Tuesday, 18 October 2011

Subiektywnie o Blog Forum Gdańsk 2011.

Na dwa dni przed wyjazdem do Gdańska chciałam z niego zrezygnować. Ale pojechałam. Z nastawieniem na dobrą zabawę i z radością dzielenia pokoju z Dorotą. Było warto! Nie ukrywam, że czuję się trochę obnażona. Tak jak cukierek wyjęty z papierka, który staje się zwykłą landrynką. I wcale nie mówię, że landrynki od cukierków są gorsze. Są po prostu 'gołe' i nie mają w sobie ani krzty tajemniczości. Ale facebook i tagowanie robią swoje. Czasem z lekką przesadą.
Mam głowę pełną myśli i wspomnień i doprawdy nie wiem, o czym Wam opowiedzieć!
Moja przygoda z Blog Forum miała wyglądać trochę inaczej. Miałam prowadzić warsztaty fotograficzne (kulinarne), ale organizatorom zależało na wykorzystaniu lamp studyjnych i sztucznego światła. Ja się na tym nie znam, studio nie posiadam i uczciwie z prowadzenia warsztatów zrezygnowałam. Czy zrobiłam źle? Na pewno nie, bo nie sądzę, by uczestnicy chcieli by ktoś mówił im jak mają naświetlać talerz sztucznym snopem światła, kierując się tylko i wyłącznie własną intuicją. Tak więc zostałam prelegentem (panelistą?). Fajnie było, chociaż wolałabym dostać inny zestaw pytań.

O samym Forum? Było bardzo fajnie. Bo nie jest dla mnie rzeczą ważną, czy catering był udany, czy do d..., czy prezentacje były długie, czy krótkie i w jakim klubie obyła się impreza integracyjna. NIE ma możliwości zorganizowania dużego wydarzenia (było nas więcej niż 150 osób!) tak, by każdy był w 100% zadowolony. Nie ma i kropka. Zawsze znajdzie się jakiś malkontent niezadowolony z życia, dla którego dzień bez marudzenia to dzień stracony. W tym miejscu pragnę również przypomnieć, że naszą narodową cechą jest (niestety) brak zadowolenia z czegokolwiek.
Mam ochotę wyściskać organizatorów za możliwość spędzenia czasu z fantastycznymi ludźmi, wyrażając po cichu nadzieję, że zaproszą mnie do Gdańska w przyszłym roku.
I niech żałują Ci, co nie załapali się na afterparty w hotelowym lobby. Ja odpadłam wcześniej, czego sobie nie wybaczę do końca życia.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak dobrze się bawiłam. Poznałam wiele wspaniałych ludzi, o których istnieniu nie wiedziałam, ludzi, których znałam tylko blogowo  oraz po raz kolejny miałam okazję spotkać się z Dziewczynami (One już wiedzą o kogo mi hodzi!). Dzięki Pawłowi zjadłam (dwa razy!) najlepszy na świecie rosół z kołdunami Pani Tatiany, dzięki Ewie miałam okazję wziąć do rąk najpiękniejszy na świecie (i przeze mnie pożądany) aparat fotograficzny i dostałam kanapkę od samego Kominka. Oł je! I mogłabym wymieniać bez końca, ale uwierzcie mi, że takich chwil nie da się opisać żadnymi słowami. W ostatniej chwili zmieniłam zdanie (Anulka dzięki!) i poszłam na świetne warsztaty dziennikarskie, prowadzone przez Anię Luboń z magazynu Elle. Mam nadzieję, że pióro mi się poprawi i od dzisiaj będzie mnie łatwiej czytać.

A jednak dopadło mnie nieodparte wrażenie, że blogowicze spoza sfery kulinarnej nie mieli pojęcia co my, blogerki kulinarne, mamy na myśli mówiąc, że pisanie bloga o takiej właśnie tematyce to nasz pasja. Widocznie pojęcie pasja ma dla nas trochę inny wymiar, niż dla blogerów zupełnie niekulinarnych. I o ile jestem w stanie zrozumieć, że pisanie o kotlecie nie musi być dla wszystkich zrozumiałe, tak samo jak przeżywanie kulinarnego orgazmu podczas jedzenia chrupiącej, czosnkowej bagietki obłożonej bruschettą z dojrzałych pomidorów, o tyle jestem odrobinę zawiedziona, że nie miałyśmy okazji o tym opowiedzieć. Z drugiej strony mam świadomość, że to nie był zlot stricte kulinarny i nie my byłyśmy głównymi bohaterkami. Tak, ja też musiałam to sobie uświadomić i jest mi lepiej. Pozostaje mieć nadzieję, że nasza obecność i aktywne uczestnictwo w dyskusjach zwróci uwagę na kulinarną część blogosfery. W tym miejscu pragnę podziękować Mirkowi za sympatyczną wzmiankę o kucharkach!
Aha i ominęła mnie dyskusja o blogach i blogaskach... I dzięki ci losie! Słowo blogasek wywołuje u mnie te same odruchy co kawusia i kakałko.

