej zabieram ze sobą do pracy sałatki, bo nie trzeba ich podgrzewać i świetnie sycą, jeśli mają odpowiednio dobrane składniki.
I tak. Moją ulubioną jest sałatka siłacza (Serwusowo ukłon w pas!). Zabieram ją ze sobą w dni, kiedy idę po pracy na siłownię. Niestety ze względu na zawartość soczewicy nie mogę jeść jej częściej niż raz na tydzien.
Moją drugą ulubioną sałatką jest prosta jak budowa cepa sałatka z ryżu i tuńczyka. Tą robię zdecydowanie częściej (ostatnio mam wrażenie, że nawet za często) i zupełnie nie przeszkadza mi zapach tuńczyka w pracy (od czego jest szczoteczka do zębów i dropsy miętowe?:)). Przepisów na ten rodzaj sałatki jest w sieci setki. Ja nie skorzystałam z żadnego. Przepis, którym dzielę się z Wami dzisiaj to wynik tzw. metody prób i błędów. Ryżu nie może być za dużo, bo wtedy tuńczyka nawet w sałatce nie poczujemy. Jeśli chodzi o gatunek ryżu, to najlepszy jest tutaj ryż dlugoziarnisty. Ja lubię bardzo basmati, dziki, czerwony lub mieszanka wszystkich wymienionych. Inny się po prostu nie sprawdzi, bo będzie się kleił. Gdy mam ochotę zaszaleć, do wody w którym gotuje się ryż dodaję szczyptę curry (dla zaostrzenia smaku) oraz kurkumy (dla ładnego koloru).
Niech ten wpis będzie początkiem serii o szybkich, smacznych i sycących 'lanczów'. Postaram się co jakiś czas podsunąć Wam jakiś ciekawy pomysł :)

Sałatka z ryżu, tuńczyka i czerwonej fasoli
Przepis własny

1 łyżka oliwy z migdałów (lub zwykłego oleju)
1 szklanka ryżu długoziarnistego (gorąco polecam mieszkankę ryżu długoziarnistego, czerwonego Camargue i dzikiego)
1 szklanka suchej czerwonej fasoli
2 puszki tuńczyka w oleju
1 mała czerwona cebula, pokrojona w drobną kostkę
2 szczypiory z młodymi cebulkami, pokrojone w małe kawałki
2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
skórka otarta z 2 cytryn
sok wyciśnięty z 2 cytryn
4 łyżki domowego majonezu na białkach (lub 2 łyżki ulubionego majonezu wymieszane z 2 łyżkami jogurtu naturalnego)
sól
świeżo mielony czarny pieprz
szczypta suszonych płatków chili (opcjonalnie)
szczypta ostrego żółtego curry 
pół pęczka koperku
pół pęczka natki pietruszki

Mój lubiony sposób na sypki ryż (na 1 szklankę suchego ryżu używam 1.5 szklanki wody)

Ryż płuczemy na sicie kilka razy, aż woda będzie czysta (to pozwoli wypłukać z ryżu skrobię i ziarenka nie będą się do siebie kleić).
W szerokim płaskim rondlu rozgrzewamy oliwę i dodajemy szczyptę curry i chilli, smażymy minutę.
Dodajemy wypłukany ryż i smażymy przez około 5 minut, aż ryż zrobi się szklisty (często mieszamy - ryż nie może się przypalić).
Dolewamy 1.5 szklanki wody, pół łyżeczki soli, zmniejszamy moc palnika do minimum, przykrywamy garnek pokrywką i zostawiamy ryż na 20 minut.
Gdy ryż wchłonie prawie całą wodę, zdejmujemy pokrywkę i pozwalamy by reszta wody wyparowała (również mieszamy ryż).
Studzimy.


Fasolę moczymy w zimnej wodzie przez całą noc.
Na drugi dzień wodę wylewamy i gotujemy fasolę w świeżej wodzie, aż będzie miękka.
Tuńczyka odsączamy z oleju (odrobinę zalewy możemy zostawić, wtedy sałatka będzie smaczniejsza).
W dużej misce mieszamy ugotowaną fasolę, tuńczyka, ryż, cebulę, szczypiorek, czosnek, sok i skórkę z cytryny oraz przyprawy.
Dodajemy majonez i dokładnie mieszamy (ilość majonezu możemy zwiększyć oraz możemy dodać łyżeczkę dobrej musztardy).
Na końcu dodajemy świeże zioła i ewentualnie doprawiamy do smaku.