Czego żałuję? Żałuję, że nie było z nami żadnego kulinarnie blogującego faceta. Żałuję, że Forum nie trwało dłużej, bo nie z każdym udało się zamienić chociaż kilka słów. Żałuję, ze nie miałam czasu na fotograficzny spacer po Gdańsku z Ewą, szczególnie gdy patrzę na piękne zdjęcia Moniki. Aż mnie ściska. Ale nic straconego! Do Gdańska wrócę na pewno i to nie jeden raz. Piękne to miasto.

Absolutnie nie żałuję decyzji o przyjeździe i uczestnictwie w Forum. Nie wiem, czy byłam dobrym prelegentem. Wy mi powiedzcie. Ale przede wszystkim nie żałuję, że nasz lot powrotny do Warszawy był opóźniony, bo na ten sam lot czekała śmietanka uczestników Forum, którzy przygarnęli moją skromną osobę do swojego stolika.
Nie wiem, czy ta relacja jest Wam przydatna. Chciałam tylko powiedzieć, że to fajne przeżycie i na pewno zapadnie ono na bardzo długo w moim sercu.
W tym miejscu chciałam podziękować wszystkim tym, dzięki którym mogłam TAM być i tym, którzy wytrzymali w moim towarzystwie dłużej niż 5 minut. Jako wisienka na torcie wspaniała wiadomość - Ania i Jej Truskawkowy blog wygrały w konkursie Blog of Gdańsk (głosowanie internautów). Wspaniale!
Podsumowując zapraszam do obejrzenia Mediafunowego filmu. To tylko 20 minut, a zapewniam, że warto! A na sam koniec zapraszam Was na oficjalna stronę Blog Forum Gdańsk 2011, gdzie znajdziecie materiały z całego spotkania oraz linki do innych jego recenzji.



Hotelowy korytarz i Dorota

Tak, uwielbiam fotografować (przez) firanki








Zdjęcie zrobione przez firankę w hotelowym pokoju


dwie wieże





Zdjęcie autorstwa Agnieszki Piegowatej

Sunday, 16 October 2011

Soy bean and linseed loaf from Bourke Street Bakery. World Bread Day 2011.

Around the kitchen table

I am very happy to participate another World Bread Day hosting by Zorra. It is quite important day bearing in mind that some people are not able to have a fresh bread fort their everyday breakfeast.
Enjoy my recipe and have a wonderfull Sunday!

Baking is a part science, part stoneground milling and part river-running romance. But it's not the romance that will keep you baking consistently good, it's the science(...)
Creating something from scratch is a beautiful thing. Being able to share your creation is a double pleasure. Baking at home for yourself or your beloved ones is always going to be well received. No matter what the outcome you can be sure that anything you make is going to be much fresher than what you can purchase in a supermarket(...)
Patience in baking is not a virtue: it is a necessity. A good baker can control the dough if they can control the environment where the dough is created. However, sometimes with baking, as with life, things don't go to plan and you might have to follow the dough instead of leading it(...)
Bread baking is half science  and half wild creation, which is its beauty. If you think a loaf of bread is ready to go in the oven from the techniques you have learned, but the recipe says hold it back another 10 minutes, throw the little bugger in the oven: trust yourself. The worst can happen is that you learn a little more from the experience(...)
Sourdough is the heart and soul of baking. Once people get a taste for sourdough, it's hard to turn back. If you are looking for a wholesome, natural bread that has a low GI, without preservatives or additives than sourdough is the bread for you. Making sourdough bread will take time, but the labour is well worth the effort. Paull Allam & David McGuinness 'Bourke Street Bakery'

Around the kitchen table

SOY BEAN AND LINSEED SOURDOUGH LOAF*

Sourdough bread base
/makes 1.5kg - you need 890g for further recipe/

405g fresh rye starter
765g organic light rye flour
400ml water
20g sea salt

Put the starter in a large bowl with the flour and water. Mix together with a large spoon until it comes together to form a dough. Turn out onto a clean work surface and knead into a ball with your hands, for about 10 minutes. Cover with plastic wrap and set aside to rest for 20 minutes. Sprinkle the salt over the dough and knead it for a further 20 minutes or until smooth and elastic.
To check the dough has the required structure, roll up a little piece of dough and stretch it out to create a 'window'. If the dough tears at the slightest touch, it is under-mixed. What you want is to be able to strech out the dough to transparency.
At this stage the dough temperature should be 25-27C (77-81F).
Lightly grease a container with oil spray and sit dough inside. Cover with plastic wrap and set aside at ambient room temperature for 1 hour to improve.
To knock back the dough, turn it out onto a lightly floured surface and press out onto rectangle, about 2.5cm thick. Use your hand to fold one-third back onto itself, then repeat with the remaining third. Turn the dough 90 degrees and fold it over again onto thirds. Place the dough back into the container and continue to bulk prove for a further 1 hour.

Main loaf

100g cooked soy beans
500ml water
890g sourdough bread base (as above)
50g linseeds (flax seeds)
30g soy flour

After the second bulk prove turn the dough out onto a lightly floured surface and press out onto rectangle as before. Slowly sprinkle the linseeds over it and lightly mix in the cooked soy beans and soy flour. Gently knead the dough to make sure everything is well incorporated into a it.
Use a blunt knife or divider to divide the dough into two even-sized portion, about 500g each. Working with one portion at a time, continue to shape the loaves. Line two baskets with a tea towel, lightly dust both with flour and place a loaf inside each, seam side up. Place both baskets in the refrigerator loosely covered with a plastic bag for 8-12 hours.
Preheat the oven to its highest temperature.
Remove the covered loaves from the refrigerator and let them rest in a humid place until each loaf has grown in size by by two-thirds (this could take anything between 1 and 4 hours). If the loaves push back steadily and quickly when you push lightly into them with a finger then they are ready. Score the loaves and place in the oven.
Spray the oven with water and bake the loaves for 20 minutes.. then turn the loaves around, and bake for further 10 minutes, watching carefully to make sure that the loaves do not burn. Check the base of each loaf with a tap of your finger - if it sounds hollow. it is ready.
Baking should take no longer than 40 minutes in total.

Enjoy!

*Please note that I have slightly changed the original recipe from the book.. The original one is as follow:
Sourdough bread base
405g fresh white starter
765g organic white bread flour
400ml water
20g sea salt

Main loaf

30g soy beans (in the original recipe soy beans are soaked overnight and added to the dough uncooked)
300ml water
890g sourdough bread base (as above)
20g linseeds (flax seeds)
30g soy flour

Around the kitchen table

Friday, 14 October 2011

Do zobaczenia w Gdańsku! Zpiosenką w tle.


Thursday, 13 October 2011

Gulaszowa trochę odchudzona. Z pieczoną papryką i pieczonymi pomidorami.

Around the kitchen table

Wełniany sweter do kostek, ciepłe skarpety i kubek herbaty z miodem, sokiem z cytryny i świeżym imbirem. Gdybym miała kominek zwinęłabym się w kulkę, przytuliła do Loli i chłonęła Jej ciepło i ciepło kominka w każdy wieczór.
Tymczasem do szczęścia musi wystarczyć mi rozgrzany piekarnik i zapach pieczonej papryki i pomidorów.
Pieczona papryka to prawdziwa arystokratka. Ma lekko orzechowy smak i fantastyczny aromat. Jest deliaktna, ale charakterna. A w dodatku mam dobrą wiadomość - jeśli ktoś tak jak ja musi ograniczać setki produktów (w tym surową paprykę), pieczona papryka jest dużo bardziej dla niego korzystna.
Jeśli do pieczonej papryki dodamy miąższ z pieczonych pomidorów, podsmażone krótko chrupkie cząstki pieczarek, a całość doprawimy wolno smażonym czosnkiem i cebulą oraz słodką papryką w proszku, jesteśmy na dobrej drodze do raju. Kulinarnego.
Gotowanie gulaszowej to moje kulinarne haiku.
Palcami ściągam skórkę z jeszcze ciepłych upieczonych pomidorów i papryki, lekko się przy tym parząc. Kroję paprykę w cienkie, równe paski, a mięso w równą kostkę. Moderuję ilość dodanych przypraw i uzupełniam szczyptą brązowego cukru.
Zostawiam w lodówce na całą noc, by na drugi dzień otulić rękami pełną miskę niezwykle esencjonalnej zupy gulaszowej. Gulaszowej odchudzonej, bo bez ziemniaków i marchewki. Za to z pieczarkami.
Może się skusicie?