Smacznego!

*Ugotowany ryż (szczególnie taki trzymany w cieple) jest idealną pożywką dla bakterii bacillus cereus, które powodują zatrucie pokarmowe. Ryż należy albo bardzo szybko schłodzić, albo od razu zjeść. W lodówce nie powinniśmy przechowywać go dłużej niż 2-3 dni, dlatego lepiej jest go zamrozić.



Sunday, 8 August 2010

Kompot z makaronem


W czwartek wyszłam z pracy godzinę wcześniej. Metro okazało się być mniej zatłoczone niż w godzinach szczytu (hura!). Usiadłam na przeciwko małego Chłopca (hura!), Chłopiec miał (na moje oko) 6 może 7 lat. Obok siedział jego Tato. Tato z Chłopcem grali w angielską wersję gry w łapki. Śmiech Chłopca wypełniał cały wagon. Dziecięcy, szczery śmiech. Prawdziwy i beztroski. Śmiech, którego tak często brakuje w dorosłym życiu. A gdyby tak wrócić z pracy, wziąć gorącą kąpiel z bąbelkami, odgrzać wczorajszą ulubioną zupę z dzieciństwa, ugotować do niej porcję świeżego makaronu, założyć pachnąca piżamę, otulić się pachnącym kocem, usiąść w ulubionym fotelu z ulubioną książką*  i odpłynąć? 
Dla mnie taką zupą jest zupa owocowa. Letnie zupy owocowe to jedyne zupy, do których dodaję odrobinę (dosłownie na czubku łyżeczki) mąki ziemniaczanej. I chociaż jestem wielką przeciwniczką doprawiania potraw płynnych mąką (tak jak Monika:)), to w tym przypadku stosuję maleńkie odstępstwo od zasady. A to wszystko dlatego, że nie lubię długo gotować świeżych owoców - mam wrażenie że woda wypłukuje z nich smak i aromat.
Mam nadzieję, że tak właśnie spędzacie weekend - beztrosko, leniwie, powoli i po swojemu. Ja po prostu odsypiam poprzednie tygodnie nigdzie się nie spiesząc. Nie mamy gości, nie zaplanowaliśmy żadnych wycieczek - jest wspaniale. Telefon ściszony, nie wiem gdzie jest, nie szukam go. Wybaczcie jeśli ktoś próbował się ze mną skontaktować - w ten weekend ważniejsza jest dla mnie cisza i spokój.

*u mnie byłyby to Baśnie Braci Grimm, a u Was? 


Letnia zupa owocowa
Przepis własny

750-1000ml wody (zależy jak gęstą lubimy zupę)
mąka ziemniaczana (na czubku łyżeczki do herbaty)
100g jasnego brązowego cukru (lub do smaku)
500g mieszanych owoców (u mnie było 250g malin i 250g truskawek, ale świetnie sprawdzą się również jeżyny, jagody, porzeczki czy wiśnie)
sok z 1 cytryny
kilka kropel ekstraktu z migdałów
kawałeczek utartego korzenia imbiru (opcjonalnie, ale polecam)
szczypta gałki muszkatołowej
słodka śmietanka
ugotowany ulubiony makaron (u mnie tajski ryżowy) lub ryż

Mąkę ziemniaczaną rozmieszać ze 100ml zimnej wody.
Resztę wody zagotować w czajniku.
W garnku z cukru robimy karmel, dodajemy wodę i mieszamy.
Dodajemy owoce, sok z cytryny, ekstrakt z migdałów, imbir i gałkę muszkatołową.
Gotujemy całość do 10 minut - owoce mają zacząć się rozpadać, ale być jędrne.
Całość miksujemy (lub jeśli ktoś nie lubi zmiksowanych zup może zostawić owoce w kawałkach) lub rozgniatamy widelcem.
Dodajemy mąkę rozmieszaną z wodą i gotujemy kolejne 5 minut.
Podajemy z makaronem i słodką śmietanką (lub tak jak Monika z lodami, lub tak jak Ela z bezowymi chmurkami).