PS Nie chcę, żeby to co napiszę stało się głównym tematem tego wpisu, ale jeśli czujecie, że nie czujecie się tak samo dobrze jak kiedyś i wiecie, że COŚ jest nie tak jak być powinno, drążcie temat do samego końca. I nawet jeśli niekompetentny lekarz powie Wam, że to na pewno wynik wyścigu szczurów, w którm bierzecie udział (sic!), powiedzcie Mu żeby się stuknął palcem w czoło i idzicie do innego lekarza. Spokojnie nie jestem obłożnie chora! Ale w końcu wzięłam sprawy w swoje ręce.

GULASZOWA ODCHUDZONA Z PIECZONĄ PAPRYKĄ I PIECZONYMI POMIDORAMI

1.5 litra ulubionego bulionu
kilka łyżek oliwy do smażenia
700g wołowiny (np. antrykot)
pieprz czarny młotkowany lub grubo mielony
pół łyżeczki kminku
kilka kulek ziela angielskiego
kilka kulek jałowca
2 listki laurowe
2 duże czerwone papryki
500g dojrzałych i mięsistych pomidorów
2 małe cebule
3 duże ząbki czosnku
300g pieczarek
3 łyżki słodkiej papryki w proszku
1 łyżeczka papryki w proszku ostrej
sól, pieprz, szczypta cukru

Bulion wlewamy do garnka, podgrzewamy i trzymamy na najmniejszej mocy palnika.
Mięso myjemy, suszymy, kroimy w 2cm kostkę i posypujemy obficie czarnym pieprzem.
Na patelni rozgrzewamy oliwę, dodajemy przyprawy (pół łyżeczki kminku, kilka kulek ziela angielskiego, kilka kulek jałowca, 2 listki laurowe) i smażymy, aż zaczną wydzielać aromat.
Zwiększamy moc palnika, dodajemy pokrojone mięso i obsmażamy do zrumienienia.
Zawartość patelni przekładamy do garnka z bulionem i gotujemy na wolnym ogniu przez około godzinę (kawałki mięsa muszą być miękkie).

W międzyczasie pomidory układamy w szerokim naczyniu żaroodpornym i polewamy niewielką ilością oliwy.
Papryki kroimy wzdłuż na pół, usuwany gniazda nasienne i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia przeciętą stroną do dołu.
Piekarnik nagrzewamy do 200C i pieczemy pomidory i paprykę, aż skórka na papryce będzie miejscami czarna, a skórka na pomidorach popęka i zacznie sama odchodzić od miąższu (około 20-30 minut). Gdy warzywa są jeszcze ciepłe zdejmujemy z nich palcami skórkę.
Upieczony miąższ papryki kroimy w paski, a całe pomidory wraz z oliwą i sokiem, jaki powstał przy ich pieczeniu miksujemy w blenderze.

Czosnek drobno siekamy, a cebulę kroimy w cienkie piórka. Pieczarki kroimy w ćwiartki.
Na patelni ponownie rozgrzewamy olej, dodajemy cebulę i czosnek i smażymy na małej mocy palnika, aż cebula się zeszkli i zacznie nabierać złotego koloru.Dodajemy pieczarki i smażymy przez kolejne 5 minut. Zawartość patelni dodajemy do zupy.
Odmierzamy 500ml zmiksowanych pomidorów i dodajemy do garnka wraz z paskami upieczonej papryki.
Całość mieszamy, doprawiamy solą, pieprzem, cukrem i papryką i gotujemy na wolnym ogniu przez maksymalnie 5 minut.
Zupa najlepiej smakuje ponownie odgrzana na drugi dzień. Na noc należy ją schować do lodówki.

Smacznego!