Smacznego!



Thursday, 5 August 2010

Przychylnym okiem

Pomimo moich narzekań i faktów, które przemawiają na niekorzyść Londynu to MUSZĘ przyznać, że to piękne miasto, które wypada odwiedzić chociaż raz. Ja najbardziej lubię Londyn nocą - gdy miasto rozbrzmiewa nocnymi szeptami, można swobodnie pospacerować i ... porobić zdjęcia. W którąś sobotę wzięliśmy aparat i statyw i oto dowód naszej wyprawy. To nasze pierwsze zdjęcia robione nocą i na pewno nie ostatnie! Ja marudzę, ale umiem docenić tą ładniejszą stronę Londynu. Najlepiej wychodzi mi to w weekend, kiedy nie muszę jeździć metrem ściśnięta jak kiszony ogórek w słoiku :) Zdjęcia robiliśmy wspólnie więc i ujęcia są wspólne.
Uściski ślę i jeszcze raz dziękuję za wszystkie życzenia! Udanego czwartku Wam życzę - już niedługo weeeeeeeeeeeknd!

A weekend można na przykład upiec pyszne różki - Basiu dziękuję za podzielenie się z nami jedną z największych tajemnic Babci Rózi :* Kochani zapraszam wraz z Basią na kolejny odcinek Weekendowej Cukierni. Sierpniowy.

PS A tak Londyn widzi swoimi oczami Delie.














Tuesday, 3 August 2010

Sentymentalnie


Ponad 4 lata temu zmieniło się moje życie. Ponad 4 lata temu podjęłam decyzję o przeprowadzce do Anglii. Nie żałuję. Jestem pewna, że gdyby do Londynu przyjechała Agnieszka, to pokazałby na swoich zdjęciach to miasto w taki sposób, że mnie samej zaparłoby dech w piersiach. Tymczasem...

Wiedziałam, ze powrót do Londynu będzie wywoływał u mnie zmiany nastroju. Codziennie uczę się tutaj cierpliwości przemierzając tunele londyńskiego metra, dwa razy dziennie biorąc udział w walce o miejsce w pociągu i jadąc w nim ściśnięta jak sardynka w puszce by na czas dotrzeć do pracy,  czując na szyi ciepłe oddechy obcych ludzi (sic!), próbując odwiedzić w weekendy swoje ulubione miejsca, w których jak na złość są setki turystów, próbując zrobić zdjęcie w parku, gdy przed obiektywem przemieszczają się niezliczone ilości par nóg skutecznie uniemożliwiając zrobienie chociażby jednego ujęcia. Nie kręcą mnie luksusowe sieciowe molochy z kosmetykami i ometkowanymi wszędzie ciuchami i butami. Milion razy wolę malutkie sklepiki mało znanych projektantów, ukryte w wąskich uliczkach tak, że trzeba się bardzo postarać by je odnaleźć. Nie kręcą mnie torby z wielkimi klamrami opatrzonymi logo, chodzące ulicami klony próbujące być na czasie z najnowszymi trendami, a wyglądające często jak pajace (sic!), czy spędzanie każdego popołudnia w pubie. Nie jestem typem osoby, która dobrze czuje się w wielkim mieście. I naprawdę jestem świadoma plusów mieszkania tutaj - targi owocowo-warzywne, markety farmerskie, dostępność produktów na wyciągnięcie ręki, tańsze bilety lotnicze czy przepiękne parki. I bardzo staram się by 'minusy nie przysłoniły mi plusów'*. Jestem osobą, która żyje własnym rytmem i która potrafi ze zmęczenia odwołać zaplanowane wcześniej spotkanie tylko po to, by spędzić cały weekend otulona kocem z książką w ręku, ale doskwiera mi brak bliskich znajomych. Wybaczcie mi ten sentymentalny wpis - nie jestem w nich dobra. Ale jest przyczyna, dla której zebrało mi się na zwierzenia...

Spędziłam tutaj swoje kolejne urodziny. Drugie w Londynie, a czwarte w Anglii. Tak się składa, że minęły również 2 lata odkąd zaczęłam pisać tego bloga.
Nie będę się rozpisywać (?).
Były chwile złe i dobre, poznałam wspaniałych ludzi, ale na innych się sparzyłam, sprzedałam kilka zdjęć, kupiłam nowy aparat, mam dłuższe włosy, trzy razy zmieniłam baner... Ale przede wszystkim zrozumiałam, że prowadzenie bloga to ogromna przyjemność! Uwielbiam zostawiać Wam komentarze, odpisywać na Wasze (choć nie zawsze na czas), dyskutować z Wami wieczorami na tematy niekoniecznie kulinarne, spytać Was jak Wam minął dzień i jak  się czujecie. Żałuję tylko, że w polskiej blogosferze wciąż tak dużo zawiści i zazdrości i są osoby, które z dnia na dzień przestają się do Ciebie odzywać i bawią się w pisanie   antypostów.  Blog to tylko zabawa - prawdziwie życie toczy się przecież poza nim i myślę, że warto o tym pamiętać. Najważniejsze to być w porządku z samym sobą, znaleźć swój własny rytm i cel, dla którego bloga piszemy i zupełnie nie przejmować się durnotami.  Wiem, że ten blog jest malutką perełką w blogosferze  (szczególnie w porównaniu z blogami 'starych wyjadaczy' :)), ale to wspaniałe dwa lata MOJEGO życia. Nie wiem jak długo uda mi się go prowadzić - życie jest nieprzewidywalne i z dnia na dzień mogę po prostu przestać go pisać. Ale póki co cieszę się, że jest. Ale przede wszystkim cieszę się, że jesteście tu ze mną. Nie oszukujmy się - jesteście nieodłączną częścią Kuchennego Stołu i bez Was nie byłby on tak fantastycznym miejscem. Za to Wam dziękuję. I za cierpliwość, gdy nie zawsze mogę na czas odpisać na Wasze listy.

Zatem usiądźcie wygodnie, czujcie się jak u siebie i częstujcie do woli urodzinowymi ciastami :)

Zapraszam!



Czekoladowe ciasto z cukinią
Źródło: Na podstawie BBCGoodFood Magazine - oryginalny przepis zmodyfikowałam

Na tortownicę o średnicy 24cm

350g mąki pszennej
50g kakao
pół łyżeczki sody oczyszczonej
2 bardzo płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki przyprawy korzennej
1 łyżeczka różowego pieprzu utartego w moździerzu (opcjonalnie - dodałam od siebie)
175 ml kopha (tłuszczu z kokosa) lub delikatnej oliwy (np. migdałowej)
175g cukru
3 duże jajka
2 łyżki ekstraktu z wanilii
sok z 1 cytryny
3 duże młode cukinie (waga przed starciem 500g)
150g prażonych orzechów laskowych
200g ciemnej czekolady połamanej na kawałki (opcjonalnie - dodałam od siebie)

Polewa

200g ciemnej czekolady
100ml słodkiej śmietanki

Piekarnik rozgrzewamy do 160C.
Spód i boki tortownicy smarujemy olejem; spód wykładamy krążkiem papieru do pieczenia.
W misce mieszamy mąkę, kakao przyprawę korzenną, pieprz, proszek do pieczenia, sodę i 1 łyżeczkę soli. Mieszamy.
W drugiej misce ubijamy jajka z cukrem, aż masa będzie biała i puszysta.
Dodajemy kopha (lub olej), ekstrakt z wanilii i sok z cytryny i mieszamy.
Cukinii nie obieramy i ścieramy na tarce do jarzyn (duże oczka).
Dodajemy do masy jajecznej i delikatnie mieszamy.
Do masy dodajemy orzechy i połamaną czekoladę, mieszamy,
Na końcu dodajemy wymieszane suche składniki i dokładnie, ale delikatnie mieszamy.
Masę przekładamy do tortownicy, wyrównujemy wierzch i pieczemy przez 45 minut lub do suchego patyczka (mój piekarnik jest wredny i muszę piec ciasta odrobinę dłużej) - UWAGA żeby nie wysuszyć za bardzo ciasta!
Ciasto studzimy najpierw w piekarniku, a później wyjmujemy z formy i studzimy na kratce.