Around the kitchen table

Monday, 10 October 2011

Panna Lola (6 msc)

Do pokonania pewien dystans.
Punkt startowy – półka na pościel pod kanapą w dużym pokoju i różne punkty końcowe.
Blat kuchenny – 4 susy w 1 sekundę
Otwarta lodówka (może wypadnie kawałek szynki?) – 2 susy w pół sekundy
Wanna (najlepsze miejsce do pogoni za ogonem i taplania się w wodzie) – 4 susy w 1 sekundę
Moje plecy, gdy myję włosy pochylona nad wanną – 2 susy w pół sekundy
Drzwi wyjściowe – nanosekunda :)
A jak zasypia, to wtula się całą sobą (popołudniami w Dawida, nad ranem we mnie) i pięknie mruczy.
Słodziak.





Friday, 7 October 2011

O serniku bardzo subiektywnie. Korzenny sernik dyniowy (z puree z dyni).

korzenny sernik dyniowy pumpkin cheescake

Przyznaję bez bicia. Ostatnie ciasto jadłam i piekłam dawno temu. Przecież nie mogę na Forum pojechać z pyzata buzią :)) A poważnie mówiąc, to od dłuższego czasu zupełnie nie mam ochoty na słodkie, co jest pewnie wynikiem różnych przypadłości. Ale Dawid słodkie lubi. I lubi serniki. Ja ostatnio lubię dynię, szczególnie na słodko. Mając na uwadze farsz do naleśników, zrobiłam znacznie więcej puree niż było mi potrzebne i postanowiłam wykorzystać je do upieczenia sernika. Nie korzystałam z żadnego przepisu, tylko zrobiłam swój sernik zupełnie od podstaw. Wczoraj w nocy zjadłam dwa duże kawałki. Mlask.
Poniżej podaję przepis na sernik dla mnie idealny, ale nie każdemu z Was musi on smakować. Nie jestem fanką suchych serników, czyli takich do których dodaje się mąkę czy proszek budyniowy. Nie lubię w sernikach spodów, szczególnie tych wykonanych z gotowych ciastek. Takie ciastka mają w sobie dużo polepszaczy i całą masę innych składników, których nie jem (nigdy nie kupuję ciastek, wolę sobie sama upiec - przynajmniej wiem co do nich dodałam).
Dla każdego sernik idealny oznacza zupełnie co innego. Jedni wolą serniki zwarte, a inni wilgotne i maziste (jak ja). To jaki sernik uzyskamy zależy od dodanych do masy serowej dodatków, ale przede wszystkim od rodzaju użytego twarogu.

Twaróg

W starych książkach kucharskich nie znajdziecie przepisu na sernik, do pieczenia którego użyto kupnego, już zmielonego sera 'na sernik'. To nie jest dobry ser i na pewno smacznego sernika z niego nie upieczemy. Ponieważ nie posiadam maszynki do mięsa ratuję się serem zmielonym z wiaderka. Ale upewnijcie się, że pisze na nim twaróg zmielony, a nie twaróg na sernik.
Najlepszy ser to taki kupiony w kostce, niezbyt kwaśny i nie chudy. Taki ser należy zmielić w maszynce do mięsa dwukrotnie (a najlepiej trzykrotnie). Niektóre przepisy podają by ser przecisnąć przez praskę do ziemniaków (taką do puree), ale próbowałam i to nie jest to.
Ja najbardziej lubię sernik upieczony z własnoręcznie zrobionego sera, ale nie oszukujmy się. Zrobienie sera w domu wymaga czasu i nie zawsze mamy go odpowiednio dużo.

Dodatki

Jak już wspomniałam nie cierpię smaku mąki w sernikach. A to z prostej przyczyny - zupełnie zmienia ona jego smak. Dobrym i sprawdzonym sposobem jest dodanie dwóch ugotowanych i dobrze ostudzonych ziemniaków, tak jak podają stare i sprawdzone książki kucharskie.
Nie uznaję również dodatku proszku budyniowego. Sernik to nie budyń i nie ma co psuć świadomie jego smaku.
Dodatek jaki zawsze używam to chuda śmietana (9%), która niejako uzdatnia smak i konsystencję masy serowej. Nie dodaję nigdy do serników śmietany wiejskiej, bo jest za tłusta. Z tych samych przyczyn nie dodaję również śmietany kremówki.
Do sernika zawsze dodaję całe jajka - nigdy nie ubijam osobno białek. Dodatek takich ubitych białek niepotrzebnie napowietrza masę serową przez co sernik opada podczas studzenia.
Na 1 kg sera wystarczą nam 2 duże (lub 3 małe) jajka, szklanka cukru i szklanka śmietany. Dobrze dodać 2 dodatkowe żółtka, o czym ja zapomniałam. Do masy serowej można dodać ulubione dodatki - otartą skórkę z cytryny, pomarańczy czy limonki, sparzone rodzynki, posiekane orzechy, posiekaną czekoladę, ulubiony aromat czy alkohol.

Wykonanie

Na forum cincin wyczytałam, że wszystkie składniki użyte do pieczenia sernika powinny mieć temperaturę pokojową. I wierzę, że to prawda, chociaż mi zdarzało się piec sernik od razu po wyjęciu składników z lodówki. Tragedii nie ma, ale sernik może popękać. Mi to nie przeszkadza :)
Ważniejszą sprawą jest bardzo krótkie miksowanie wszystkich składników - tylko do ich połączenia. To tak ja w przypadku ciasta naleśnikowego i masy do tiramisu - im dłużej masę miksujemy tym więcej wtłaczamy a nią powietrza i tym samym bardziej ją rozrzedzamy. Taki sernik urośnie w trakcie pieczenia, a stygnąc opadnie i popęka.
Sernik najlepiej piec w tortownicy z odpinaną obręczą niż taką z tylko wyjmowanym dnem. Spód formy zawsze wykładamy papierem do pieczenia, a boki smarujemy tłuszczem, co zapobiegnie przywieraniu masy serowej do wnętrza formy.
Różne źródła zalecają pieczenie sernika w kąpieli wodnej, czyli zabezpieczenie formy folią aluminiową i wstawienie jej do większego naczynia z wodą, która sięga do połowy wysokości formy z masą serową. Taki sposób pieczenia sprawia, że sernik piecze się jednakowo w każdym miejscu. Ja raz upiekłam tak sernik i więcej nie będę się w to bawić. Smaku sernika to nie zmieniło, a para wodna skropliła się przy studzeniu i przy rozwinięciu folii była naprawdę kłopotliwa. Ale nikomu nie zabraniam - można samemu spróbować i ocenić, czy lubicie taki sposób pieczenia sernika.
Sernik najlepiej piec w temperaturze 170C i bez włączonej funkcji termoobiegu, która niepotrzebnie wysusza masę serową. Idealna opcja to włączenie pieczenia z górną i dolną grzałką. Sernik jest gotowy, gdy masa serowa zacznie odstawać od brzegów formy, a jego środek będzie niedopieczony i lekko 'drżący'. Wtedy piekarnik wyłączmy i zostawiamy w nim sernik do całkowitego ostygnięcia. W połowie czasu stygnięcia lekko uchylamy drzwiczki piekarnika, by para mogła swobodnie się z niego wydobyć.
Upieczony i ostudzony sernik najlepiej zostawić na noc w lodówce i podawać na drugi dzień, co może być trudne :) Ale uwierzcie mi, że warto poczekać.
Sernik można polać ulubioną polewą, posypać orzechami, startą czekoladą lub kakao albo podać z dodatkiem świeżych owoców.
***
A tak naprawdę to i tak znajdą się osoby, które się nie zgodzą ze wszystkim co napisałam :) To jest moje subiektywne spojrzenie na sernik. Pewnie te wszystkie porady możecie schować do kieszeni i zrobić sernik z jakiegokolwiek przepisu i zupełnie po swojemu :)
A nawet jak sernik popęka i lekko opadnie (tak jak mi) to co z tego? Przecież nie bierze udziału w konkursie o złote kalesony. Chodzi o smak!

korzenny sernik dyniowy pumpkin cheescake

MOCNO KORZENNY SERNIK Z PUREE Z DYNI

750g trzykrotnie zmielonego tłustego sera
1 szklanka chudej śmietany (9%)
pół szklanki białego cukru
ćwierć szklanki brązowego cukru
2 duże jajka
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
1 łyżka domowej przyprawy korzennej (lub kupnej, ale takiej bez dodatku mąki)
skórka otarta z trzech dużych pomarańczy
szczypta soli
100ml miodu pitnego dwójniaka (a najlepiej półtoraka)
1 szklanka niedbale zmielonych orzechów włoskich (nie do końca - lepiej żeby zostało trochę małych kawałków)

Zmiksować ser, śmietanę, puree z dyni i oba cukry. Należy to zrobić bardzo szybko, ale w miarę dokładnie.
Następnie dodać jajka i jeszcze raz wymieszać.
Dodać resztę składników i wymieszać łyżką lub łopatką.
Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia i wylać do niej masę serową.
Sernik piec na środkowej półce piekarnika w temperaturze 170C przez 45 minut (opcja grzałka górna i dolna).
Następnie wyłączyć piekarnik i zostawić w nim sernik do ostygnięcia (w połowie stygnięcia otworzyć drzwiczki piekarnika).
Sernik włożyć na noc do lodówki.
Po wyjęciu polać ulubioną polewą (ja podałam sernik z sosem śliwkowym).
Smacznego!