Czekoladę przeznaczoną na masę łamiemy na kawałki.
W małym rondelku zagotowujemy wodę (tak by dno postawionej na rondlu miski z czekoladą nie dotykało powierzchni wody), stawiamy na nim miskę i wlewamy śmietankę.
Chwilę podgrzewamy.
Rondel zdejmujemy z palnika i do ciepłej śmietanki dodajemy kawałki czekolady. Mieszamy, aż czekolada rozpuści się. Studzimy ciągle mieszając.

Ostudzone ciasto polewamy polewą.


Tort urodzinowy 'bez szaleństw'
Oryginalny przepis od Mamy (wieczorem załaduję zdjęcie oryginalnego przepisu)

Na dwie tortownice o średnicy 20cm

Blaty

100g drobnego cukru
100g cukru waniliowego
8 żółtek
8 białek
250g zmielonych migdałów
4 płaskie łyżki bułki tartej

Piekarnik rozgrzewamy do 160C.
Dno i boki tortownicy smarujemy oliwą i wykładamy papierem do pieczenia.
Białka ubijamy ze szczyptą soli, aż będą sztywne.
Żółtka ucieramy z cukrem i cukrem waniliowym, aż będą blade i gęste.
Migdały mieszamy z bułką tartą i dodajemy do ubitych żółtek (na tym etapie masa będzie gęsta).
Dodajemy 1/3 ubitych białek, delikatnie mieszamy i dodajemy resztę.
Całość dokładnie, ale delikatnie mieszamy.
Masę dzielimy na pół i pieczemy w dwóch tortownicach przez 40 minut.
Studzimy najpierw w uchylonym piekarniku, a później wyjmujemy z formy i studzimy na kratce.

Masa

1 łyżka cukru pudru
4 żółtka
200g masła lekko solonego (lub zwykłego)
200g ciemnej czekolady
sok z połowy cytryny
50ml wódki
150g świeżych malin

Żółtka ucieramy z łyżką cukru pudru na białą i gęstą masę.
Masło ubijamy, aż będzie lekkie i puszyste.
Czekoladę łamiemy na kawałki i umieszczamy w metalowej misce.
W małym rondelku zagotowujemy wodę (tak by dno postawionej na rondlu miski z czekoladą nie dotykało powierzchni wody) i zdejmujemy go z palnika. Stawiamy na nim miskę z czekoladą i mieszamy, aż czekolada rozpuści się. Studzimy ciągle mieszając.
Do ubitego masła dodajemy partiami ubite żółtka z cukrem pudrem i ostudzoną czekoladę. Ubijamy na najmniejszych obrotach miksera.
Dodajemy sok z cytryny, ubijamy.
Dodajemy wódkę i mieszamy.
Odkładamy połowę masy (na wierzch i boki tortu).
Maliny rozgniatamy widelcem i dodajemy do reszty masy. Mieszamy.

Poncz

pół filiżanki wody
sok z połowy cytryny
2-3 łyżki wódki

Do posypania

płatki migdałowe

Każdy blat kroimy na dwa krążki.
Na paterze (talerzu) kładziemy pierwszy blat (przecięciem do góry), nasączamy ponczem i smarujemy masą.
Drugi krążek nasączamy ponczem (z dwóch stron) i układamy na pierwszym przecięciem do góry, smarujemy masą.
Tak samo postępujemy z trzecim krążkiem.
Czwarty krążek nasączamy tylko od strony przecięcia i tą stroną układamy na trzecim krążku.
Wierzch i boki tortu smarujemy odłożoną porcją masy, wyrównujemy i obsypujemy migdałami.
Wstawiamy na noc do lodówki.

Smacznego!





PS1 Dziękuję za wszystkie kartki, życzenia i prezenty :*
PS2 Ciasta powędrowały do pracy i do zdjęć ostały się jeno skrawki :)
PS3 Tort ma idealny poziom słodyczy - masa jest delikatnie kwaskowata od malin, blaty są wilgotne, niezbyt słodkie. Jeśli ktoś lubi za słodkim przepada, powinien zwiększyć ilość cukru w masie