Wednesday, 5 October 2011

Naleśniki, korzenny farsz dyniowo-serowy i winny sok z pieczonych śliwek. Jesień.

Lato nie zasłużyło na to, by za nim tęsknić. W tym roku jesień ma przewagę. Dumnie mieni się tysiącem barw i ogrzewa nas pomarańczowym słońcem. Wdzięcznie kusi brązem kasztanów i wilgocią ziemi. Szumi wiatrem i orzeźwia chłodnym powietrzem. 
Cieszę się na tą jesień.
Na wełniane rękawiczki bez palców, na wojskowe buty, na długie wełniane swetry z bujnymi kołnierzami i na swój ulubiony jesienny płaszcz. Na Jej zapach.Tak, jesień pachnie!
Pachnie skoszoną trawą, wilgotnym wiatrem i pierwszymi żółtymi liśćmi, które po cichu spadły z drzewa. Pachnie wrześniowymi pomidorami, które smakują odchodzącym latem. Pachnie pomidorową i czosnkowymi grzankami. Pachnie grzybami i pieczoną dynią. Pachnie pieczonymi śliwkami, korzennymi ciastami i rozgrzewającymi zupami.
Pachnie pieczonym ziemniakiem z rozmarynem i gruszkami z cynamonem.
Pachnie... sobą.


NALEŚNIKI Z KORZENNYM NADZIENIEM DYNIOWO-SEROWYM I WINNYM SOSEM Z PIECZONYCH ŚLIWEK

Słodkie, korzenne puree z dyni

1 mała dynia o wadze 1.5kg
2 płaskie łyżki brązowego cukru
1 łyżka przyprawy korzennej
6 łyżek delikatnego oleju (np. z pestek winogron)
1 łyżeczka octu ryżowego (lub soku z cytryny)

Dynię obieram, kroję na ćwiartki. Każdą ćwiartkę kroję w poprzek na cienkie paski, a następnie każdy pasek w kostkę.
W dużej, płaskiej misce mieszam dokładnie kostki dyni z cukrem, przyprawą korzenną, olejem i octem.
Dużą blachę do pieczenia wykładam papierem i równomiernie rozkładam kawałki dyni.
Piekę w piekarniku nagrzanym do temperatury 180C z włączonym termoobiegiem, aż dynia będzie miękka (ok.15 minut).
Wystudzone kawałki dyni rozdrabniam na puree za pomocą blendera.

Winny sos z pieczonych śliwek

30-40 śliwek węgierek
150ml wina śliwkowego
1 płaska łyżka brązowego cukru
pół łyżki przyprawy korzennej

Śliwki dokładnie myję, przekrawam na połówki i usuwam pestki.
Przekładam do zamykanego pojemnika, zalewam winem i zostawiam na całą noc.
Na drugi dzień przekładam śliwki wraz z winem do naczynia żaroodpornego, posypuję równomiernie cukrem oraz przyprawą i zapiekam w piekarniku przez 20 minut, w temperaturze 170C.
Śliwki mają być miękkie, ale powinny zachować swój kształt.
Sos trzymam w piekarniku, by był ciepły.

Ciasto naleśnikowe
TUTAJ przeczytasz jak zrobić idealne naleśniki

125g mąki pszennej
100ml wody lekko gazowanej
150ml mleka
1 jajko
szczypta soli
pół łyżki delikatnego oleju (np. z pestek winogron)

Mąkę mieszam dokładnie z mlekiem i wodą za pomocą trzepaczki balonowej (można ubić szybko mikserem na jak najniższych obrotach).
Dodaję jajko, sól i olej i jeszcze raz dokładnie mieszam.
Ciasto odstawiam do lodówki na minimum 30 minut.
Na rozgrzanej patelni o średnicy 26cm smażę kolejno cienkie naleśniki (z podanej porcji powinno wyjść 6 cienkich naleśników).
Usmażone naleśniki przykrywam ścierką i odstawiam w ciepłe miejsce.

Farsz dyniowo-serowy

200g białego sera
300g korzennego puree z dyni (j/w)
1 jajko
2 łyżki cukru
sok wyciśnięty z jednej cytryny
2 łyżki miodu pitnego dwójniaka (a najlepiej półtoraka)
1-2 łyżki mielonego siemienia lnianego (do zagęszczenia masy)

Wszystkie składniki nadzienia dokładnie mieszamy w blenderze lub miksujemy mikserem (będą małe grudki).

Wykonanie

Każdy naleśnik smarujemy obficie nadzieniem serowo-dyniowym (zostawiając około 1cm od brzegów naleśnika) i składamy w kopertę.
Na patelni rozgrzewamy 1 łyżkę masła i 1 łyżkę oleju i układamy naleśniki.
Smażymy z obu stron na złoty kolor i w trakcie smażenia posypujemy brązowym cukrem.
Podajemy ciepłe prosto z patelni polane sosem z pieczonych śliwek.

Smacznego!


EDIT

Do smażenia naleśników użyłam patelni Amie firmy Neoflan, którą dostałam od Producenta do przetestowania. Przyznaję, że nigdy tego nie robiłam więc nie wiem za bardzo co mam ująć w opisie :)

Co obiecuje producent?

Patelnia Amie firmy Neoflan (średnica zewnętrzna 26cm, dwukolorowa czerwona, uchwyt czarny) wykonana jest z odlewanego ciśnieniowo aluminium. Dno o grubości 5mm i solidna konstrukcja ścianek gwarantuje, że patelnia nie wybrzuszy się i nie odkształci podczas użytkowania. Od wewnątrz i na zewnątrz patelnia pokryta jest powłoką ceramiczną, składającą się głównie z dwutlenku krzemu z niewielkim dodatkiem około 20 minerałów m.in. żelaza, srebra. Nie zawiera żadnych szkodliwych substancji i nie wydziela toksycznych oparów podczas gotowania. Powłoka ceramiczna ma doskonałe właściwości nieprzywierające i dużą odporność na zadrapania. Do smażenia wystarczy użyć niewielkiej ilości tłuszczu. Można myć w zmywarce. Neoflam Poland gwarantuje minimum 24-miesięczne bezawaryjne działanie naczynia (patelnia nie wybrzuszy się i nie odkształci a powłoka nie złuszczy się i nie odpadnie ).

A co na to ja?

Patelnia ma odpowiedni ciężar, jest dobrze wyważona, równomiernie się nagrzewa i dobrze przewodzi ciepło co gwarantuje, że wszystko się na niej równomiernie smaży.
Oczywistą sprawą jest, że jeśli chcielibyśmy zrobić tarte tatin, nie możemy brać pod uwagę patelni ceramicznej, a poszukać stalowej lub żeliwnej ze stalową lub żeliwną rączką. Chociaż producent zapewnia, że można ją myć w zmywarce, ja tego nie robię. Wszystkie patelnie zawsze myję ręcznie. Inna sprawa, że w ogóle nie używam zmywarki :) Patelnia ma dno o średnicy 20cm i jest idealna do smażenia naleśników oraz zrumienienia grzanek czy ziaren. Nie trzeba smarować jej tłuszczem, a naleśnik ma właśnie taką wielkość, jaką lubię. Mogę potwierdzić z ręką na sercu, że do patelni nie przywiera dosłownie nic. Nie pamiętam, kiedy miałam taką radochę przy smażeniu naleśników! Włącznie z podrzucaniem i obracaniem ich w powietrzu :) Patelnię myje się błyskawicznie, a po wytarciu do sucha wygląda jak nowa.
Ma bardzo wygodną rączkę idealnie dopasowującą się do kształtu dłoni i co najważniejsze, rączka w ogóle się nie nagrzewa.
Patelnia jest trwała i odporna na zarysowania. Nie zawiera PTFE oraz PFOA. Jest naprawdę solidnie wykonana i jestem z niej bardzo zadowolona. Przyznam, że byłam wrogo nastawiona do ceramicznych patelni czy garnków, ale po przetestowaniu Amie rozważam dokupienie kompletu garnków w tym samym kolorze.

Monday, 3 October 2011

Gotye - Somebody That I Used To Know

Polecam. Nie tylko muzykę, ale także (a może przede wszystkim) słowa.
A na nowy wpis zapraszam wkrótce.